Выбрать главу

W zupełnej ciszy robotnicy, ostrożnie, nie odchylając brezentów, podsunęli pod klatkę stropy. Whaczono linę idącą do windy okrę­towej przez bloki na bomie. Na znak starszego oficera klatka zaczęła iść do góry. Wznosiła się powoli, równo, bez kołysań.

Bizon nie spłoszył się. Instrukcje młodzieńca były dobre. „Pier­wszy” spojrzeniem chciał mu wyrazić swe uznanie, ale studenta nie było już na nabrzeżu. Gdy tylko klatka uniosła się nad burtą, opiekun bizonów szybko przeszedł, z nieodłącznym karabinem maszynowym, z lądu na statek. Nie wiadomo, jak bizon zareaguje na zmianę miejsca. Należało na wszystko być przygotowanym. Pierwszy oficer poczuł, że czoło zrasza mu pot. Wbił oczy w brezent, jak gdyby chciał go przeszyć wzrokiem i uspokoić niewidoczne dla nikogo zwierzę. Drugą liną zaczęto klatkę wolno przeciągać nad statek. Bizon prze­szedł nad burtą i bez wstrząsów osiadł na balach ułożonych na pokładzie. Jedna czwarta roboty była poza nimi.

Opiekun bizonów szybko wrócił na nabrzeże. Rozpoczęło się przy­gotowanie do podniesienia drugiej klatki. Przy podsuwaniu pod nią stropów bizon widocznie spłoszył się i odskoczył gwałtownie z miejs­ca, w którym posłyszał szelest przesuwanej liny. Obecni na nabrzeżu zamarli. Konwojent przygotował karabin do strzału. Robotnicy odsunęli się od klatki. Mijały długie, bardzo długie minuty oczeki­wania. Co nastąpi? Cisza czy trzask łamanej klatki? Wreszcie w klatce nastała upragniona cisza. Nikt jeszcze nie śmiał odetchnąć z ulgą. Bizon nadal zachowywał się spokojnie. Zaczęto ponownie przesuwać stropy, whaczono renery i na dany przez pierwszego oficera znak klatka oderwała się od ziemi. Po chwili połowa niebezpiecznego żywego ładunku była już na burcie.

Trzecia klatka jeszcze szybciej przeszła nad burtą statku. Bez wstrząsów i kołysania się osiadła na balach leżących na pokładzie. Pozostał czwarty bizon. Ostatni.

Stropy, podsuwanie, renery, whaczanie - robota idzie cicho i sprawnie. Klatka szybuje ku górze, już przesunęła się nad burtą statku. I wtedy daje się nagle słyszeć ciężki tupot. Klatka zachybotata, potem zaczyna się kołysać coraz silniej. Patrzących na to łudzi ogar­nia przerażenie. Za chwilę klatka rozleci się w powietrzu, a rozszalały bizon roztrzaska się o pokład. Pierwszy oficer nakazuje natychmiast zniżyć klatkę prawie do pokładu i opleść ją, dopóki się kołysze, siatkami używanymi do załadunku oraz linami. „Pierwszy” liczy na to, że klatki omotanej siatkami i linami bizon tak szybko nie rozbije. Ma nadzieję, że nawet po rozbiciu klatki zwierzę nie potrafi wydostać się z sieci, a zatem powstanie możliwość jego ocalenia.

Zmagania te obserwował z mostku kapitan Eustazy, nie ingerując. Tymczasem siatki i liny przyhamowały kołysanie klatki. Chybotanie prawie ustało, ale bizon - nie czując w pobliżu swoich towarzyszy - okazywał zdenerwowanie. Po naradzie ze studentem pierwszy oficer postanowił ustawić zabezpieczoną siatkami i linami klatkę z miota­jącym się wewnątrz bizonem w przewidzianym dla niej miejscu. Gdy tylko bizon znalazł się obok swoich towarzyszy, szybko się uspokoił. Ten wielki moment „pierwszy” i opiekun bizonów uczcili ostenta­cyjnym uściskiem dłoni.

Po tym doświadczeniu postanowiono również pozostałe klatki zabezpieczyć sieciami, a wszystkie przygotować do spotkania z naj­większym nawet sztormem, tak by fale nie zmyły ich z pokładu. Urządzono dojście do klatek dla pojenia i karmienia zwierząt.

Każdy z marynarzy pokładowych chciał bezinteresownie poić i karmić bizony. Rozczarowanie było wielkie, gdy konwojent oświad­czył, że tylko jedni i ci sami ludzie mogą to czynić razem z nim, by nie drażnić zwierząt zbliżaniem się do klatek nowych osób. Niepokój towarzyszący przy załadowywaniu bizonów uczynił je naraz drogimi całej załodze „Kościuszki”. Gdy się okazało, że niepokój o zwierzęta będzie towarzyszył załodze przez całą podróż, uczucie do nich jeszcze się spotęgowało. Bizony stały się jak gdyby dziećmi każdego mary­narza z osobna. Tym droższymi, że nie można ich było nie tylko samemu doglądać, ale nawet - oglądać.

Załodze pokładowej przybyła nowa służba na pokładzie: oprócz „oka” i steru - czuwanie przy bizonach w dzień i w nocy. W razie zauważenia najmniejszego niepokoju w klatkach należało natych­miast zawiadomić konwojenta, bez względu na porę dnia czy nocy.

Skończono mocowanie klatek. Zwierzęta wydawały się być spokoj­ne. Opuszczono pokład, zostawiając jednego marynarza przy bizo­nach. Pierwszy oficer zameldował kapitanowi, że klatki z bizonami są zabezpieczone i gotowe do podróży.

„Kościuszko” zgodnie z rozkładem odbił od nabrzeża, potem oddał pilota. Po tradycyjnym głośnym podziękowaniu, złożonym przez kapitana mechanikom za manewry (powtórzonym przez oficera, a następnie asystenta pokładowego), położono się na kurs, na którym miano zobaczyć, jeszcze przed trawersatą oceanu, latarnię Gapę Race na południowym cyplu Nowej Fundlandii.

Od momentu załadowania starszy oficer zaczął uważać bizony za swą prywatną własność, ich konwojenta zaś i opiekuna w jednej osobie - za kogoś pośredniego między synem a bratem. Poprzysiągł sobie w duchu, że bizony muszą dojechać do Polski całe, by w przyszłości puszcze w kraju zaroiły się tysiącami tych zwierząt.

Podczas pierwszego lunchu, spożywanego w towarzystwie opie­kuna bizonów, którego kapitan poprosił o zajęcie miejsca koło siebie, rozmowa toczyła się wyłącznie na temat bizonów i ich przyszłości. Nie uszło uwagi starszego oficera, że donośny głos kapitana Eustazego, królującego przy stole, działa denerwująco na opiekuna bizo­nów i że wciąż nurtuje w nim żal do kapitana.

Pierwszy oficer zatrwożył się o przyszłe stada bizonów w polskich puszczach. Bał się, że humor młodzieńca może ujemnie wpłynąć na samopoczucie i usposobienie zwierząt, na ich zdrowie. Gdyby zacho­rowały, co robić? Kto i jak będzie je leczył? Ucieszył się więc, gdy w pewnym momencie student roześmiał się wesoło, choć nie wiedział, co mogło tak nagle rozbawić młodego człowieka.

- Niech się pan nie gniewa - powiedział student, widząc zasko­czenie na twarzy oficera, - Gdy tak słucham pana mówiącego, jak to będzie, gdy bizony rozmnożą się w Polsce i zapełnią wszystkie puszcze, przypomina mi się przysłowiowa Marysia ze skopkiem mleka na głowie i całą oborą skaczących cielątek w głowie. Podzi­wiam pana, że mając bizony na głowie i Atlantyk przed sobą. potrafi pan z takim zapałem mówić o tysiącach sztuk przychówku z naszych czterech podopiecznych.