Выбрать главу

I oto na rozkaz kapitana Eustazego wskrzeszone zostało widowisko EKODUSU Izraelczyków przez Morze Czerwone. Trzema przygotowa­nymi schodniami runęły na Ziemię Obiecaną setki pasażerów w długich, nieprzerwanych falach, unosząc z pomocą stewardów, pala­czy i marynarzy swój dobytek; jednocześnie ciężki bagaż sypał się na nabrzeże dzięki bomom statkowym, obsługiwanym przez maszynę. Cała załoga troiła się, pomagając przejść przez to Morze Czerwone. Większość ludzi i cały bagaż był już na lądzie, gdy ukazali się spiesznie idący celnicy, policjanci i władze portowe.

Baczne oko kapitana Eustazego, przygotowane do ewentualnego KATAKLIZMU zdolnego pogrzebać jego obraz EXODUSU, dostrzegło rozsierdzone twarze władz portu. Kapitan dał orkiestrze znak ręką i w tej samej chwili cała Hajfa zadrżała od dźwięków hymnu GOD SA VE THE KING. Anglicy ZAMARLI w postawach NA BACZNOŚĆ. Umun­durowani salutowali, wszyscy podwładni, Arabowie i Izraelici, wyprężyli się jak struny, naśladując najwyższych przełożonych. Na oczach sparaliżowanych hymnem władz palestyńskich „Kościuszko” kończył wyrzucać z siebie pasażerów i ich dobytek. Gdy ostatni pasażer i ostatnia walizka znalazły się na lądzie, władze emigracyjne i celnicy nie mieli już nic więcej do roboty na naszym statku. Dla określenia czasu trwania EXODUSU należałoby użyć wyrażenia: W MGNIENIU OKA.

Na dany przez kapitana Eustazego znak orkiestra ucichła. Zwol­nieni z postawy BACZNOŚĆ przedstawiciele władz portowych i policji ruszyli na „Kościuszkę”. Kapitan Eustazy nieomal z sercem na dłoni i z wyrazem nieograniczonej miłości w oczach witał wchodzą­cych na trap rozsierdzonych i zachmurzonych dostojników - jak gdyby nic nie zaszło:

- Szczęśliwy jestem, że mam zaszczyt was znów oglądać i gościć - powiedział.

Najwyższe szarże ruszyły za kapitanem do jego kabiny. W momen­cie gdy już miały wyrazić swe ubolewanie, zjawili się stewardzi, wnosząc „na baczność” ustawione kryształy napełnione kolorowymi „likworami”; obok nich piętrzyły się „rahatłukumy” (rozkosze pod­niebienia), mogące zaspokoić wymagania najbardziej wyrafinowa­nych smakoszy.

Po tradycyjnym dla Anglików toaście: GENTLEMEN, THE KING! - nastąpiły inne: ZDROWIE każdego z obecnych w kabinie dostojni­ków, nie mających sił oprzeć się DELICJOM kapitana Eustazego, serwowanym w postaci płynnej i stałej. Powoli zaczęły nawiązywać się stosunki dyplomatyczne, a szala wdzięczności, uznania, zgody oraz poczucie humoru przeważyły szalę oburzenia. Rozbrojonym już zupełnie dostojnikom kapitan złożył podziękowanie za wyrozumia­łość. Po wpłaceniu kary za niewzięcie pilota kapitan Eustazy błagał teraz o przysłanie pilota możliwie jak najszybciej, ponieważ śpieszy mu się bardzo do Aleksandrii.  

* * *

Życie na „Kościuszce”, będącym już w morzu i leżącym na kursie do Aleksandrii, wróciło do normy. Kapitan Eustazy z nowym liściem wawrzynu u skroni spotkał się znów z dyrektorem.

- Kapitanie - odezwał się dyrektor - proszę mi wytłumaczyć, po co pan uparł się płacić karę za niewzięcie pilota. Przecież mamy tyle czasu i, jak wiem, nic pana nie piliło, że tak powiem. W głowę zachodzę, po co pan urządził to całe nieprawdopodobne widowisko? Wyglądało, jakby statek się palił lub miał wylecieć w powietrze. Myślę, że takie wrażenie miały władze Palestyny.

- KochAAAny mój panie dyrektorze! - zadudnił przez nos kapitan Eustazy. - Pasażerowie nasi, których wyokrętowaliśmy, trzymając się ślepo przykazań Talmudu, nie mają prawa podróżować w SZABAS, to jest od zachodu słońca w piątek do jego zachodu dnia następnego, czyli w sobotę. Jest to najstarsze święto Hebrajczyków, obchodzone prawdopodobnie jeszcze w czasach przedmojżeszowych. Gdybym czekał na pilota, wszedłbym do Hajfy w najlepszym wypadku razem z SZABASEM. A wie pan, ile kosztuje postój przy nabrzeżu? Proszę do tego dodać wyżywienie przez dwa dni prawie tysiąca pasażerów oraz astronomiczne ceny za wyładunek i lądowanie pasażerów w niedzie­le. Zapłacona przeze mnie kara za niewzięcie pilota i za godzinę postoju przy nabrzeżu to przysłowiowa kropla wody w oceanie tam­tych wydatków.

NIESTETY jest to tylko RELATA REFERO. Osobiście tego szamań­siego EXODUSU nie byłem świadkiem.

Magiczny krąg

Ciężko chorego kapitana Mamerta Stankiewicza zniesiono na ląd. Na zastępstwo przyszedł do nas, na motorowiec „Piłsudski”, w listo­padzie 1935 roku kapitan Eustazy Borkowski. Poprzedzała go sława „cudotwórcy” - z powodu osobliwego sposobu bycia, swoistego sys­temu prowadzenia nawigacji i nieprawdopodobnego szczęścia, jakie mu towarzyszyło we wszystkich sytuacjach „bez wyjścia”. Dla ofice­rów, którzy z nim dotąd nie pływali, był interesującą zagadką.

Ceremonia przedstawienia się nowemu kapitanowi dała możność obejrzenia go z bliska. Wysoki wzrost i kościstość postaci nie zrobiły na żadnym z oficerów większego wrażenia. Niepokój ogarnął nas dopiero, gdy kapitan zaczął mówić. Mówił „w nos” czy „przez nos” tak, że nie można było się połapać.

Nos miał olbrzymi i odnosiliśmy wrażenie, że głos wychodzi właś­nie stamtąd. Uśmiechał się do wszystkich przyjaźnie i do każdego zwracał się słowami: „KochAAAny mój!”, po czym następowały dźwięki: Ą-DĘ-DĄ-Ę-DĘ-DĘ... Oficerów ogarnął niepokój. Co to się będzie działo podczas manewrów? Na wachtach? Statek już następ­nego dnia miał wyruszyć z Gdyni do Nowego Jorku, przez Kopen­hagę i Halifax. Spodziewano się wielu nieporozumień.

Pierwsze stacje manewrowe z nowym kapitanem przeszły jed­nakże spokojnie, bez zgrzytów. Automatycznie. Ale zdarzyło się na początku podróży, że kapitan wszedł na mostek i spytał oficera wachtowego:

- KochAAAny mój! Co on robi?

Wysunął przy tym szczękę do przodu i zatrzymał wzrok na jednym punkcie na horyzoncie.

Oficer, który przed chwilą przez lornetkę obejrzał cały widnokrąg, był zdumiony, że kapitan bez lornetki potrafił dojrzeć jakiś statek.