Jakiś czas później
Pozwolono nam ściągnąć wory z głów. Do rozmów z nami oddelegowano jednego z terrorystów, który może się z nami jako tako dogadać, bo dawno temu studiował w Polsce.
– Ja Polska znać i lubieć. Ja lubieć polska baba.
To powiedziawszy, łypnął smakowicie na Jolę, która z wrodzoną kokieterią pudrowała nos. Wstąpiła w nas nadzieja na uwolnienie. Wszyscy wpatrywaliśmy się w naszą przewodniczkę wzrokiem sutenera, aż się zdenerwowała.
– Przecież się nie rozerwę! A w dodatku wolę Skandynawów.
Tymczasem nasz oprawca snuł karkołomny wywód językowy.
– My nie być zła terrorysta. My być kupiec co ma biznes. My protest song naprzeciw tax za camel.
No to przerąbane! Przecież w każdym kraju za handel papierosami obowiązuje podatek. Ich żądania nie mają szans.
Jednak wkrótce okazało się, że nie chodzi o tytoń, ale o… wielbłądy chodzące w kupieckich karawanach. Rząd podniósł za nie podatek, co z kolei czyni ich interesy nieopłacalnymi. Opowiedziałem mu o naszym podupadającym przemyśle górniczym i demonstracjach w centrum stolicy. Arab zadumał się głęboko, a potem walnął mnie w plecy, puszczając perskie oko.
– Ty głowa na kark posiadacz. Pojedziem do Kair na protest song – postanowił. Potem spojrzał na Ozyrysa: – Co Murzyn ten zaiste tu robić?
Ozyrys odpowiedział, że zaiste tu być na wyprawa, co ma ojciec poszukać.
– Ty być sierota z ulica?
– Z ulica nie. Z doma. Home, hause.
Arab zapewnił go, że na pewno bezpiecznie wróci do domu, a jak chce, to jeszcze dodadzą mu jakiegoś ojca, ale Ozi nie chciał nadużywać gościnności i grzecznie podziękował. Nagle od strony hotelowych apartamentów zaczęły dobiegać przekleństwa w kilku językach. Po wymyślnych kalumniach i podniesionym kobiecym sopranie domyśliliśmy się, że jesteśmy świadkami jakiegoś damsko-męskiego dramatu. Wreszcie padło dobitne fuck off i naszym oczom ukazało się istne wcielenie furii, czyli nasza Marlenka. Spojrzała na nas, jakbyśmy tu byli od zawsze.
– Wracam. Ten łobuz ma trzy żony! – histeryzowała bez opamiętania. – Ojej, złamałam sobie paznokieć…
Ledwie nadążałem za rozwojem wypadków! Jak się miało wkrótce okazać, prawdziwa niespodzianka dopiero mnie czekała. Nasz arabski przyjaciel zaprosił nas na obiad. Poszliśmy do ogromnej jadalni połączonej z kuchnią i pierwszą osobą, jaką zobaczyłem, był rżnący w karty Bulwiak, a drugą moja babcia smażąca… schabowe! Spojrzała na mnie wyraźnie ucieszona:
– W samą porę, Rudolfiku. Inaczej musiałbyś jeść odgrzewane, a przecież ci szkodzi.
– Rudolfiku fiku miku! – zawołali do mnie roześmiani Egipcjanie i to była ostatnia kropla, która przelała czarę mojej psychicznej wytrzymałości.
Słoneczny (szlag by trafił) poranek
Leżałem w pościeli i upajałem się świadomością, że mój koszmarny sen wreszcie się skończył. Dopóki nie otworzyłem oczu i nie zobaczyłem na suficie bizantyjskich stiuków i pochrapującej obok babci, w miłosnym uścisku z Bulwiakiem. Więc to wszystko prawda! Natychmiast jak wrócę, napiszę bestseller a honorarium przeznaczę na nowy aparat ortodontyczny. W najbliższym czasie raczej nie pojadę już na żadną wycieczkę. Napisałem do Łucji SMS-a:
„Serdeczne pozdrowienia z arabskiej niewoli. Jest wspaniale, słońce i pustynia. Mam poparzenia trzeciego stopnia. Całuję spierzchniętymi wargami. Rudolf”.
Po śniadaniu zapadła decyzja, że wszyscy wracamy do Kairu. Na wielbłądach! Nie wiem, jak to zniosę, bo one mnie nie lubią. Przed chwilą próbowałem się z nimi zapoznać, ale zostałem potwornie znieważony. Opluły mnie! Chyba będę musiał podążać na piechotę. Rzecz jasna, świńskim truchtem. Ozi świetnie sobie z nimi radzi, jak tylko go widzą, to natychmiast klękają, by mógł się wdrapać na ich garbaty grzbiet. Pewnie wyczuwają jego egipski rodowód.
Psy szczekają, karawana idzie dalej
Siedem razy spadałem na ziemię, zanim udało mi się bezpiecznie osiąść w dołku między dwoma garbami. Oczywiście dostał mi się najbardziej uparty wielbłąd, który zupełnie nie reagował na moje komendy. Babcia jedzie na czele pochodu niczym Kleopatra w specjalnie dla niej skonstruowanej lektyce.
Wygląda dostojnie i władczo. Przed nami trzy godziny drogi, jeśli nie będzie burzy piaskowej.
– A jeśli będzie? – zapytałem, bo lubię być przygotowany na wszystko.
W odpowiedzi Arabowie rzucili się na wypaloną pustynną glebę i płaczliwie zawodząc, błagali Allaha o miłosierdzie.
– Ty nie wywołać wilk zza lasa.
Po godzinie monotonnego marszu mój zwierzak nagle skręcił w lewo i dostojnie powędrował gdzieś na południowy zachód. Z paniką patrzyłem, jak karawana powoli niknie mi z oczu! Szturchałem po bokach tego upartego, skołtunionego wielbłąda zgodnie z instrukcjami, lecz on był oporny jak Blacha na kulturę wyższego stopnia. Tymczasem za moimi plecami powstało piaskowe tornado, które z furią przemieszczało się w moją stronę. Gdy śmierć była już blisko, z tumanów kurzu wyłonił się istny easy rider, czyli mój najlepszy przyjaciel. Ściął bacikiem powietrze, a tępe zwierzę zastrzygło uszami i potulnie powędrowało we właściwą stronę.
– Wiesz – zaczął Ozi – rozmyślałem sobie o tym, że chyba nie znam drugiej tak postrzelonej osoby, jak ty. Nikt inny nie zdobyłby się na taką absurdalną wyprawę, żeby znaleźć mojego ojca.
– Niestety nie zabraliśmy się do roboty, jak trzeba.
Ozi milczał długo, a potem patrząc na mnie z… podziwem (przysięgam, że to prawda!), wyznał:
– Ja i tak już się pogodziłem, że mój stary żyje gdzieś w świecie. Nie można mieć wszystkiego. Cieszę się, że chociaż mam prawdziwego przyjaciela. Bo może jesteś, brachu, zdrowo kopnięty, ale tak naprawdę to z ciebie wporzo koleś. No i masz taką niesamowitą wiedzę na różne tematy. Ja to mogę co najwyżej imponować moją ciemną gębą. Wiesz, stary, podziwiam cię.
Po tych druzgocących słowach o mało nie spadłem na ziemię. Chyba przyszedł czas rewolucyjnych przemian w moim życiu.
Wieczór
Wprost cudem doczołgaliśmy się do naszych baraków. Mam odparzenia po wewnętrznej stronie ud. Ozi twierdzi, że za mocno ściskałem wielbłąda. Mój środek lokomocji też z wyraźną ulgą powitał Kair, rozstaliśmy się bez żalu. Jednak przedtem nastąpiło głośne i wzruszające pożegnanie z naszymi porywaczami. Całusom i poklepywaniom nie było końca. Co tu dużo mówić, wspólna niedola łączy ludzi z najodleglejszych stron świata. Po tym hucznym rozstaniu wszyscy jesteśmy lekko na bani. Egipscy kupcy wzorem naszych rolników, górników i hutników, mają zamiar sparaliżować centrum miasta i zastosować bezwzględny szantaż. Jeśli ich rząd jest tak samo bojaźliwy jak nasz, to odniosą sukces.
Zadzwoniłem do domu, żeby powiedzieć o cudownym odnalezieniu babci i Bulwiaka. Odebrała mama.
– Jezus Maria! Rudolf, my się tu z ojcem o ciebie zamartwiamy! Dlaczego masz cały czas wyłączoną komórkę?
– Mamo, przecież się przemieszczam i jestem poza zasięgiem. Wracamy z babcią. Lądujemy jutro około dwunastej.
– Dzięki Bogu. Jesteś pewien, że babcia nie zrobiła jakiegoś głupstwa?
– No, tego to nigdy nie można być pewnym – odparłem filozoficznie.
– Tak czy siak, wracajcie. Gonzo i Opona strasznie za tobą tęsknią. I szczerze mówiąc… my też.
O Boże! A więc stało się najgorsze! Oni wszyscy są chyba na haju. To niemożliwe, żeby aż tak im mnie brakowało. Chyba nie ma kto posprzątać po remoncie. W tle darł się Gonzo:
– Rudolf przywieź mi trupa faraona! Przywieź mi trupa!