Wreszcie wydobyłem się na zewnątrz. Zrobiło mi się nagle jakoś nieswojo.
— Gdzie jestem? — krzyknąłem na cały głos. Milczenie. Stałem łowiąc uchem śmiertelną ciszę. Najlżejszy oddech nie mącił głuszy nocy. Słyszałem tylko przyspieszone uderzenia własnego serca...
Podjąłem wędrówkę po izbie. Po chwili nogi wplątały się jakieś chusty czy odzienie porzucone na podłodze. Schyliłem się, podniosłem. Był to podarty, wilgotny łachman, cuchnący zgnilizną i zapachem starych łojowych świec. Odrzuciłem go z obrzydzeniem. Znużony mózg snuł domysły na temat miejsca. Może buda sadownika dworskiego lub wyszły z użycia stebnik? Ponętna woń siana zwabiła mię ku środkowi izby.
Może będzie się można przespać na nim, choćby na podłodze?
Na poziomie piersi wyczułem nagle przeszkodę: jakiś stół czy pryczę zasłaną warstwą świeżego siana Wyciągnąwszy rękę błądziłem z lubością po wonnym podścielisku. Tapczan był nie zajęty: znalazłem łoże.
Bez namysłu zrzuciłem przemokłą bluzę i położywszy w głowach, wydłużyłem się rozkosznie na posłaniu.
Na dworze padał wciąż deszcz, bębniły po dachu duże, ciężkie krople, szemrał wiatr w gałęziach drzew. Ukołysany tą monotonią, wyczerpany długą włóczęgą wśród deszczu i burzy, niebawem zapadłem w stan przedsennych marzeń. Przez chwilę trwało zawieszenie między snem a jawą, pełne skłębionych obrazów, kształtów, postaci — z kolei spadła gęsta zsiadła mgła — wreszcie nadpłynęła pierwsza fala snu i przeszła nade mną, pogrążając w odmęcie. Wkrótce porwany sennym nurtem znalazłem się daleko, w otoczeniu zgoła nowym, nieznanym, wśród ludzi obcych, wytwornie odzianych.
Wnętrze staroświeckiego dworu. Na ścianach tureckie makaty, konterfekty dziadów i broń myśliwska. Jakaś sala duża, jasna, w obłokach tytoniowego dymu. W środku, przy stole zielonym suknem obciągniętym, grupa mężczyzn w strojach wieczorowych. Grają w karty: wist. Twarze znużone, zmięte. Zapewne po nie przespanej nocy. Uwagę skupiają na sobie trzy postacie — dwóch mężczyzn i kobieta. Piękni ludzie. Zwłaszcza ten blondyn o charakterystycznym, angielskim profilu. Rasowy człowiek. Gra nerwowo, jakby roztargniony, i przegrywa ciągle. Ciemnofiołkowe oczy co chwilę podnoszą się sponad kart i wpijają w bladą, czarnowłosą panią w szkarłatnym szalu, siedzącą przy tamtym mężczyźnie, zapewne mężu.
Tych dwoje ludzi coś wiąże ze sobą, jakaś mocna, serdeczna tajemnica. Spojrzenie kobiety nie schodzi z twarzy przegrywającego. Twarz męża skupiona, marmurowa; głęboka rysa przekreśla czoło w okolu bujnej, kasztanowatej czupryny. Gra równo, spokojnie — tylko od czasu do czasu pochyla się ku dogorywającej świecy po prawej stronie i zapala u jej płomienia papierosa. Wtedy na moment oczy jego szare, stalowe szukają oczu przeciwnika i patrzą w nie zimno, z natężoną uwagą. Gra toczy się dalej nieubłaganym, fatalnym ciągiem.
Mijają długie minuty, kwadranse, godziny... Wtem pani nieznacznie pod osłoną szala wyciąga ramię krągłe, cudnie wyrzeźbione i szuka ręki blondyna. Dłonie ich spotykają się na mgnienie oka, na krótką chwilę i spłoszone cofają z powrotem.
Mąż drgnął niespokojnie, gwałtem stłumił odruch podniesionej już ręki. Tylko twarz zszarzała jak popiół, sfałdowała się w nerwowe, ostre linie i wysiłkiem woli ułożyła w maskę obojętności. Zauważył...
Blondyn zaczął, rozdawać karty. Padły króle, walety, zakręcił się młyńcem na suknie as karowy.
Kobieta wstaje i coś mówi. Przeprasza gości, każe podać poranną przekąskę. Przechodząc obok blondyna musnęła z lekka, niby przypadkiem, jego policzek szerokim rękawem kimona. Postać jej znika za portierą w przyległym pokoju. Mężczyźni przeprowadzają odchodzącą ukłonem i wracają do wista.
Znać sytuacja powstała w grze jest arcyciekawą, bo chwilowo twarze ożywiają się i znać naprężenie uwagi. Wygrał pan domu...
Wchodzi służąca i podaje na tacy herbatę i ciasta. Goście spożywają śniadanie. Z zamieszania i ruchu odsuwanych krzeseł korzysta sługa, by zręcznie wcisnąć blondynowi w rękę drobny, papierowy zwitek. Chwycił chciwie, rzucając wkoło szybkie, badawcze spojrzenie. Odetchnął: nikt nie widział...
Nieobecność pani domu zwraca uwagę męża. Pyta o coś sługę i wychodzi. Chwila nader stosowna. Szczęśliwy rywal kryje się we framudze okna, rozwija papier, czyta. Fala krwi zalewa mu twarz, w oczach grają blaski. Zwinął, schował na piersi... Dopala papierosa, usuwa się w głąb i wśród gwaru znika za drzwiami naprzeciw portiery.
Po czasie wraca mąż. W rysach wzburzenie, błysk gniewu. Po scenie. Bierze go w wyłączne posiadanie jakiś opasły jegomość i ciągnie w kąt na pogadankę. Ustąpił, choć niechętnie. Mija kwadrans, pół godziny.
Rozpierzchli goście powoli wracają na swe miejsca przy zielonym stoliku. Zauważono brak blondyna. Na kilku twarzach świtają uśmiechy, padają jakieś półsłówka, domyślniki. Spojrzenia ześrodkowują się nieznacznie na panu domu. Powstał blady, drżący.
— Przepraszam panów. Obowiązkiem moim odszukać zabłąkanego gościa. Zaraz będę służył z powrotem.
Odsuwa gwałtownie kotarę i przechodzi w głąb domu. Widać długą, gubiącą się w ogrodzie amfiladę pokoi, starych, zgłuszonych adamaszkiem kotar komnat — otwierają się jedne po drugich drzwi, odrzucane nerwowo skrzydła, odchylają ciężkie zasłony... Padają w kąty spojrzenia złe, badawcze, świdrują alkowy, przepatrują sypialnię...
Wypadł na ganek, zbiegł ze schodów, skręcił deptakiem w lewo. Kroki ciche, ostrożne. Doszły go jakieś głosy, szepty namiętne. Zajrzał przez kratę oplecionej dzikim winem altany. Zobaczył... Przechyliła mu głowę na piersi, podała usta. Całował długo, przeciągle...
Nagle scena zmieniła się. W środku chłodnika stanął mąż. Na ustach zimny, ironiczny uśmiech, w rękach szpicruta.
— Excusez!
Kobieta porwała się z ławki, chciała coś przemówić. Przerwał jej świst trzciny. Z krótkim okrzykiem podniosła rękę do policzka, na którym wykwitła podłużna, czerwonosina pręga... Tamten rzucił się na oszalałego z gniewu, zamierzył się ręką ku twarzy. Lecz w drodze napotkał opór: zatrzymało go mocne, stalowe ramię...
— Znajdziemy inny sposób załatwienia tej sprawy. Ruchem rozkazującym wyciągnął rękę ku kobiecie i wskazał dom:
— Proszę nas zostawić samych!
Odeszła. Niema gra twarzy, pojedynek spojrzeń. Oczy przeciwników niemal równocześnie zatrzymują się na koszyczku od robót, pozostawionym przez panią na stole. Przykuwają uwagę dwa kłębki na spodzie: zielony i błękitny. Dziwny uśmiech błąka się na wargach męża. Sięgnął po kłębki, położył na ręce; igra nimi, taczając po dłoni. Patrzy pytająco na tamtego. Ujął w palce kulkę błękitną:
— Śmierć.
Blondyn skinął na zgodę. Teraz podsuwa dłoń z zieloną.
— Życie.
— Dobrze.
— Kto będzie ciągnął losy?
Dialog przerywa duży angielski chart. Śliczne zwierzę wbiega do altany w krótkich, gibkich skokach i zaczyna łasić się u stóp blondyna. Ten głaszcze psa po łbie, po czym wskazując go przeciwnikowi objaśnia:
— Nero.
— Dobrze.
Wkłada na powrót do koszyka oba kłębki i stawia na stopę. Z kolei sięga po nie rywal i ująwszy w prawą rękę, zwraca się do psa:
— Apporte, Nero! Apporte!
Z palców wymknęły się różnobarwne kule i zataczając podwójną parabolę spadły o kilkadziesiąt kroków na ścieżkę: Bliżej zielona, o kilka metrów za nią błękitna.
— Apporte, Nero! — zachęcił powtórnie blondyn.
Pies rzucił się z miejsca i lekkim truchtem zbliżał ku kłębkom. Obaj mężczyźni śledzili bacznie z altany jego ruchy. Nero chwycił w zęby najbliższy motek zielony i już miał zawrócić ku panu ze zdobyczą, gdy wtem spostrzegł drugi poza nim pod klombem. Zwierzę zawahało się na moment, jak postąpić; po namyśle podbiegł do klombu i podjął. Dumny z sumiennego rozwiązania problemu wracał chart do altany trzymając w wysoko podniesionej paszczy oba kłębki. Wtem zaczepił nogą o jakiś korzeń, podskoczył i trzepnął głową o krzak: wtedy, zdaje się, jeden motek wyśliznął mu się i wypadł gdzieś po drodze pomiędzy krzewy. W chwilę potem zdyszany podawał swemu panu pozostały kłębek. Był to kłębek błękitny.