– Ewuniu! – szepnął Jerzy, niespodziewanie stanąwszy przy niej i przy jej zadumie. – Nie chcę robić plotek, ale zdaje się, że spadłaś miłemu Rogalikowi na głowę jak cegła z dachu.
– Nie rozumiem – odpowiedziała Ewcia, zarumieniwszy się jak zorza polarna.
– Skoro nie rozumiesz – zaśmiał się Jerzy chytrze – dlaczego się w takim razie rumienisz? Ale ci powiem. Mój kolega najpierw jadł, ale kiedy przestał jeść, gadał tylko o tobie. Nie bałamuć Rogalików, przewrotna kobieto!
– Każ przenicować swój dowcip, bo już bardzo znoszony! – parsknęła Ewcia i uciekła.
Doniesiono jej wkrótce, że w kuchni czeka na nią jakiś chłopczyna z listem. List pochodził od pana Szymbarta i brzmiał tragicznie krótko:
Droga Ewciu! Przyjdź do nas natychmiast. Jest bardzo żle. Szymbart.
Ewcia miała zamiar odwiedzić Szymbartów w niedzielę rano, po południu zaś udać się z uroczystą wizytą do pana Mudrowicza. Postanowiła jednak natychmiast stawić się na wezwanie, jeżeli bowiem "jest bardzo źle" – nie ulega wątpliwości, że źle może być tylko z Zosią. Wprawdzie i panu Szymbartowi bywało czasem "bardzo źle", jednakże jej nie wezwałby pan Szymbart na pomoc.
Wybrała się natychmiast w drogę, zostawiła karteczkę z wiadomością dla pani Zawidzkiej i już miała wybiec, lecz przypomniała sobie o czymś w ostatniej chwili. Zapukała do drzwi Jerzego i objaśniwszy go krótko o wezwaniu pana Szymbarta, powiedziała cicho:
– Jureczku, pożycz mi osiemdziesiąt groszy!
– Nawet całego złotego – rzekł Jerzy wyjmując portmonetkę.
Ewcia była u drzwi, gdy wtem Jerzy zawołał:
– Za pozwoleniem!
– Gadaj prędko, bo się śpieszę…
– Zaraz, zaraz… Jeszcze wcześnie. Powiedz mi, na co ci te osiemdziesiąt groszy?
– Na tramwaj na dziś i od razu na jutro. Albo co?
– Na tramwaj… A przecie pani hrabina miała własnego majątku trzydzieści siedem złotych…
– No to co?
– Niby nic… Gadaj natychmiast, co się z nimi stało?
– Przede wszystkim nie trzydzieści siedem, tylko trzydzieści jeden. Miałam istotnie trzydzieści siedem, ale pięć wydałam na auto, kiedy woziłam rozmaite twoje smarowidła, a resztę wydałam na tramwaje. A poza tym czyje to były pieniądze?
– Oczywiście, że twoje, ale ponieważ ja jestem twoim opiekunem, mam prawo wiedzieć… Czemu ty, brzdącu, tak się rumienisz? Ha! To jakaś nieczysta sprawa! Pokaż mi natychmiast twoją torebkę!
Zamiast torebki, której widok nie jest obelżywy, Ewcia pokazała mu język, co u niektórych ludów oznacza wysoki stopień obrazy.
Po chwili nie było jej w zasięgu pocisku, którym za wytworną damą mógł rzucać szalony malarz.
Ewcia zdążała z odrobiną trwogi w sercu, jak ją powita pani Szymbartowa. Po dłuższym namyśle doszła jednakże do przekonania, ze należy wszystko ścierpieć wobec tego, że Zosi stało się zapewne coś złego, że trzeba jej śpieszyć z pomocą.
Nagle przystanęła, jak gdyby coś ją zatrzymało w drodze.
– Tak, tak będzie najlepiej! – rzekła sama do siebie.
Zmieniła kierunek i idąc szybko wzdłuż prawej strony ulicy Wspólnej, Przyglądała się pilnie umieszczonym obok bram wywieszkom i tabliczkom. Jedna z nich oznajmiała czarno na białym, że w tym mieszka pan doktór Różański. Był to kolega i serdeczny przyjaciel pana doktora Tyszowskiego, za czym zaprzysiężony przyjaciel Ewci, którą znał od chwili zbędnych jej narodzin i miłował gorąco. Zdumiał się na jej widok i oświadczył na wstępie, że musiała zajść do niego przez pomyłkę, on jest bowiem specjalistą od chorych płuc, nie od pomylonych głów i zadartych nosów. Wysłuchał jednak cierpliwie splątanej historii pani Szymbartowej śmiertelnie obawiającej się lekarzy i leczącej jedyną córkę okładami z posiekanych śledzi; frasobliwie kręcił głową słuchając szczegółów ucieczki przez okno i poradził jej serdecznie, aby w dniu powrotu ojca przyszła znów do niego, a on jej da doskonałą maść, która wybornie goi miejsce karzącą ręką ojcowską dotkliwie znieważone.
Ponieważ sobotnie popołudnie wolne było od przyjęć, pan doktór oznajmił gotowość natychmiastowej wyprawy do Szymbartów, wyraziwszy nadzieję, że go pani Szymbartowa jednak nie obleje wrzącym ukropem.
– Ja wejdę pierwsza, a pan poczeka u pana Szymbarta – rzekła Ewcia.
– Czy jego mam też zbadać?
– Nie, ale gdyby mu pan przepisał buteleczkę koniaku, poczciwy ten człowiek byłby panu serdecznie wdzięczny. Ja bardzo lubię pana Szymbarta.
Właśnie on otworzył im drzwi, co Ewci dodało otuchy. Pan Szymbart wzruszył się głęboko, dowiedziawszy się, kim jest jej towarzysz… Objaśnił ich pośpiesznym szeptem co i jak i wprowadził lekarza do swojego pokoju.
Ewcia zapukała cichutko do izdebki, w której przy łóżku ciężko chorej Zosi siedziała od wielu, wielu ciężkich godzin pani Szymbartowa. Patrzyła na córkę oczami, w których nie było spojrzenia, lecz samo tylko przerażenie.
Ręce splotła tak kurczowo, że na przegubach palców widać było białą bezkrwistą skórę. Nieszczęśliwa matka nie śmiała głębiej odetchnąć, aby nie spłoszyć tej miękkiej ćmy snu, która czasem zlatywała na jej obłędnie ukochane dziecko. Mogło się zdawać, że pani Szymbartowa zamknęła się w boleści; wszystko dookoła niej – żywe czy martwe – przestało istnieć, a świat cały zmniejszył się przeraźliwie do kształtów biednej, biedniutkiej dziewczyny. Leżała ona blada z zimnymi kroplami potu na czole. Usta jej, białe niemal, lekko były rozwarte. Ręce chude, do cna wynędzniałe, leżały bez ruchu na ciężkiej kołdrze, a przy jej jaskrawo rozkrzyczanej czerwieni białość dziewczyny była tym przeraźliwsza. W pokoju był mrok: duszny, ciężki, nagrzany – jak suta draperia zwisająca z pułapu. Śmiertelnie smutny był widok leżącej nieruchomo nędzy i nieruchomo siedzącej rozpaczy, rozpaczy już do niczego niezdolnej, zmartwionej, już nie siedmiokrotnej, lecz stukrotnej. Zdawało się, że ta matka czeka bez ruchu na ukazanie się śmierci, aby drgnąć na jeden moment i całą treść życia zmienić w słowach: "Weźmij mnie, nie zabieraj tego dziecka!"
Ewcia, nie usłyszawszy odpowiedzi na pytanie, weszła cicho, cichuteńko. Stanęła we drzwiach i ujrzała w mroku dwie plamy śmiertelnie białe: Twarze matki i córki. Pani Szymbartowa powoli i bez śladu zdziwienia skierowała na nią spojrzenie i coś jak gdyby niewyraźny szept zadrżał na jej ustach. Widać jednak, że nie mogła się ani podnieść, ani sklecić jednego słowa. Ewcia ukłoniła się i spojrzała na nią z bezmierną tkliwością. Potem, stąpając na palcach, podeszła do łóżka i pochyliła się nad ukochaną przyjaciółką. Zosia nie mogła słyszeć jej wejścia, lecz coś w jej serduszku ledwie bijącym musiało zadrżeć, bo powoli, jakby z trudem podniosła powieki. Zdawało się, że coś sobie z trudem przypomina i że sobie wreszcie po chwili przypomniała, bo uśmiechnęła się bledziutko i wyszeptała:
– Ewcia… Ewcia…
Ewcia odpowiedziała jej złotym uśmiechem, położyła palec na ustach, niby że jej mówić zakazuje i mówiła sama cichutko:
– To ja, Zosieńko, to ja… Usłyszałam, że udajesz chorą, więc prędko przybiegłam i wciąż będę przychodziła.
Położyła swoją rękę na rączynie Zosi i poczuła, że ta rączyna jest wilgotna. Coś ją chwyciło za gardło, lecz opanowała się szybko.
– Zosieńko – mówiła z taką słodyczą, że głos jej brzmiał jak cichutka muzyka – strasznie się za tobą stęskniłam…
– Ja też… – starała się mówić dziewczyna.
I znowu się uśmiechnęła.
Pani Szymbartowa, ujrzawszy dwa uśmiechy na woskowej twarzy córki, zadrżała, jak gdyby te uśmiechy, nikłe jak tchnienie, blade jak świt jeszcze nie narodzony, wielkim były szczęściem. Zdawało się, że się stał jakiś cud. Od dwunastu godzin patrzyła w twarz córki i widziała na niej jedynie stężały na wosk smutek. Zdawało się, że teraz dopiero poznała Ewcię, spojrzenia ich się spotkały i wtedy Ewcia dała jej znak, że jej ma coś do powiedzenia.