Выбрать главу

Przemówienie miało w sobie tyle zapału, że złagodziło zdziwienie dostojników, iż to nie kapitan osobiście ich przyjmuje, lecz pierwszy oficer. Przyjazne uśmiechy na twarzach dyplomatów „pierwszy” przyjął niby wielkie brawa nagradzające jego talent krasomówczy. Oznajmił, że jest szczęśliwy, iż będzie miał zaszczyt zaprowadzić dostojnych gości do hrabiny. Prosił o pozwolenie wskazywania drogi, przepraszając, że z tego powodu musi iść na ich czele. Uprzejmy salut najstarszego generała był znakiem do rozpoczęcia historycznego marszu „korpusu dyplomatycznego i generalicji” z pierwszym ofi­cerem jako przewodnikiem.

Przed wejściem do baru, w którym oczekiwała hrabina, oficer zatrzymał się, pozwalając wejść przybyłym gościom.

Na wprost wejścia stała hrabina, o parę kroków od niej - kapitan. W chwili gdy ostatni z przybyłych wszedł do baru, pierwszy oficer zgodnie z życzeniem kapitana wsunął się tam również i stanął obok kapitana, by ten miał żywego i naocznego świadka, który kiedyś rozsławi jego nieśmiertelny triumf.

Najpierw było składanie hołdów. Z różami słały się do stóp hra­biny słowa podziwu dla jej piękności i czaru. Mówiono też o wielkiej tęsknocie za nią.

- Cała Dania oczekuje Twego powrotu, Pani. - Takimi słowami zakończył swe przemówienie pierwszy z admirałów, który wszedł na pokład „Kościuszki”.

Następnie w takiej samej kolejności, w jakiej wchodzili na statek, przemawiali i składali hołdy pozostali dyplomaci i generałowie.

Hrabina promieniała. Początkowo usiłowała sama utrzymać ol­brzymie naręcza róż, ale po chwili stało się to niemożliwe. Kapitan szybko przesunął się do hrabiny, odbierając od niej różane brzemię. Jednakże naręcze obezwładniło również kapitana. Pierwszy oficer, widząc ginących w tym różanym potopie hrabinę i kapitana, pośpie­szył z pomocą. Najwięcej zimnej krwi okazał barman, który szybko wyjął zza baru srebrem mieniące się wiaderka do mrożenia szam­pana i odbierając wiązanki od „pierwszego” zaczął je w nich roz­mieszczać.

Barman był z duszy artystą kochającym piękne obrazy. Na pocze­kaniu skomponował żywy obraz z „naszą hrabiną”, przypominający scenę z koronacji królowej Wiktorii angielskiej. Róże u jej stóp, róże obok niej, róże jako tło...

Nadeszła chwila, w której hrabina zaczęła przedstawiać dostojni­kom kapitana. Każdy z nich czuł się w obowiązku wyrazić wdzięcz­ność kapitanowi, że w tak świetnej formie oglądają hrabinę po przebyciu przez nią oceanu.

W końcu podziękowania się wyczerpały. Nastała cisza, którą prze­rwała salwa honorowa ze strzelających korków od szampana, umie­jętnie zorganizowana - na zlecenie kapitana - przez ochmistrza. Słysząc ją, pierwszemu oficerowi ścisnęło się serce na myśl o tym, ile zostało kapitanowi z poborów po tych „wystrzałach”. To, co kapitan otrzymywał na reprezentację, było znikome wobec jego zapotrzebo­wania.

Stewardzi zaczęli roznosić kielichy napełnione szampanem. Kapi­tan promieniał. Był w swoim żywiole, rozdając ze swej dwumetrowej wysokości uśmiechy, podziękowania i przypominając się poznanym gdzieś i kiedyś generałom oraz dyplomatom.

Gdy kielichy znalazły się w dłoniach wszystkich przybyłych, kapi­tan dał znak orkiestrze statkowej, która zagrała coś, co można było uważać za fanfary, za hymn, a na pewno za uwerturę do mającego nastąpić przemówienia kapitana.

Na wszystkich balach kapitańskich i w innych okolicznościach kapitan lubił otrzymywać wprowadzenie przez muzykę Mozarta, Beethovena lub Mendelssohna. Orkiestra na „Kościuszce” była zna­komicie dobrana. I teraz oprawa muzyczna do hołdu składanego hrabinie wypadła doskonale, stwarzając jednocześnie nastrój ocze­kiwania na coś jeszcze większego i piękniejszego.

„Nasza hrabina” była głęboko wzruszona. Zgodnie z opinią załogi nie można się było na nią napatrzyć. Pierwszy oficer był nie mniej wzruszony od hrabiny i wpatrywał się w nią jak w obraz.

Ale oto na środek baru wystąpił kapitan z kielichem wzniesionym w górę i zwrócił się bezpośrednio do hrabiny:

- Sermissima Senhora... Wybacz, Pani - mówił dalej po francusku - że zwróciłem się do Ciebie w języku portugalskim, który w pewnych okolicznościach wydaje mi się największy i najsłodszy. Według mnie jednak nie istnieje taka mowa i słów takich dobrać nie potrafię, które by swym brzmieniem zdołały oddać Twój urok, czar i piękno Twe, Pani. Starożytni Grecy uczuciom swym, dla lepszego ich zrozumie­nia, nadali kształty i wygląd osób żywych. Jeśliby nasze uczucia dla Ciebie, Excelentmima Senhom, na sposób Greków przedstawić, to nie inaczej, niż w osobie Twojej widząc wynurzoną z fal morskich Afro­dytę, której piękno i czar rodzi miłość. Należy Ci się, Pani, imię Anadyomena, Wynurzająca Się. Bo i Ty na podobieństwo tamtej wynurzyłaś się, jak najcudowniejsza perła mórz, z konchy, której na imię Zelandia - z Twojej wyspy ojczystej. Twa miłość do róż białych i czerwonych potwierdza to podobieństwo do Afrodyty, gdyż pianę morska, z której się wynurzyła, bogini zamieniła w białe róże. Jako wynurzonej z piany morskiej należy Ci się imię Afrogenaia. Siła uczuć Afrodyty dała nam róże czerwone. Zamieniły się w nie róże białe, których dotknęły jej skrwawione stopy, gdy śpiesząc na pomoc umiłowanemu Adonisowi, zranionemu śmiertelnie podczas łowów przez zazdrosnego boga wojny Aresa, przedzierała się przez cierniste krzaki białych róż.

To morze kwiatów, które tu w tej chwili Cię otacza, jeszcze bardziej potwierdza Twoją przynależność do morza jako symbolu Twoich narodzin i Twego uczucia. To do Ciebie modlą się żeglarze w czas burzy, błagając o ciszę na morzu. Zwą Cię Afrodytą Ahelassia i Afrodytą Pontis, a więc Afrodytą Morską.

Gdy jesteś dla kogoś łaskawa, potrafisz ujarzmić najbardziej rozszałałe fale nie tylko morskie, ale i uczuć ludzkich, jako że wszyscy płyniemy przez ocean życia i wszyscy modlimy się do Ciebie o pomyślną żeglugę, nazywając Cię Afrodytą Buploia - Afrodytą Pomyślnej Żeglugi. Nie opuszczałaś swoich żeglarzy, gdy zawijali do portów, w których wznosili Ci świątynie, prosząc o opiekę. Jako opiekunka portów nosisz imię Afrodyty Limnesia...