Выбрать главу

- Rozumiem - odrzekł pierwszy oficer, przejęty wagą usłyszanych słów. - Ja również mam się tymi zwierzętami opiekować. Jestem za nie odpowiedzialny do momentu, gdy klatki z bizonami zostaną przekazane w Gdyni odbiorcom.

- No to będziemy wspólnie troszczyli się o nie - ucieszył się student. - Jak pan już słyszał, podjąłem się ochotniczo opieki nad nimi, ponieważ bardzo je polubiłem. Chciałbym, żeby dojechały do Polski całe i zdrowe. Jedzie nas spora grupa studentek i studentówodwiedzić kraj rodziców. Ale, wracając do bizonów, proszę przede wszystkim zabronić hałasowania w pobliżu klatek. Niedopuszczalne jest również zaglądanie do nich, odchylanie brezentów. Bezmyślna ciekawość może pozbawić zwierzęta życia. Innego wyjścia nie będzie, jeśli wpadną w szał i rozbiją klatki. Proszę mi wierzyć, żadna siła na statku nie potrafi ich wtedy ujarzmić. Widziałem na własne oczy, co te zwierzęta potrafią wyczyniać, kiedy są rozdrażnione, i jaką mają siłę!

Pierwszy oficer był bardzo podniecony tym, co usłyszał od opie­kuna bizonów, i postanowił niezwłocznie przekazać te wiadomości kapitanowi. Obaj ze studentem stali jeszcze przy klatkach, gdy nad­szedł kapitan Eustazy i przystanął obok nich.

- Panie kapitanie - powiedział pierwszy oficer - przedstawiam panu kapitanowi studenta wyższej uczelni kanadyjskiej, który ofia­rował się zupełnie bezinteresownie być konwojentem bizonów przez całą podróż, aż do umieszczenia ich w rezerwacie. Proszę - zwrócił się oficer do opiekuna bizonów - może pan sam powie o wszystkim kapitanowi.

- Dzień dobry, panie kapitanie - zaczął młody opiekun. - Jak już powiedziałem pana zastępcy, bizony przetransportowano tu niemal wprost z prerii. Są niesłychanie płochliwe. Nikt nie może zbliżać się do klatek, zaglądać do nich. Nie wolno nawet w pobliżu klatek głośno mówić. Obecność każdej obcej osoby może zwierzęta łatwo rozdraż­nić. Doprowadzone do szału, rozbiją klatki, a wówczas żadna siła ludzka w obecnych warunkach z nimi sobie nie poradzi i trzeba będzie zwierzęta natychmiast unicestwić. By nikt obcy nie zbliżał się do nich, sam podejmę się pojenia i karmienia bizonów przez całą podróż...

Zalecenia te, podane przez młodziutkiego opiekuna bizonów sta­remu kapitanowi, wiedzącemu wszystko - jak powszechnie na statku było wiadomo - stokroć lepiej od wszystkich, wprawiły na razie w szał nie bizony, które mogły to też usłyszeć, ale kapitana Eustazego

Pierwszy oficer spojrzał z niepokojem na klatki, potem na kapi­tana. Zwierzęta zachowywały się pod brezentami cicho i nic nie świadczyło, że zostały podrażnione, mimo iż kapitan, sądząc z wyrazu jego twarzy, kipiał siłą furii stada bizonów - zdolnych unicestwić wszystko i wszystkich! Cały zesztywniał i wydawał się jeszcze wyższy. Patrząc z góry na niedoświadczonego młodzieńca, przywołał go od razu przez swój olbrzymi „organ mowy” do stanu - według ulubio­nego wyrażenia - „wiary chrześcijańskiej”.

- Mnie? - zadudnił kapitan - m n i e chce pan uczyć, jak należy obchodzić się z bizonami z tej, jak tam pan mówi... prerii? Mnie?!

Ani student, ani nawet pierwszy oficer nie mieli w tym momencie najmniejszych wątpliwości, że kapitan Eustazy Borkowski od dzie­ciństwa ganiał, jak barany, największe stada bizonów.

- Nie z takimi bizonami miałem do czynienia! - dudnił nos kapi­tana. - Nie takie ujeżdżałem! Tam to były bizony! Bizony w puszczy, nie te karłowate buffalo z prerii. Pan chce mi swymi bizonami zaimponować?! - Dudnienie przeszło w gardłowy ryk, z którego nie dało się już nic wyłowić, z wyjątkiem tonu wielkiego gniewu. Pier­wszemu oficerowi przypomniało się powiedzenie Horacego: ha furor brevis est - gniew jest krótkim szaleństwem.

Kapitan szalał, a obaj opiekunowie bizonów utwierdzali się w przekonaniu, że kapitaństwo jest tylko jego podrzędnym zajęciem. Głównym była, a jeśli nie jest teraz, to tylko przez niezrozumiałe zrządzenie losu, sztuka hodowania i tresowania bizonów i że tę umiejętność kapitan „Kościuszki” posiadł na najwyższym, nieosiąga­lnym dla nikogo na świecie poziomie.

Przywrócony do „chrześcijańskiej wiary” student bez słowa poże­gnania oddalił się jak tylko mógł najszybciej. Pierwszy oficer dos­konałe rozumiał stan ducha opiekuna bizonów. Chłopak musiał się teraz czuć, jeśli nie powietrzem, to w najlepszym razie pyłkiem, nie śmiać porównywać z kapitańskimi swoich umiejętności obchodze­nia się z bizonami. W tym stanie rozgoryczenia mógł zrzec się przyjętej na siebie dobrowolnie roli opiekuna zwierząt. Co się wtedy z nimi stanie? Jak sobie z nimi poradzić? - myślał gorączkowo „pierwszy”. W umiejętności kapitana w zakresie hodowli bizonów nie uwierzył ani w to, by się mógł od kogoś (od kogo?) „aż tyle” w tak krótkim czasie o bizonach dowiedzieć. Wolał więc widzieć w roli opiekuna zwierząt zmaltretowanego studenta.

Starszy oficer dopędził chłopca, który był tak rozżalony na kapi­tana, że nie usiłował czy nie mógł swego żalu ukryć.

- Niech pan nie bierze tak do serca tego, co kapitan powiedział - zaczął oficer, patrząc ze współczuciem na rozgoryczonego chłopca. - Jutro będzie się wszystko panu wydawało osobliwym żartem. Także to, że kapitan ujeżdżał bizony. On tymczasem miał tylko szczęście czy nieszczęście oglądać w Nowym Jorku rodeo. Potrafi pan go sobie wyobrazić wierzchem na bizonie? Chyba nie! Ale dla niego, przy jego wyobraźni, tego rodzaju wyczyn jest drobnostką i podejrzewam, że w chwili gdy o tym mówi, sam w to wierzy. Proszę bardzo, niech się pan rozchmurzy i zajmie szybko swym zaokrętowaniem. Pomogę panu!  

* * *

Tymczasem załoga pokładowa z drugim oficerem na czele przygotowywała miejsce do ustawienia klatek na pokładzie, koło trzeciej ładowni. Na nabrzeżu wszystko już było gotowe do rozpoczęcia załadunku bizonów. Zawiadomiony o tym pierwszy oficer przyszedł na nabrzeże razem z opiekunem zwierząt.

Student, pomimo rozżalenia, troskliwie pilnował, aby wszystko odbyło się zgodnie z jego instrukcją. Polecił, by przy zakładaniu stropów pod klatki nie odkrywać brezentów. Wszystkie czynności mają się odbywać w absolutnej ciszy. Jeśliby jakieś zwierzę zaczęło się rzucać w klatce po uniesieniu jej do góry, należy zaczekać, aż się uspokoi. Nie mając stałego oparcia w chwiejącej się klatce, nie będzie mogło jej rozwalić.