Ilustrissima Senhora, nie chcę Cię dłużej nudzić wymienianiem wszystkich tytułów, które Ci się należą. Nie istnieją bowiem słowa, których dźwięk mógłby oddać smutek naszego pożegnania z Tobą. Wszyscy na okręcie doceniamy Twą wielkoduszność i ofiarę. Odbyłaś tę podróż przez ocean z nami, mogąc korzystać z największych i najpiękniejszych okrętów świata. Dziś, żegnając Ciebie, życzymy Ci, by te morskie kwiaty słały się pod Twymi stopami przez cale Twoje dalsze życie tak samo jak w tej oto chwili.
Kapitan szerokim gestem obu rąk wskazał piętrzące się dookoła czerwone i białe róże.
- Najserdeczniejszym jednak życzeniem - mówił dalej - moim i załogi jest, aby znów kiedyś ścieżka Twego życia przeszła przez pokład naszego statku. Jeszcze raz, Serenmima Senhora, z niewypowiedzianym smutkiem żegnam Cię w imieniu całej załogi i swoim, wraz z wyrazami dziękczynienia za to, że przez kilkanaście dni pozwoliłaś nam służyć Tobie, oglądać Twoją osobę i żyć urokiem, jaki roztaczałaś na tym statku. Wznoszę toast za Twoje pomyślne lądowanie w Twej ojczyźnie, Najdostojniejsza Pani.
Gdy wszyscy obecni spełnili toast, hrabina, nie ukrywając wielkiego wzruszenia, podeszła do kapitana, objęła go jedną ręką za szyję i przyciągając jego twarz do swojej złożyła na niej pocałunek, na oczach całego korpusu dyplomatycznego Danii i generalicji.
Zapanowała wielka cisza. Wydawało się, że obecni ze zdumienia przestali oddychać, a przynajmniej korpus dyplomatyczny i generalicja. Na twarzach dyplomatów widać było zdumienie graniczące z osłupieniem. Nie było to niezadowolenie, ale bardzo wielkie zdumienie. Bożyszcze stolicy Królestwa Duńskiego całuje publicznie jakiegoś kapitana polskiego statku.
Cisza i zdumienie nie uszły uwagi hrabiny. Wciąż jeszcze bardzo wzruszona, z błyszczącymi od łez oczami, zwróciła się do przybyłych dostojników, mówiąc:
- Kochani moi przyjaciele, proszę was, byście się nie dziwili. Nie wstydzę się przyznać, że nigdzie, i w całym moim życiu, i na całym świecie, nie spotkałam większej i powszechniejszej życzliwości od tej, jaką mogłam wyczytać w oczach każdego człowieka na tym statku, okazywanej mi stale przez całą podróż. W Danii jestem hrabiną, toprawda, ale tutaj, na tym polskim statku, byłam królową.
Rozległy się wielkie brawa.
Stojący obok pierwszego oficera stary dyplomata duński szepnął do również wiekowego generała po łacinie:
- A posse ad eise n on vaiet consequentia.
Pierwszy oficer, pamiętając jeszcze łacinę, przetłumaczył sobie dosyć dowolnie te słowa: „Z możności nie należy wnioskować o wyniku”.
Sandek, Leda i Syrena
- KochAAAny mój! SKOŃCZONE MANEWRY MASZYNAMI! KAPITAN DZIĘKUJE OFICEROM MECHANIKOM ZA MANEWRY! - wielkim głosem zawołał kapitan Eustazy do asystenta pokładowego, pełniącego służbę na mostku.
Asystent nachylił się nad rurą głosową prowadzącą do maszyny i naśladując głos kapitana powtórzył jak echo:
- Skończone manewry maszynami! Kapitan dziękuje oficerom mechanikom za manewry!
Tak rozpoczęła się kolejna podróż naszego transatlantyka „Kościuszko” do Nowego Jorku. Statek po oddaniu pilota położył się na „żelazny” kurs, by ominąć półwysep Hel. „Żelaznymi” kursami nazywano niekiedy na regularnych liniach te kursy na mapach, które już były wypróbowane, a niekiedy nawet wykreślone atramentem.
Podróż odbywała się normalnie. W dzienniku okrętowym już dawno zapisano postój w Kopenhadze oraz trawersy Cape Wrath i Butt of Levis. Kilka dni upłynęło od minięcia wysepki Rockall, gdy w dzienniku trzeba było dokonać niecodziennego zapisu z okazji zwiększenia się liczby pasażerów o nowo narodzonego w szpitalu okrętowym homo sapiens płci żeńskiej.
- Panie kapitanie! - meldował asystent pokładowy kapitanowi Eustazemu. - Lekarz okrętowy oznajmił, że dziś w nocy odbył się przy jego asyście poród. Matka i dziecko czują się dobrze.
- KochAAAny mój! Dziękuję ci bardzo! Zapiszesz to do dziennika okrętowego i powiesz doktorowi, że KAPITAN DZIĘKUJE DOKTOROWI ZA UDANY PORÓD.
Spokojny ocean podniósł atrakcję urodzin do najwyższego stopnia. Cały statek żył nowo przybyłą pasażerką. Kapitan został ojcem chrzestnym. Pasażerowie otworzyli jej w biurze okrętowym rachunek PKO i kto żyw składał się na posag dla nowej obywatelki polskiej. Był to na transatlantyku niemal świąteczny dzień.
Trzy dni przed Nowym Jorkiem asystent pokładowy znów zameldował kapitanowi:
- Panie kapitanie! Lekarz okrętowy oświadczył dziś rano, że w nocy odbył się przy jego asyście poród. Matka i syn czują się doskonale.
- KochAAAny mój! Powiedz doktorowi, że KAPITAN DZIĘKUJE DOKTOROWI ZA DOBRZE ODBYTY PORÓD! Dane, kochAAAny mój, wpisz do dziennika okrętowego.
Podobno „zaraźliwe” są nie tylko złe przykłady, ale i ddbre. Zanim kapitan Eustazy przyzwyczaił się do nowego pasażera, znalazła się przed nim delegacja, która mianowała kapitana SANDEKIEM, czyli trzymającym dziecko przy obrzezaniu.
Kapitan Eustazy po przeżyciach na morzu podczas pierwszej wojny światowej nie znosił widoku krwi. Wizja operacji, w której miał brać nieomal czynny udział, wyzwoliła w nim odruch obronny. Przejawił się on wybuchem potoku słów, będących mieszaniną żargonu i hebrajszczyzny, przy niepowszedniej znajomości Biblii.
- A GROSJE MECCJJE! - grzmiał na głównego delegata, który mu wyznaczył ową zaszczytną funkcję przy noworodku. – MOJRZE REBEJNINEBICH A ŁOSZNEN - co miało oznaczać: „Mojżesz nauczyciel mówi”.
Tu kapitan Eustazy przeszedł z żargonu na hebrajski, cytując z GENESIS, czyli KSIĘGI RODZAJU: „A gdy już było Abramowi dziewięćdziesiąt lat i dziewięć, ukazał mu się Pan i rzekł do niego: