Выбрать главу

Ostatniego wieczoru przed przyjściem do Kopenhagi w pożegnalnej balladzie kapitana usłyszała skierowane do siebie słowa:

- Pani, Twe lary i penaty sprawiły, że każdy dzień przychodził na ten statek, na spotkanie z Tobą, od horyzontu na wschodzie idąc przez ocean, haftowany złotymi nićmi Heliosa. Każda noc przycho­dziła do Ciebie, Pani, po srebrem wyłożonej drodze z tysięcy kręgów Luny. Ostatni dzień Twego pobytu na tym statku odszedł już po złotej smudze zachodzącego słońca. Nadeszła ostatnia noc Twego pobytu i Twych czarów.

Struny gitary łkały żałośnie, a kapitan mówił dalej głosem nabrz­miałym smutkiem:

- Jutro już, Pani, zabierzesz swe opiekuńcze bóstwa, które sprawiły, że żadna chmura nie zaćmiła nieba nad Tobą, żaden wiatr nie zmącił ciszy i spokoju na Twej drodze. Pani, słowa moje nie potrafią wyrazić tego, co wyraził Ocean, Słońce i Księżyc...

Kapitan nie dokończył zdania, urwany akord podkreślił ciszę, która nagle zapanowała w kabinie. Wtedy hrabina wstała, mó­wiąc:

- Dosyć, kapitanie, podobnie jak mój syn powiem: Nigdy was i waszego statku nie zapomnę. - I nie żegnając się z nikim, wyszła z kabiny.

Wpatrzony w okulary lornetki pierwszy oficer dzień po dniu roz­pamiętywał pobyt hrabiny na statku. W chwili gdy myślał o ostatnim „seansie” kapitana, zobaczył przez szkła, że z portu wychodzi olbrzy­mia motorówka iskrząca się od wypolerowanego mosiądzu i miedzi. Luksusowa łódź wyraźnie trzymała kurs na „Kościuszkę”. W pobliżu innych statków nie było.

„Pierwszy” jeszcze chwilę bacznie obserwował motorówkę, by nie podnieść niepotrzebnego alarmu. Nie było wątpliwości. Taka moto­rówka godna była zabrać na swój pokład hrabinę. „Pierwszy” polecił asystentowi pokładowemu zawiadomić kapitana o zbliżaniu się motorówki, a sam, uśmiechając się pobłażliwie na myśli o „korpusie dyplomatycznym i generalicji”, ruszył do trapu.

Przygotował wszystko tak, jak gdyby wizja kapitana miała rzeczy­wiście się spełnić. Przy trapie stali sternicy jako trapowi. Na wszelki wypadek ustawił ich tam czterech. Przy linach, którymi odgrodził pokład przed trapem i wolne przejście po pokładach do baru, ustawił marynarzy. Asystentowi polecił gwizdać od momentu postawienia pierwszej nogi „korpusu dyplomatycznego” na dolnym podeście trapu do momentu postawienia ostatniej pary stóp „generalicji” na pokładzie. Przy tym asystent miał salutować lewą ręką, a gwizdek bosmański trzymać prawą.

Zdążając do trapu, „pierwszy” duchowo czuł się przygotowany do odegrania powierzonej mu roli wicegospodarza, przyjmującego „korpus dyplomatyczny i generalicję”. W ostatniej chwili asystent wzburzył nieco myśli pierwszego oficera pytaniem: „Czy gwizdać, jeśli będą szły panie?” Było nie było - pomyślał „pierwszy” i polecił gwizdać. Ale ponieważ nie był pewien, czy się damom gwizdanie należy, więc problem ten przyćmił nieco radość z oglądania parady dostojników. Asystent miał jeszcze wątpliwości, czy starczy mu tchu, jeśli dostojników będzie wielu, a jak przestanie, to „pierwszy” nie będzie wiedział, czy już wszyscy z motorówki weszli na pokład „Koś­ciuszki”. Na szczęście nie śmiał podzielić się tymi myślami z ofice­rem.

Ledwo oficer ustawił się na wprost trapu, usłyszał zwolniony szum motoru. Potem nastąpiła zupełna cisza.

„Korpus dyplomatyczny i generalicja. Korpus dyplomatyczny i generałicja...” - te słowa kapitana wciąż przychodziły na myśl „pier­wszemu”, niby tekst chwytliwej piosenki.

Asystent ustawiony na górnej platformie trapu rozpoczął naka­zane gwizdanie, jednocześnie salutując lewą ręką. Jego postawa wyrażała takie przejęcie i była tak nieskazitelnie doskonała, że zda­wało się, iż zamarł w tym geście powitania.Jedyną oznaką, że asystent żyje było gwizdanie.

To gwizdanie wydawało się pierwszemu oficerowi przeciągać w nieskończoność, a żywa dusza nie ukazała się z motorówki. Miał wielką ochotę skoczyć na trap i zobaczyć, co się dzieje. Kto przyje­chał? Ile osób? Opanował jednak tę ciekawość, by nie zepsuć powagi chwili, i stał w przyjętej postawie z przygotowanym na ustach zaso­bem zdań powitalnych w języku francuskim. I oto naraz nad pokła­dem ukazała się czapka wojskowa suto szamerowana złotem. Złotem nakładany kołnierz, złote naramienniki, złote buliony. Wreszcie pierś admirała okryta złotem i srebrem krzyży oraz orderów. Za dyplomatą znów złoto i srebro generała, potem srebro i złoto dyplo­maty. Złoto i srebro. Złoto i srebro - na coraz to nowej czapie, kołnierzu, naramiennikach i piersi wynurzającego się zza burty na trapie generała lub dyplomaty. W końcu dwa te kolory zaczęły w oczach pierwszego oficera wirować w rytmie walca. W każdym z wchodzących widział generała i ambasadora. Każdy wojskowy i ambasador po wejściu na górną platformę trapu salutował banderze i przechodził na pokład.

„Pierwszy”, wyprężony jak struna, salutował, zamieniając się powoli w posąg powitania. Nie widział już trapu, stracił rachubę czasu i rachubę dostojników, w uszach miał gwizd trapowy, a w oczach złoto i srebro. Oszołomiony czekał na koniec gwizdu. W krótkim przebłysku świadomości potrafił zauważyć, że dam nie było. To sprawiło mu ulgę. Nie wiedziałby, do kogo zwrócić się z mową powitalną - do pań czy do generała, który pierwszy dotknął stopami pokładu „Kościuszki”.

Każdy z wchodzących generałów i dyplomatów dźwigał olbrzymi bukiet biało-pąsowych róż. Załoga i pasażerowie obserwujący tę wspaniałą paradę duńskich dostojników i zaprzyjaźnionych dyplo­matów widzieli w różach oznaki hołdu dla „naszej hrabiny”. Taką liczbę dostojników i tak ubranych pierwszy oficer pamiętał tylko raz w historii naszych transatlantyków. Była to podróż Prezydenta Rze­czypospolitej Polskiej do Tallinna na „Polonii”, w asyście pięciu polskich okrętów wojennych. Różami była przystrojona brama triumfalna na molo w Tallinnie. Ale tych róż nie było tyle i nie było też tyle złota i srebra. Mimo woli podziwiać musiał proroczość wizji kapitana.

Zamilkł nareszcie gwizd trapowego. W życiu pierwszego oficera nastała decydująca cisza, którą zaliczył do historycznych. Podszedł do stojącego na czele przybyłych dostojników generała i z miejsca wpadając w styl przemówień kapitana, powitał dygnitarzy w języku francuskim. Mówiło mu się lekko i swobodnie. Był sam sobą zachwy­cony. Z przemówienia jego wynikało, że wszyscy na statku są szczę­śliwi, iż mają zaszczyt gościć taką osobę jak hrabina, dzięki której w tej chwili statek ich został uświetniony przybyciem tylu mężów stanu.