Выбрать главу

– Moja matka dostała ją w wyprawie ślubnej… A przedtem dostała ją moja babka… A przed babką… Chodźmy na górę! – rzekł niespodzianie. – Ale, ale… Czy Ewcia jest gotowa na śmierć?

– Na śmierć? Czemu?

– Bo teraz pójdziemy do mojej pracowni. Ha! Zdarzało się czasem, że człowiek, który tam wszedł niespodzianie, dostawał pomieszania zmysłów najmniej na trzy dni. Nieboszczka ciotka, ta, która mi przepowiadała niesławny koniec w kryminale, krzyknęła i spadła ze schodów. Pani się nie boi?

– Nic a nic! – zaśmiała się Ewcia.

– Ależ tam są moje obrazy!

– Tym chętniej tam pójdę.

– Dziewczyno! – mówił Jerzy ponuro. – Wielka odwaga ma swoje granice. Czy pani wie, dlaczego dookoła nas wzdłuż całej ulicy różne opryszki kradną róże, a u nas nigdy?

– Bo zapewne w ogrodzie jest pies!

– Nie ma żadnego psa. Natomiast moja genialna matka wpadła na genialny pomysł i na cały dzień wystawia w ogrodzie dwa albo, trzy moje obrazy. Złodziej przełazi przez ogrodzenie, spojrzy i jakby w niego piorun trzasnął. Potem ucieka nie mogąc znieść przeraźliwego widoku. W nocy jest gorzej, bo obrazu nie widać i wtedy ja czasem wychodzę do ogrodu i muszę szczekać na rozmaite głosy.

– O, jaki pan jest zabawny! – śmiała się Ewcia. – Chodźmy czym prędzej do pracowni.

– Dobrze, ale proszę pamiętać, że panią ostrzegałem i jeśli pani postrada zmysły, będzie się pani musiała leczyć na koszt własny. Proszę uważać, bo tu schody są tak strome jak drabina Jakuba, co wiodła do nieba. Raz zaprosiłem do mojej pracowni jednego straszliwego krytyka, który o mnie napisał, że gdyby krowa malowała ogonem, byłaby wobec mnie Rafaelem. Krytyk miał bardzo krótki wzrok, więc, miałem nadzieję, że na tych schodach zrobi sobie jakąś krzywdę. I nic sobie nie zrobił! Potem napisał, że niebacznie obraził nie mnie, lecz krowę, która jest zwierzęciem dobrotliwym i nikomu nie czyni krzywdy malowaniem. Tutaj jest moja pracownia…

Jerzy bredził bardzo wesoło, lecz Ewci się wydawało, że czyni to z przymusem. Spojrzała na niego ukradkiem i zauważyła z największym zdumieniem, że jest jakby wzruszony. Długo szukał klucza, a gdy wkładał go w otwór drzwi, ręce mu nieco drżały. Po jasnej jego twarzy przebiegła smuga cienia i pomalowała ją powagą. Otworzył drzwi i bardzo powoli, jakby z namysłem, i rzekł cicho:

– Proszę, niech Ewcia wejdzie…

Ewcia poczuła się dziwnie; odniosła niespodziewane wrażenie, że to zgoła inny człowiek. Wesołość jego zgasła jak nagle zdmuchnięta lampa, ściszył mowę, jak gdyby jej wysokie rozgłośne tony stłumił surdyną. Hałaśliwy przed chwilą i mocno stąpający, wchodził do pracowni ściszonymi krokami. I jej się udzielił ten nastrój. Nie wiedziała nigdy w życiu malarskiej pracowni. Pewnie taki sam pokój jak inny, tylko z większymi oknami. Pewnie i tu, pod opieką pani Zawidzkiej, jest tak czysto, że się wszystko szkli i błyszczy, a na stoliku goreją róże.

Gdy weszła, przystanęła zdumiona: od razu stanęła jej przed oczami pracownia ojca, z całym obłąkanym nieładem. Pracownia była niewielka, a jedną całą ścianę miała ze szkła, tak zaś była zatłoczona, że trudno się w niej było poruszać. Na "honorowym" miejscu sterczała zabrudzona paka, a na pace rozkraczony fotel. Na ścianach obrazy bez ram, krzywo zawieszone, pod ścianami dziesiątki obrazów, które przyjęły jako hasło wołanie: "Frontem do ściany!" Ostra woń farb, oleju i terpentyny przesyciła powietrze.

– Śliczna pracownia, nieprawda rzekł cicho malarz.

Ewcia domyśliwszy, ze ten człowiek kpi albo pyta o drogę do zakładu obłąkanych, spojrzała na niego szybko, lecz ujrzawszy na jego twarzy szczęśliwy uśmiech cichego zachwytu pojęła, że nigdy nie mówił poważniej.

– Trochę tu jakoś… – mówiła niepewnie. – Trochę nieporządku…

– A ja bym tego śmietnika – odrzekł on z roztkliwieniem – nie oddał za wszystkie pałace świata.

– A może by okno… Może by otworzyć…

– Po co?

– Bo tu czuć terpentynę.

– No to co? Róże nie pachną piękniej…

Mówiąc to, zaśmiał się niskim bulgocącym śmiechem, najwyraźniej szczęśliwym.

– A matka pańska pozwala, aby tu tak jakoś…

– Moja matka wie przecież, że jestem malarzem.

– A czy u każdego malarza jest tak, jak tu?

– Broń Boże! Niektórzy malarze mają pracownie świetniejsze niż najświetniejsze salony. Ja jednak jestem na dorobku… Ja muszę najpierw nauczyć się malować, a potem dopiero…

– A czy pan mi pokaże swoje obrazy?

Zuchwały dryblas, co ją gonił dzisiejszego ranka jak ogar zająca, miał w tej chwili minę nieśmiałej panienki. Wprawdzie gdyby jakakolwiek panienka miała jego wzrost i jego nogi, i jego oszalała czuprynę, obwiesiłaby się czym prędzej na wysokim drzewie z rozpaczy i wstydu, lecz każda – najpiękniejsza nawet panienka – pożyczyłaby od niego na wielkie wstępy tego uroczego uśmiechu, na poły nieśmiałego, na poły niewinnego, i tego lekkiego rumieńca, co zabarwił jego twarz.

– Jeśli pani to zniesie… – rzekł ściszonym głosem. – Niech się Ewcia wygramoli na tę pakę po mydle i niech Ewcia usiądzie w fotelu. Tylko proszę się bardzo nie wiercić, gdyż podstawa jest chwiejna i grozi skręceniem karku. Sędzia Heli w Starym Testamencie też zleciał tylko z krzesła i wyzionął ducha. Już?

– Już!

Malarz był wyraźnie poruszony. Znowu zaczął nadrabiać humorem, lecz widać było, że jest przejęty; wprawdzie na pace siedział tylko podlotek z zadartym nosem, znający się na malarstwie tyle, co przysłowiowa kura na pieprzu (czego już nie można powiedzieć o indykach, które przemyślni ludzie leczą masłem pomieszanym z pieprzem), lecz malarzowi było wszystko jedno. Każdy widz byłby go napełnił niezrozumianą trwogą. Wyszukał pod ścianą jakieś płótno i ustawił w świetle.

– Boże, jakie to śliczne! – wykrzyknęła Ewcia.

Na płótnie namalowana była jedna jedyna gałąź brzozy, skręcona jakby z bólu. Wichry zapewne taki nadały jej kształt, że przypominała ramię forminigi, a długie gałązki spływały ku dołowi jak struny. Listki zaznaczone były tak delikatnie, jakby tylko muśnięciem. Całe płótno było srebrzyste, jak gdyby światło z niewidzialnego lało się księżyca. Niewysłowiona subtelność tego obrazu przypominała zamglone, jakby wiotkimi mgłami malowane obrazy japońskie. Jedna gałąź stała się malowanym poematem.

– Naprawdę? – zapytał cicho Jerzy.

– O, naprawdę! – powtórzyła dziewczyna z taką nieobłudną szczerością w zachwyconym wykrzykniku, że się malarz zarumienił.

Spoglądał na swój obraz przez dłuższą chwilę i ustawił go potem pod ścianą z cichym westchnieniem. Teraz już się nie ociągał i nie czynił gadanych wstępów. W milczeniu poważnym i skupiony wybierał ze sterty płócien te, które mu się wydały godnymi "publicznego" pokazu. Wypatrzywszy w ścianie potężny hak, zawieszał na nim obraz jeden po drugim. Za każdym razem Ewcia pokrzykiwała gorąco sławiąc wschody i zachody, góry, lasy i wodę. Na widok obrazu, przez który przepływały ogromne nabrzmiałe białe wysokie letnie chmury, taki w niej rozgrzały zachwyt, że zatrząsł nią, ona zatrzęsła fotelem, a fotel zatrząsł paką po mydle. Malarz jednak tak był przejęty, że najmniejszej na to nie zwrócił uwagi, jak gdyby zapomniał, że w pracowni jest jeszcze ktoś prócz niego, prócz chmur i słońca. On sam nie oglądał tych obrazów już od dawna, więc sobie przypomniał, kiedy i jak je malował. Ewcia widząc, że malarz zaczyna gadać o czymś sam do siebie, ucichła i patrzyła w oszołomionym zdumieniu na te kolorowe bogactwa. Jedynym świetnym obrazem, jaki widziała w niedawnym czasie, było malowidło w domu pani Szymbartowej, wyobrażające bardzo czerwony sosnowy las, po którym przechadzały się sarny serdecznie zdumione widokiem ogromnych jak damskie kapelusze nakrapianych muchomorów. Sarny miały bardzo wypukłe ślepia, a drzewa rosły tak przedziwnie, że perspektywa lasu była – wedle pewnego wybornego określenia – "perspektywą biblijną", gdyż: "pierwsze były ostatnimi". Teraz zaczęły przed jej zdumionymi oczami kłębić się tęcze, perliły się świty i czerwieniły się zachody. Malarz coraz więcej pokazywał obrazów. Ten i ów ocierał z kurzu rękawem lub też przyglądał mu się z niechęcią; poniektóry ciskał z niecierpliwą pasją pod ścianę.