Ksiądz kapelan, przerażony i zdenerwowany, bladł i czerwieniał na przemian. Zdawał sobie sprawę, że kapitana nicjuż nie odwiedzie od powziętego zamiaru.
- Niech kochAAAny kapelan pomyśli tylko - mówił nieco spokojniej kapitan. - Jeśli bizony dowieziemy do kraju, to przecież muszą mieć swe imiona. Któż ma je nadać, jeśli nie my? Przecież to wszystko leży wyłącznie w rękach kochAAAnego kapelana.
Czy wszystkie użyte przez kapitana argumenty były prawdziwe - kapelan nie wiedział. Że kapitan zrobi zapis w dzienniku okrętowym, tego kapelan był pewien. O zapisach tych stale słyszał wiele ciekawych historii od oficerów pokładowych. Przejść w ten sposób do potomności kapelan nie chciał. Przerażony własną decyzją, zgodził się w końcu na odprawienie mszy zwykłej (ale na werandzie okrętowej, to jest tam, gdzie odprawiał w każdą niedzielę), a następnie na pokropienie każdego bizona oddzielnie, by przy tej czynności rodzice chrzestni mieli możność nadania im wybranych imion.
Okrągłe od urodzenia oczy pierwszego oficera stały się jeszcze okrąglejsze, gdy go zawiadomiono, że ma zostać ojcem chrzestnym bizona.
- KochAAAny mój - ostrzegł go kapitan. - Pamiętaj tylko, żebyś nie pomylił, tak jak ja pomyliłem, płci tych bizonów! Żebyś nie zapomniał, że to nie byki, lecz damy. W moim imieniu mianujesz matki oraz ojców chrzestnych. Chcę koniecznie, żebyście nimi byli: ty i mój nowy, młody przyjaciel. Pozostałych ojców chrzestnych sam wybierzesz albo wylosujesz. Z rana kapelan odprawi mszę na werandzie, następnie udamy się do klatek. W momencie gdy ksiądz będzie kropił bizona, rodzice chrzestni wymówią formułę chrztu. Najlepiej nadać bizonom imiona indiańskie, związane z prowincjami Kanady. Po ceremonii wrócimy na werandę, skąd pójdziemy na uroczysty lunch. Wieczorem odbędzie się z tej okazji bal. KochAAAny mój!
Mianuję ciebie mistrzem ceremonii pierwszego na świecie chrztu bizonów na oceanie!
Pierwszy oficer jak zwykle powtórzył otrzymany od kapitana rozkaz. Tym razem głównie dlatego, by się upewnić, że nie śni. Zdumiony zgodą kapelana, postanowił jak najdokładniej wykonać otrzymane polecenie, bacząc przede wszystkim na zdrowie zagrożonych bizonów.
Studentki i studenci powitali pomysł z entuzjazmem. Po długich debatach postanowiono nadać bizonom indiańskie nazwy czterech kanadyjskich prowincji, w których osiedlili się Polacy. Na preriach tych prowincji pasły się niegdyś niezliczone stada bizonów.
Oczywiście, jak przewidział kapitan, każda studentka chciała zostać matką chrzestną, ojcem zaś - każdy student. Trzeba było losować. O dopuszczeniu do losowania decydował fakt, czy kandydaci na rodziców chrzestnych studiują w tych prowincjach, których nazwy mają patronować ich przyszłym chrześniaczkom.
Wiadomość o chrzcie bizonów, uroczystym lunchu na ich cześć oraz balu stała się jedynym tematem rozmów na „Kościuszce”. Rzucone przez kapitana hasło: „Pierwszy na świecie chrzest bizonów na oceanie” - i to na „Kościuszce” pod dowództwem kapitana Eustazego Borkowskiego - było na ustach każdego, bez względu na to w jakim stopniu miał brać udział w tym epokowym wydarzeniu - bezpośrednio w uroczystości czy tylko jako biesiadnik. Jedynie kapelan, który miał odegrać w niej, wbrew swej woli, główną rolę, był zupełnie przybity. Sposobił się na jutro, głośno pocieszając samego siebie i tłumacząc się przed intendentem, że w zasadzie przecież niczego złego nie popełnia. Znacznie mniejszą ulgę dawała mu świadomość, że czyni to na życzenie „pierwszego po Bogu”.
Nadeszła niecierpliwie wyczekiwana niedziela. Cisza i niczym nie przyćmione słońce zamieniły ocean w lustrzane-granatową lagunę. Po mszy odprawionej na werandzie ruszył na przedni pokład, na którym były ustawione klatki z bizonami, uroczysty orszak. Na jego czele, jak na nartach, sunął kapitan Eustazy w mundurze numer jeden (kroju surdutowego, aż do kolan) oraz w pełnej gali orderowej. Kapitan wlókł u swego boku, podtrzymując pod rękę i na duchu, smutnego kapelana. Za tą parą szedł pierwszy oficer, w takim samym mundurze jak kapitan, ze studentką w białej sukni. Za nimi kroczyła druga para rodziców chrzestnych: druga studentka i opiekun bizonów, bardziej jeszcze od kapelana smutny i niespokojny, chowający za plecami nieodłączny karabin maszynowy, który dziwnie wyglądał przy smokingu. Od momentu nominacji na ojca chrzestnego w myślach opiekuna bizonów toczyła się zacięta walka pomiędzy wiarą a niewiarą w szamanizm kapitana. Czy kapitan zdoła uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?
Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało wartę honorową dwóch marynarzy w białych tropikalnych mundurach z granatowymi kołnierzami. Taka sama warta stała przy każdej z pozostałych klatek (z rozkazem natychmiastowego zakrycia klatki po dokonaniu aktu chrztu). Gdy pierwszy oficer ze swą partnerką - studentką z Winnipeg - zatrzymał się przed chrześniaczką, kapitan nachylił się do kapelana i wyszeptał:
- KochAAAny kapelanie! POKROPIDŁUJ teraz tę damę bizon, ale tak, żeby ona tego nie widziała, bo może się spłoszyć! I zbytnio się nie ruszaj!
Kapelan posłusznie wyciągnął małe kropidełko i chowając je za matką chrzestną pokropił przez jej ramię widniejącą w cieniu klatki olbrzymią futrzaną masę, stojącą nieruchomo, oślepioną słońcem. W tym momencie oboje rodzice chrzestni zaczęli wypowiadać jednocześnie formułę chrztu:
- Manitobo... ja cię chrzczę...
Byli tak przejęci swą rolą, że - początkowo roześmiani i weseli - naraz stali się oboje bardzo poważni. Pierwszy oficer do tego momentu traktował całą sprawę jak pantomimę, zrodzona z niewyczerpanej wyobraźni kapitana. Teraz, wymawiając imię MANITOBA, mające swe źrodło w indiańskiej nazwie Manitu, co w języku plemienia Algonkmów znaczy Wielki Duch (zaś Manitoba to Cieśnina Duchów), uległ nieznanemu czarowi. Poczuł, że jest uczestnikiem jakiejś wielkiej przemiany w życiu tvch olbrzymów prerii. Myśl o tym wzruszyła go tak, jakby zjawił się przed nim sam Manitu, aby roztoczyć opiekę nad tymi czterema bizonami i nad wszystkimi bizonami wszystkich prerii i puszcz, które jeszcze do niedawna były niepodzielnymi władcami indiańskiej ziemi, a których piętnaście milionów sióstr i braci wytępiły „blade twarze” dla zabawy lub w celu pozbawienia Indian żywności. Oto teraz, dzięki temu, że stały się darem ofiarnych serc Polonii kanadyjskiej, cztery bizony przyjęte zostaną na pokładzie statku do społeczności polskiej jako pełnoprawni członkowie rodziny... i już nikt nie ośmieli się ich skrzywdzić.