Выбрать главу

Skończono karmienie bizonów, dociśnięto brezenty okrywające klatki i zamocowano je linami. Po chwili opiekun bizonów zjawił się n;i moslku usiinci hin;'l\ i wcst

- Jak pan spędził wieczór z kapitanem? - spytał pierwszy oficer po uściśnięciu dłoni młodego człowieka, prawie odczytując odpowiedź z wyrazu jego twarzy.

- Panie! - zawołał z entuzjazmem młodzieniec. - Takiego wieczoru jeszcze w swym życiu nie miałem! Pojąć nie mogę, kim jest kapitan. Artystą? Muzykiem? Zawodowym aktorem? W sumie coś fantastycz­nego! Przez dom moich rodziców przewija się wielu bardzo cieka­wych ludzi wszelkich zawodów, jednakże kogoś podobnego w jednejosobie nie spotkałem. Zostałem absolutnie oczarowany. Trudno mi wyrazić, jak jestem zobowiązany kapitanowi, że mając tyle spraw na głowie, jak mnie poinformował: nawigację, astronawigację, ładunek, pasażerów, olbrzymią korespondencję, raporty, dzienniki, sprawo­zdania i wiele innych obowiązków, których nie zdołałem nawet zapamiętać, zechciał mi poświęcić aż cztery godziny. Przykro mi się zrobiło, że tak wziąłem do serca jego wczorajsze powitanie. Nie skłamię, jeśli powiem, że dzisiaj w ogień bym skoczył za niego. Niechmi pan tak szczerze powie, kim on właściwie jest?

Rozmyślając nad tym przeistoczeniem obrażonego w wyznawcę, pierwszy oficer powiedział:

- Pyta pan, kim on jest? Muszę przyznać, że nie wiem. Jeszcze nie wyrobiłem sobie o nim ostatecznego zdania. Odbywam z nim pier­wszą podróż. Na razie, osobiście, uważam go, jeśli to panu coś mówi, za... szamana.

- KochAAAny mój panie starszy oficerze! - powitał kapitan „pier­wszego” przed rozpoczęciem porannej inspekcji statku, - Myślę, że jesteś już zadowolony. Zrobiłem, co mogłem, żeby bizony dowieźć do Polski w dobrym humorze. To jest... w takim humorze, w jakim pożegnałem wczoraj wieczorem ich opiekuna. Teraz będę musiał pilnować Pana Oceana, żeby nie połamał klatek i nie zabrał nam bizonów!

Mówiąc to, kapitan ruszył na inspekcję w asyście „sztabu” zebra­nego w głównym hallu.

Przy końcu ceremonii spotkano opiekuna bizonów. Kapitan zaprosił go, by mu towarzyszył aż do rozwiązania inspekcji.

- KochAAAny mój! - zwrócił się do opiekuna bizonów, gdy znów znaleźli się w halłu. - Proszę cię bardzo, żebyś mnie i mojemu kochanemu starszemu oficerowi pokazał swoje bizony.

Młody opiekun, z nieodstępnym karabinem maszynowym na ramieniu, zgodził się na prośbę kapitana z mocno zatroskanym wyrazem twarzy. We trójkę udali się na pokład, do klatek z bizonami. Odwiązując linę, by można było odchylić brezent, student błagalny m szeptem zwrócił się do kapitana:

- Panie kapitanie! Tylko proszę do nich nic nie mówić!

Nie był bowiem pewny, czy nosowe gulgotanie kapitana nie wywoła paniki wśród bizonów.

Skutek błagalnego szeptu studenta był tragiczny:

- KochAAAny mój! - zadudnił nos kapitana. - Ja potrafię uśmie­rzać morza i oceany, a cóż dopiero mówić o ujarzmieniu jakiegoś mizernego byczka!

Nie zważając na przerażoną tym wybuchem twarz młodzieńca, kapitan zbliżył się do odkrytej klatki, wsunął rękę przez kraty i kładąc ją na olbrzymim łbie bizona, porośniętym czarnobrunatnym włosem, zaczai „uśmierzać” olbrzyma amerykańskiej prerii tymi samymi słowami, jakimi „uśmierzał” Matkę Morze lub Pana Oceana.

- Cicho, Panie Byku! Cicho, Panie Byku! Cicho...

O tyle tylko zastosował się po chwili do błagalnego wzroku opie­kuna, że dudnił do bizona coraz bardziej przyciszonym głosem. „Szept” kapitana wydawał się jednak przerażonemu „kochanemu pierwszemu oficerowi” tak donośny, że miał wrażenie, iż kapitana słyszano aż na rufie.

- Cicho, Panie Byku! Cicho...

Panie kapitanie! Panie kapitanie! - wyszeptał zmieszany opie­kun, dotykając nieśmiało rękawa kapitańskiego munduru, by szyb­ciej zwrócić na siebie uwagę. - Panie kapitanie, nie wiem, czy to ma jakieś istotne znaczenie przy ceremonii „uśmierzania”, ale to nie jestbyk! To jest, z angielska mówiąc, „Lady Bizon” - Dama Bizon.

- AAA! - zadudnił głośno podniecony kapitan Eustazy. – Bardzo dobrze, żeś mi o tym powiedział, bo mogło wyniknąć nieszczęście! – I nie przestając gładzić kudłatego łba dudnił dalej, ale nieco ciszej: - Cicho, Pani Matka! Cicho, Pani Matka!...

Gdy „Pani Matka” zaczęła zdradzać niepokój, bijąc przednią nogą w podłogę klatki, opiekun bizonów zrobił się blady. Nie był pewien, czy kapitan potrafi tak oczarować Damę Bizon, jak oczarował wczo­raj jego. Nie śmiać jednak już powiedzieć słowa więcej, zdjął z ramienia karabin maszynowy i zaczął przy nim pilnie manipulo­wać.

- Cicho, Pani Matka! - jeszcze raz powtórzył kapitan, cofnął rękę i poprosił opiekuna, by zakrył klatkę brezentem.

Opiekun i „pierwszy” odetchnęli z ulgą, widząc, że kapitan wresz­cie zrozumiał, na jakie niebezpieczeństwo naraża bizony. Ale kapi­tan, rozochocony „uśmierzeniem” pierwszej bizonicy, ruszył do dru­giej. Powtórzyła się poprzednia scena z gładzeniem głowy niezwykłej pasażerki i wymawianiem zaklęć używanych do uciszania Matki Morze.

Drżący ze strachu opiekun posłusznie odkrywał kolejne klatki, modląc się w duchu, żeby się nic nie stało i żeby nie musiał zrobić użytku ze swej śmiercionośnej broni. Starszemu oficerowi „uśmie­rzanie” „dam” bizonów zapierało dech w piersiach. Na przemian było mu zimno i gorąco. Wydawało mu się, że ceremonia ta nigdy się . nie skończy. Gdy wreszcie ostatnia „dama” dowiedziała się, że ma być „cicho”, a klatka została zasłonięta i obwiązana, kapitan zwrócił się do opiekuna bizonów:

- KochAAAny mój! Teraz możesz już być zupełnie spokojny. Nic złego się naszym damom stać nie może, bo są pod MOJĄ osobistą opieką, w obrębie MEGO magicznego kręgu. Dojadą bezpiecznie i zdrowo. Cała Polska będzie się cieszyła z ich przybycia.

Pierwszy oficer mógłby w Izbie Morskiej przysiąc, że „damy” bizony od momentu zawarcia z nimi znajomości zaczęły spędzać sen z powiek kapitana. Bo też żadna persona grata - czyli najbardziej w danej podróży na „Kościuszce” uprzywilejowana osoba - nie mogła się równać z bizonicami. Do każdej ludzkiej istoty umiał kapitan

Eustazy podejść i oczarować ją, by potem wpleść ten fakt w wieniec nie kończących się sukcesów i podbojów. Minister, biskup, prezes, prezeska... ładna czy nie, młoda czy nie - wszystkie te osoby z łatwością „wplatał w wawrzyn swej sławy”.