Ślub
Idąc z Konstancy koleiną wyżłobioną w czasie paru lat przez „Polonię”, po minięciu wyspy Saria, „Kościuszko” wszedł w koleinę prowadzącą do Jaffy, pomimo że Hajfa była bliżej i do niej również się zachodziło. Podyktowane to jednak było zdobytym już przez „Polonię” doświadczeniem, że przy złej pogodzie wyładowanie ładunku przeznaczonego do Jaffy było niemożliwe, ponieważ nie miała ona właściwego, zasłoniętego od wiatrów portu. Wyładunek odbywał się na redzie, na przycumowane do statku barki. Statek, nie mogąc wyładować, musiałby po raz drugi wracać do Hajfy, wobec czego najpierw szło się do Jaffy, a potem do Hajfy.
Dobre drogi i świetnie zorganizowana komunikacja autobusowa dla turystów przyczyniały się do tego, że w każdym rejsie część załogi, dysponując dniami wolnymi za niedziele spędzone w morzu, wyruszała z Jaffy na zwiedzanie Jerozolimy, w której się zazwyczaj zostawało na noc. Następnie jechało nad Morze Martwe, do Jerycho, Nablus (Sychem), nad Tyberiadę do Kafarnaum i przez Nazaret do Hajfy, gdzie już stał statek.
Załoga „Kościuszki”, poinformowana dokładnie przez załogę „Polonii”, dokąd, jak i kiedy podróżować, wydeptanymi przez załogę „Polonii” ścieżkami znalazła się w Jerozolimie. Duże było zdumienie KOŚCIUSZKOWCÓW, gdy przy Grobie Pańskim, mającym kształt kapliczki ustawionej w głównej nawie kościoła, zobaczyli posuwającego się na kolanach - szpalerem olbrzymich jarzących się świec - wielkiego mężczyznę w ciemnym ubraniu. Po każdych trzech krokach, dokonywanych na kolanach, człowiek ten bił się potężną pięścią w piersi, powtarzając za każdym razem głośno po łacinie, tak że echo słów, odbite od stropu świątyni, huczało po całym kościele: - MEA CULPA, MEA CULPA, MEA MAXIMA CULPA!(Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!).
Tłumy otaczające drogę wyznaczoną świecami zwiększały się. Szeptem podawano sobie do wiadomości, że jakiś bardzo wielki grzesznik odbywa pokutę z całego swego życia. Inni mówili, że to mąż świątobliwy przybył uczcić Grób Pana. Nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że to, co się dzieje, jest spełnieniem jakiegoś wielkiego ślubu. Takie rzeczy często mają tutaj miejsce.
Z zakamarków kościoła wysuwali się mnisi, przeciskając się przez tłum, by z bliska popatrzeć na niezwykłą postać, która zakupiła taką masę świec i nie zważając na zniszczenie swych szat odbywa pielgrzymkę na kolanach. Po dokładnym obejrzeniu pątnika dwóch mnichów udało się w głąb kościoła. W chwilę później wrócili z trzecim mnichem. Był nim starzec z białą brodą. Opierając się na długim kiju, zajął miejsce u wejścia do grobowca. Gdy odbywający swą wędrówkę na klęczkach człowiek zbliżył się do starca, ten nachylił się nad nim i spytał po angielsku:
- KTO TY JESTEŚ?
- I AM MAAAN FROM SEA! (Jestem człowiek z morza!) - zawołał wielkim głosem osobliwy pątnik, nie podnosząc się z klęczek. Po chwili mówił dalej: - Mnie, grzesznikowi, było dane być u grobów najsławniejszych ludzi. Byłem u grobów najznakomitszych wodzów. Znani groby najznakomitszych żeglarzy. Znam groby największych myślicieli. Znam groby najsłynniejszych astronomów. Znam groby wszystkich wielkich ludzi pochowanych we wszystkich częściach świata. Ale nigdy mnie, grzesznikowi, nie było dane być u Grobu Pana. Będąc jeszcze małym dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszałem o tym grobowcu, uczyniłem ślub, że zapalę u niego trzysta świec, grób trzykrotnie na klęczkach okrążę i co trzy kroki o zmiłowanie za grzechy prosić będę, wołając głośno: Mea culpa! Mea culpa! Mea maxima culpafloto po tylu latach burz i tułaczki na wodach wszystkich mórz i oceanów dożyłem tej radosnej chwili, że mogę wypełnić ślub uczyniony w dzieciństwie!
Kapitan Eustazy - on to był bowiem - zakończył swą przemowę i podniósł się z klęczek. Mnich z białą brodą wziął go pod rękę. Tłum rozstąpił się przed nimi, gdy ruszyli w kierunku wejścia do mrocznego korytarza kościelnego. Pozostały po panu Eustazym płomienie trzystu jarzących się świec.
"Awantury arabskie" Szamana
Z tysiącem pasażerów na pokładzie, po „wyrzuceniu” ładunku w Jaffie, dwie godziny przed zachodem słońca w jeden z piątków 1935 roku nasz transatlantyk „Kościuszko” pod dowództwem kapitana Eustazego Borkowskiego przeciął horyzont i znalazł się na widnokręgu, którego centralnym punktem była Hajfa, jedyny port Palestyny, będącej wówczas pod protektoratem Anglii. Na redzie Hajfy statków bez liku czekało w kolejce na pilota, by wejść do portu.
Kapitan Eustazy, po dokładnym obejrzeniu z mostku krajobrazu pomiędzy nim a portem, oznajmił jednemu z dyrektorów linii GAL (Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe), będącemu w podróży służbowej na „Kościuszce”:
- Panie dyrektorze! Nie biorę pilota!
- Kapitanie! To niemożliwe! Zapłacimy wysoką karę!
- KochAAAny mój panie dyrektorze - wybulgotał powtórnie przez swój ogromny nos kapitan Eustazy. - Nie biorę pilota! Nie mam czasu!
Nie słuchając dalszych sprzeciwów dyrektora, kapitan ruszył do stojącego na mostku starszego oficera, by wrydać odpowiednie rozkazy.
Pierwszy rozkaz brzmiał: All hands on deck! (Cała załoga na pokład!) - jakby nasz transatlantyk tonął. Z kolei nastąpiły dalsze szczegółowe rozkazy z jednoczesnym podaniem sternikowi kursu na wejście do portu bez pilota.
Nie ma wątpliwości, że NAGŁA KREW musiała zalewać kapitanów statków na redzie na widok intruza, idącego „cała naprzód” w kierunku wejścia do portu.
Na „Kościuszce” zakipiało. Na pierwszy plan wysunęła się orkiestra okrętowa, z rozkazu kapitana uzbrojona w najbardziej głośne instrumenty muzyczne. Miała ona śledzić każdy ruch kapitana.
Załoga pokładowa szykowała trapy - główny koło salonu i rufowy przy czwartej ładowni. Przygotowywano trzecie wyjście ze statku, z tak zwanego „garażu”, przez duże drzwi wodoszczelne w burcie, i dwa borny okrętowe.
Gdy „Kościuszko” znalazł się w basenie portu i podszedł do dogodnego nabrzeża, kapitan głosem nie znoszącym sprzeciwu rozkazał Bogu winnym, przygodnym Arabom, stojącym w tym miejscu, przyjąć cumy i posłusznie założyć na pachołki. „Kościuszko” błyskawicznie je obciągnął i był gotów do lądowania pasażerów.