– No to pierwszy punkt planu mamy odbębniony.
Po tym lakonicznym aczkolwiek pełnym dramatyzmu komunikacie zaczęła nanosić kolejne warstwy pudru na swą spoconą twarz. Na miejscu tych wszystkich ludzi wolałbym zostać w domu i pooglądać albumy z zabytkami niż tłuc się tysiące kilometrów, stać na pustyni i sikać do latryn, które zamiast muszli klozetowej mają wybetonowany dół. A i tak skorzystanie z niego kosztuje dolca. Bez papieru. Ale jest jeden niezaprzeczalny atut wynikający z faktu, że nie zwiedziliśmy grobów faraonów. Nie dotknie nas ich klątwa.
Wieczór
Po stresach dzisiejszego dnia zasłużyliśmy na chwileczkę zapomnienia i relaksu w dobrym kontynentalnym stylu. Idziemy do dyskoteki!
Poranek
Hasło dnia: kac-gigant! Mam nadzieję, że Allah się nade mną zlituje i naprawi automat z coca-colą. Ozyrys błaga go o to od kilku minut, zwrócony twarzą w stronę Mekki. Coś się ostatnio zrobił bardzo religijny. Twierdzi, że czuje niewyobrażalny sentyment do ziemi przodków. Muszę go mieć na oku, żeby się nie skumał z sympatykami Hamasu. Chociaż po wczorajszym wieczorze w dyskotece nie mam żadnych wątpliwości, że hedonistyczno-rozpustna postawa Zachodu jest mu bardzo bliska.
Kiedy już ostemplowali nam nadgarstki i wpuścili do środka, poczułem się jak w środku piekła. Alkohol lał się strumieniami (dwa drinki w cenie biletu), roznegliżowane dziewczęta rozsiewały wokół egzotyczne wonie drzewa sandałowego, a między nimi kocim krokiem przechadzali się transwestyci. O ich prawdziwej płci świadczyły pistolety ukryte w kaburach. A może to był słynny zastęp amazonek Muammara Kaddafiego, który właśnie tej nocy miał wychodne? Tak czy siak było fantastycznie. Nasza przewodniczka Jola, mimo swoich lat, robiła istną furorę na parkiecie, aż musieliśmy z Ozim poprowadzić rezerwacje na taniec z nią. Zebrała szesnaście ofert małżeństwa, co stanowiłoby niezłe zabezpieczenie na starość. Najbardziej smakował mi drink o nazwie „Orgazm Mustafy”, po czwartym przestałem liczyć. Ostatni obraz, jaki zachowałem w świadomości, to Ozi tańczący przy rurze, obsypywany złotymi monetami przez jakiegoś arabskiego szejka.
Mam tylko godzinę na doprowadzenie się do porządku. Dziś cała grupa w ramach zbiorowej pokuty idzie do meczetu.
Obiad
Ozyrys pości. Jak twierdzi, chce oczyścić swój mózg z wieloletniej zachodniej indoktrynacji. Jestem poważnie zaniepokojony. Nie przyjmuje do wiadomości nawet faktu, że Polska przez wiele lat była zaliczana do bloku wschodniego i z zachodnim rozpasaniem mieliśmy tyle wspólnego, co Breżniew z Jamesem Bondem.
W meczecie natychmiast wtopił się w tłum bosych stóp o różnym stopniu czystości i walił pokłony, rytmicznie uderzając czołem o marmurową posadzkę. Cała wycieczka musiała na niego czekać!
Zjadłem tradycyjną arabską potrawę: kuskus z kotlecikami baranimi i popiłem diabelnie słodką herbatą z liśćmi mięty. Na deser przydałaby się fajka wodna, ale to chyba nielegalne. Nie chciałbym trafić do tutejszego więzienia i odsiadywać dożywocia w dwustuosobowej celi.
El-amarna
Jesteśmy w starożytnym mieście Achetaton, dawnej stolicy Egiptu za czasów panowania faraona Echnatona i jego legendarnej żony Nefretete. Dopiero przed chwilą dowiedziałem się, że jeszcze nie odnaleziono jej mumii, zatem Gonzo będzie się musiał obejść smakiem. Zresztą to chyba ich narodowy skarb, więc i tak pewnie nie mógłbym go odkupić. W mrocznym korytarzu docisnął mnie do ściany pan Janusz i zaczął opowiadać o kryzysie swojego małżeństwa. Trwało to około czterdziestu minut z przerwami na zduszony szloch. Przez moje dobre serce przeleciało mi koło nosa oglądanie zachowanej mumii jakiejś egipskiej kobiety z zębami. Trudno. Była za szybą, więc i tak nie mógłbym pomacać.
Wieczorem próbowałem ustalić z Ozyrysem plan działania. Przypomniałem mu, że przecież nie po to tu przyjechaliśmy, żeby podziwiać jakieś przereklamowane ruiny.
– Co masz do zarzucenia mojemu krajowi?
??? Chyba pójdę spać. Jutro wybieramy się na pustynię zobaczyć fatamorganę.
Kolejny dzień czerwca, straciłem rachubę
Obudziłem się zlany potem. Już o świcie jest prawie czterdzieści stopni. Zupełnie nie wiem, jak można żyć w tym upale. Włosy ciągle kleją mi się do czoła i żebym nie wiem co robił, to nie mam szans, by wyglądać jak człowiek, w dodatku ciągle obsiadają mnie muchy. Przypominam wiecznie spoconego i wymiętego budowniczego piramid. Swoją drogą, ciekawe, jaka była wśród nich śmiertelność?
Rozejrzałem się po naszej klitce i z trwogą spostrzegłem, że łóżko Ozyrysa jest puste! Pognałem do Joli.
– Kolejna katastrofa! Nie ma Oziego!
Jola zdejmowała sobie papiloty z głowy. W przezroczystym szlafroczku i bez makijażu wyglądała upiornie. Łyknęła koniaku.
– To na ciśnienie – wyjaśniła, pociągając kolejny łyk, a potem spojrzała na mnie surowo. – Dlaczego nie miałeś go na oku? Ja się przecież nie rozerwę, wieczorem mam randkę i nie mogę się denerwować, bo mi lifting puści.
Zgroza! Jak go nie znajdę do wieczora, to nie mam po co wracać do Polski. Znajdę sobie jakąś miłą Egipcjankę, otworzę kramik z mięsem i dożyję końca swoich dni na tym przymusowym wygnaniu. Z tęsknoty na pewno przedwcześnie posiwieję.
Wracałem do baraku zamyślony, aż nagle wpadłem na jakiś ludzki kłąb skulony pod moimi nogami.
– Co jest do cholery?!
To Ozyrys bił Allahowi poranne pokłony.
– Zmieniłeś wiarę? – zapytałem go spłoszony. – Bóg jest jeden.
Otrzepał z piachu bojówki i rozkroił mango. Wyglądał jak żywa reklama Benettona. Słońce doskonale wpływa na jego cerę, czego nie można powiedzieć o mojej. Mam ropiejące i swędzące krosty. Nie pójdę jednak do tutejszego lekarza, bo oni przyjmują wprost na chodniku i wcześniej plują na własnej roboty stetoskop.
Na pustyni
Od godziny brniemy w piachu. Jola obiecuje nam, że na pewno za zakrętem będzie ten hotel, w którym mamy zamówiony lunch. Tylko że nie widać żadnego zakrętu! Kończy nam się coca-cola. Jola ma tylko koniak. Na bezrybiu i rak ryba. Rozładowała mi się komórka i nie mogę wezwać pomocy.
Wiekopomna chwila
Wzruszenie odbiera mi głos. Jestem uczestnikiem zbiorowej fatamorgany. Wszyscy jak jeden mąż widzimy na horyzoncie monumentalną budowlę z białego piaskowca, nad którą widnieje odblaskowy neon HOTEL CONTINENTAL. W samą porę, bo rozważaliśmy już grupowe samobójstwo. Kilkaset ostatnich metrów pokonałem z zamkniętymi oczami. Kiedy je otworzyłem, hotel w dalszym ciągu stał na swoim miejscu. Naprzeciw nam wyszedł jakiś uśmiechnięty od ucha do ucha Arab i z nieskazitelną dykcją wygłosił oryginalne powitanie:
– Dobra dobra zupa z bobra.
Zamurowało nas, bo to była ostatnia rzecz, jakiej tu się spodziewaliśmy. Niestety, były to jedyne polskie słowa, jakie znał nasz gospodarz. Ponaglani przez niego weszliśmy do chłodnego wnętrza, gdzie nasze skołatane nerwy ukoiła pluskająca beztrosko fontanna w gościnnym foyer. Niestety, na krótko. Zaraz potem zarzucono nam brudne płachty na głowę i szturchając, prawdopodobnie kolbami karabinów, poprowadzono w nieznanym kierunku. Wokół roznosiły się gromkie pokrzykiwania w nieznanym nam języku, które złowieszczo odbijały się echem o marmurowe ściany. Zostaliśmy porwani!
Mam jeszcze tylko jedno skromne pytanie: dlaczego, do jasnej cholery, to wszystko przytrafia się właśnie mnie???