Выбрать главу

Pierwszy oficer poczuł, że mu się gardło zwęża, a serce dziwnie podchodzi do góry. Przez chwilę nie mógł wymówić słowa. Kapitan musiał sam dać znak marynarzom, by zasłonili klatkę, po czym przesunął się z kapelanem do drugiej, przy której stali: studentka z uniwersytetu w Toronto i opiekun bizonów.

Kapelan, już nie instruowany przez kapitana, „pokropidłował” zza pleców drugiej matki chrzestnej następną „damę” bizon. W języku Irokezów imię jej oznaczało Piękne Jezioro, a dla nie wtajemniczo­nych uczestników było ono wyłącznie nazwą jeziora lub prowincji w Kanadzie - Ontario.

Zasłonięte drugą klatkę. Kapitan z kapelanem przeszli na lewą burtę, do dwóch następnych. Trzecią parę rodziców chrzestnych stanowili studentka i student z ziem zamieszkałych niegdyś przez Indian zwących siebie Wendami, a przez Francuzów przezwanych Szczeciniastymi Łbami, czyli Huronami. Trzecia para była tak wzru­szona, że z trudem wyszeptała imię chrzestne, mimo że w języku Huronów brzmiało ono krótko: Quebec. W tłumaczeniu mogło ozna­czać Nagle Zwężenie Rzeki lub Miejsce w którym Schodzą się Wyso­kie Skały. Oboje rodzice chrzestni studiowali na uniwersytecie mają­cym swą siedzibę w mieście o tej samej nazwie.

Przed ostatnią klatką stała para studentów z uniwersytetu w Regi­na. Oboje byli nie mniej wzruszeni niż poprzedni rodzice chrzestni. Nadane przez nich imię czwartej chrześniaczki brzmiało w języku Algonkmów niby szmer strumienia: Saskatchewan, a oznaczało Wiel­kie Katarakty iub Rzekę Prędko Płynącą.

Wolna od służby załoga oraz pasażerowie uczestniczący w tej jedynej w swoirn rodzaju ceremonii trzymali się jak najdalej od klatek i trwali w kompletnej ciszy, by nie spowodować katastrofy. Gdyby nie obawa przed spłoszeniem bizonów, uroczystość skończyłaby się wielkimi i głośnymi owacjami na cześć kapitana i kapelana. Ten ostatni już się pogodził z istnieniem nowo odkrytej władzy duchownej na statku, i to „pierwszej po Bogu”.

Po ochrzczeniu czwartej bizonicy, „dwóch duchownych” (tak intendent, od chwili gdy był niemym świadkiem „doprowadzenia do wiary chrześcijańskiej” kapelana, nazywał kapitana i księdza) wró­ciło na werandę, a wraz z nimi cztery pary rodziców chrzestnych. Po publicznym wyrażeniu swej wielkiej wdzięczności dla kochAAAnego kapelana, kapitan podziękował jeszcze kochAAAnym rodzi­com chrzestnym. Najdłużej i najgoręcej ściskał opiekuna bizonów, po czym ogłosił ceremonię chrztu bizonów za największe wydarzenie w dziejach „Kościuszki” pod jego dowództwem.

Wielkie brawa i podziękowania złożone przez delegację studentek i studentów zakończyły wplatanie nowego liścia wawrzynu do wieńca sławy niewidzialnie wieńczącego głowę kapitana Eustazego. W jego imieniu intendent zaprosił zebranych na chrzcino-lunch, podczas którego wśród toastów i pocałunków wypito niezliczone „poimienne”. Kapitan Eustazy, bohater dnia, zamiast przemówienia, w ekstazie chyba, zawołał tylko:

- KOCHAAAJMY SIĘ!

Entuzjazm biesiadników trudny był do opisania. Nie zmalał też przez krótką chwilę konieczną na przebranie się i odświeżenie przed chrzcino-balem, podczas którego osiągnął swój zenit.

Od tego historyczno-epokowego dnia na „Kościuszce” kapelan, chrzest i bizony nie schodziły z ust pasażerów i załogi. Przemożny entuzjazm dla tego wydarzenia zgniótł nieliczną grupę krytycznie nastawionych oponentów. Dalsza podróż odbywała się w tych samych warunkach atmosferycznych, w słonecznej ciszy. Mało zna­czącym jej etapem było pożegnanie Pana Oceana, które minęło bez echa, bo odbyło się w nielicznym gronie i tylko w barze. Po wejściu w cieśniny duńskie mignął przed przejściem do Kopenhagi zamek Hamleta, ale umysły były już zajęte ostatnim wieczorem na „Koś­ciuszce”.

„Benefis” kapitana, zwany wieczorem kapitańskim. Pożegnalny bal, połączony ze składaniem na piśmie wyrazów uznania kapita­nowi za miłą i bezpieczną podróż pod jego dowództwem. Dla szefa kuchni był to popisowy obiad, na który składał się najbardziej wymyślny zestaw potraw, mający zostawić w umysłach ucztujących niezatarte wspomnienie i nie dającą się zagłuszyć wielką ochotę ponownego skosztowania tych potraw w życiu. Innymi słowy - konieczność jeszcze jednej takiej podróży na „Kościuszce”, pod tym samym dowództwem i z tym samym szefem kuchni, którego nazwi­sko, „pieczołowicie podane”, widniało w każdej karcie menu okrę­towego. Dekoracja sali balowej, na wiele dni przed rozpoczęciem podróży obmyślana przez intendenta i ochmistrzów, miała oszoło­mić pasażerów i skłonić ich do złożenia spontanicznego ślubowania: „Żadnym innym statkiem przez Atlantyk - tylko »Kościuszką«!” „Z żadnym innym kapitanem - tylko z kapitanem Eustazym Borkowskim!”

Podczas pożegnalnego obiadu zgaszone przed deserem światła były zapowiedzią natychmiast po sobie następujących trzech atrak­cji: wzrokowej, kulinarnej i słuchowej. Mrok na sali jadalnej zostawał rozproszony czymś, co przypominało zorzę polarną. To niezapom­niane zjawisko świetlne powodowały „płonące” lody wnoszone na salę przez kilkunastu odpowiednio rozstawionych stewardów. Nie mniejszą ucztę wzrokową stanowiły wiązanki świeżych kwiatów ofia­rowywane przez kapitana Eustazego przy pożegnalnym obiedzie każdej damie. Rytuał ten należał do specjalności kapitana i przez niektórych zwany był „eustazjami”. Oznaczał „oczarowywanie” świe­żymi kwiatami, umiejętnie przechowywanymi w odpowiedniej tem­peraturze w chłodni okrętowej. Efekt wywołany „eustazjami” nigdy jeszcze na „Kościuszce” nie chybił.

Dobrane do smaku lodów najlepsze wina nie potrzebowały reko­mendacji w postaci dat i miejsc urodzin. Teraz następowała trzecia atrakcja - przemówienie kapitana. Tak było i w tej słynnej podróży, uwiecznionej chrztem bizonów.

Gdy kapitan Eustazy uderzył w kielich, pierwszemu oficerowi przyszły na myśl słowa Homera: „Lecz skoro ich już odeszła chęć jadła, żądza napoju, boski Odys w takie ozwał się słowa”:

- Szanowne panie, szanowni panowie, a razem wzięci: kochAAAni moi! Nadszedł dla mnie moment najsmutniejszy, ponieważ poże­gnać was muszę, moi najmilsi goście. Nie potrafię znaleźć słów na wyrażenie mego smutku, że jutro już nie będziecie ani radością oczu moich, ani radością uszu moich! Nie będę mógł się cieszyć widokiem waszych roześmianych twarzy ani też słuchać waszych wesołych rozmów. Podróż tę niektórzy z was nazwali ODYSEJĄ BIZONÓW. Ja nazwałem ją inaczej. W pamięci mej na całe życie pozostanie jako ODYSEJA WIELKICH SERC KANADYJCZYKÓW POLSKIEGO PO­CHODZENIA. Ich dziadowie przed stu laty - po upadku Powstania Listopadowego - opuścić musieli ojczyznę. Znaleźli w Kanadzie nowy dom, a kraj ten stał się ojczyzną tych, których mam zaszczyt dzisiaj podejmować przy tym stole. Odyseja ich dziadków i ojców, rozpoczęta przed stu laty na preriach Manitoby, Ontario, Quebecu i Saskatchewanu, pomimo ciężkich lat zmagań z przeciwnościami, nie zatarła nigdy pamięci o ojczyźnie, podobnie jak nie zatarł jej póź­niejszy dobrobyt. Wyrazem tej pamięci jest ich DAR przekazany ojczyźnie pod opieką córek i synów, którzy jutro staną na ziemi ojców. To łagodzi mój smutek rozstania z wami. Uznanie i łaska Pana Oceana oraz Matki Morze pozwoliły mi przenieść was na rękach w jak najlepszym zdrowiu i samopoczuciu nad głębokimi wodami od odległej Ameryki do Polski. Was i wasz bezcenny dar. Wierzę, że żaden z uczestników tej podróży nie zapomni nigdy o pierwszym i prawdopodobnie ostatnim chrzcie bizonów na oceanie. Nadane tym królewskim zwierzętom imiona będą przypominały waszym bra­ciom i siostrom w Polsce o siostrach i braciach znajdujących się w Kanadzie. Dlatego pozwólcie, że wspólnie wzniesiemy wielki toast na tym okręcie pod moim dowództwem: nasze kochAAAne córki chrzestne - Manitoba, Ontario, Ojiebec i Saskatchewan - NIECH ŻYJĄ!