Выбрать главу

Po lunchu obaj poszli obejrzeć bizony i asystować przy ich pojeniu i karmieniu. Kiedy doszło do noszenia prowiantu do klatek, wynikła sprzeczka. Sternicy, z manewrowym Augustem Budziszem na czele, oświadczyli, że ten zaszczyt należy się im, bo są na tym statku naj­dłużej. Marynarze z kolei twierdzili, że bizony nie należą do sterni­ków, lecz do Polski, wobec tego każdy ma prawo je poić i karmić, no i naturalnie przy tej sposobności popatrzeć na nie.

Pierwszy oficer widząc, że czas upływa, a spór przybiera na sile, zwierzęta zaś nie napojone i głodne mogą zacząć okazywać swe niezadowolenie, namówił opiekuna bizonów, by złagodził regulamin obowiązujący przy ich karmieniu. W rezultacie uradzono, że poić i karmić zwierzęta będzie - tak jak już zapowiedział konwojent - dwóch ludzi, oprócz opiekuna. Z tym że tylko jeden z nich będzie to czynić stale. Wylosuje się go spośród dejmanów, czyli tych z załogi pokładowej, którzy pracują wyłącznie w dzień i nie wychodzą na wachty. Drugi będzie się kolejno zmieniać. W ten sposób duża liczba marynarzy uzyska możność doglądania, a przy okazji i oglądania zwierząt.

Należało rozwikłany problem upowszechnić. Tymczasem pora była pojenia zwierząt i okazało się, że na ten moment czyhali wolni od służby palacze i stewardzi. Nie wiedzieli jeszcze nic o instrukcjach opiekuna bizonów i teraz cisnęli się jak najbliżej, by - korzystając z tego, że przy pojeniu zwierząt musiano trochę uchylić brezenty okrywające klatki - obejrzeć widoczne przez kraty kudłate łby i czarne, wilgotne nozdrza. Z trudem udało się ich przekonać, żeby nie podchodzili zbyt blisko, ponieważ mogą spowodować nieszczęście.

Największym jednak problemem dla pierwszego oficera był opie­kun bizonów. Jego przygnębienie nie ustępowało, zwiększając nie­pokój „pierwszego” o bizony. Stojąc na mostku po objęciu służby, ze wzrastającym żalem do kapitana przyglądał się umieszczonym na pokładzie klatkom. Naraz usłyszał kroki i tubalny głos:

- KochAAAny mój starszy oficerze! Mówiłem, że wszystko będzie w porządku. Wszyscy jesteście w dobrym zdrowiu i cali. Bizony też! KochAAAny mój, wiedziałem, że wszystko będzie dobrze.

Nagły gniew ogarnął starszego oficera. Nie mogąc go opanować, wybuchnął:

- To się tylko tak panu kapitanowi, patrzącemu z mostku, wydaje. Gdyby nie studenta instrukcje przy załadowywaniu, nakazana cisza, to nie wiadomo, czy chociaż jednego bizona mielibyśmy na pokła­dzie. Pan kapitan potraktował tego w najwyższym stopniu bezinte­resownego chłopca jak płatnego najemnika. Zniechęcił go pan kapi­tan do statku i do siebie.  Zdenerwował. Uważa się teraz za osobę niepotrzebną na „Kościuszce”. Lunchu prawie nie tknął. Żałuje, że z nami pojechał. Rodzice jego są zamożni; mógł się zabrać szybszym i naprawdę  luksusowym  statkiem.  Zdenerwowanie chłopca może udzielić się bizonom. Jeśli przestaną jeść i rozwalą klatki, to ja na to już nic nie poradzę. A pan kapitan będzie miał do mnie pretensję, że nie dopilnowałem. Przy takim ustosunkowaniu się pana kapitana dojedynego człowieka, który ma wpływ na te dzikie zwierzęta, nie mogęodpowiadać za ich zdrowie ani za ich całość...

Pierwszy oficer nie zdążył wypowiedzieć wszystkich nagromadzo­nych żalów, gdy kapitan przerwał mu ruchem obu rąk i oświad­czył:

- KochAAAm  mój! Powiedz temu kochAAAnemu opiekunowi naszych bizonów, iż bardzo mi przykro, że rak boleśnie odczuł moje powitanie. Jestem odpowiedzialny nie tylko za życie bizonów, lecz i za wszystkich ludzi na statku, z nim razem. Powiedz mu również, żezapraszam go na dziś wieczór, na godzinę dwudziestą trzydzieści, do mo|cj kabiny. Postaram się, żebyś nie miał dłużej żalu do mnie za dzisiejsze powitanie tego młodego człowieka.

I kapitan, pozostawiając na mostku wciąż jeszcze kipiącego gnie­wem starszego oficera, poszedł do swojej kabiny. „Skrucha” kapitana nieco uspokoiła starszego oficera, ale nie był pewien, czy obrażony chłopak zechce skorzystać z zaproszenia. Postanowił skłonić go do tego za wszelką cenę, mimo że przyznawał mu rację. Właśnie zoba­czył, że stoi koło klatek, zaprosił go więc do siebie na mostek i powiedział:

- Wie pan, kapitan był przed chwilą na mostku i polecił mi powiedzieć panu, że jest mu niezmiernie przykro, iż nie przyjął pana tak serdecznie, jak należało. Był jednak poruszony niezwykłością ładunku i kłopotami, jakie nas czekają. Słowa pana o mogących nastąpić trudnościach powiększyły jeszcze jego niepokój. Kapitan bardzo prosi, aby zechciał go pan dzisiaj odwiedzić w jego kabinie i prosi o przybycie na godzinę dwudziestą trzydzieści. Mam nadzieję, że pan nie odmówi? Bardzo pana o to proszę!

W głosie oficera było tyle serdeczności, że chłopak - zdecydowany w pierwszej chwili na odpowiedź odmowną - powiedział z pewnym wahaniem:

- Cóż mam robić? Przyjaźnie do niego usposobiony nie jestem, ale jeśli tak panu na tym zależy, to oczywiście pójdę.

- Wobec tego jeszcze jedno pytanie: czy pan pije?

- Nie jest to moja specjalność. Za trunkami nie przepadam, a nawet, szczerze mówiąc, nie lubię. Zależy też, co będę musiał pić u kapitana. Może czysty spirytus?

- Och! Tak źle nie będzie - uspokoił go „pierwszy”. – Kapitan zamiast wody „leje na szable” dobry koniak.

- Dla bizonów zrobię wszystko, byle dojechały do Polski cało i zdrowo. A z kapitanem przecież nie walczyłem i szabli nie wydoby­wałem.

- Mnie o tym nie potrzebuje pan mówić. Rozumiem pana dosko­nale. A więc spotkamy się dzisiaj w barze na górze o godzinie dwudziestej piętnaście. Zaprowadzę pana do kapitana i tam zosta­wię.

Następnego dnia, pod koniec porannej wachty pierwszego oficera, ukazali się koło klatek z bizonami: ich opiekun z przydzielonym do pomocy starszym marynarzem oraz wylosowanym sternikiem-szczęśliwcem, który jako jeden z pierwszych mógł zobaczyć bizony oraz nosić dla nich wodę i pokarm.

Starszy oficer powitał opiekuna bizonów przez podniesienie ręki, dając jednocześnie znak, by wstąpił do niego na mostek.

Ustalony rytuał pojenia i karmienia bizonów odbywał się bez zakłóceń. Bezwietrzna cisza panowała nad oceanem. Kołysanie, można powiedzieć, było nijakie.