Głos stał się dudniąco grzmiący. Kapitan wstał, podniósł prawą rękę i przeciął nią powietrze pionowo od góry do dołu, mówiąc:
- Przecinam swój krąg magiczny z „Kościuszką”!
Do wyciągniętej w dół dłoni prawej ręki dołączył dłoń lewej. Złączył końce palców obu rąk. Puścił i wyciągniętymi rękami zatoczył półkole, tworząc w ten sposób krąg. Zamknął go nad swą głową wraz ze słowami:
- A teraz zamykam go nad „Piłsudskim”!
Trzymając ręce wzniesione nad głową, kapitan mówił dalej uroczystym tonem:
- KochAAAni moi! Od tej chwili całą swą siłę magiczną przeznaczam na ochronę „Piłsudskiego”. Statek ten i wszyscy jesteście od tej chwili bezpieczni. Żadna was zła nie spotka przygoda. Chroni was m oj KRĄG MAGICZNY!
Oficerowie w mesie wysłuchali tych ostatnich słów kapitana już na stojąco.
Szaman w roli Kmicica
Po raz pierwszy „Piłsudski” pod dowództwem kapitana Eustazego Borkowskiego zbliżał się do Kopenhagi.
Pilota wzięliśmy znacznie wcześniej niż zazwyczaj z kapitanem Stankiewiczem. Pojawienie się starszego już i siwego pilota na mostku tak zmieniło wyraz twarzy kapitana Eustazego, że asystent pokładowy i sternik zdumieni byli nie mniej ode mnie. Od tej chwili zaczęła się pantomima przypominająca jako żywo sceny z „Potopu” Sienkiewicza, a ściślej mówiąc, scenę, w której podpieczony przez Kuklinowskiego Kmicic, wyzwolony z więzów, zamiast uciekać - zaczaił się w stodółce i czekał na powrót swego prześladowcy. Gdy ten się zjawił, służący Kmicicowi Kiemlicze-Kosma i Damian - oraz ich ojciec sprawili się szybko: rozebrali Kiiklinowskiego i podczepili go w ten sposób, w jaki Kuklinowski przedtem zawiesił Kmicica, by się nad nim znęcać.
Otóż kapitan Eustazy zmienił się w pana Andrzeja Kmicica: „wziął się pod boki i począł się chełpić straszliwie”, dudniąc przez nos po duńsku. Można było się domyślić, że chełpi się posiadaniem przez Polskę najszybszego i najbardziej luksusowego statku na Bałtyku, którego kapitanem jest właśnie ON, Eustazy Borkowski.
Bez wątpienia były to stare porachunki, może z czasów młodości. Podobno kapitan Eustazy pływał pod duńską banderą. Stary pilot mógł być wtedy kapitanem lub starszym oficerem i mógł na podobieństwo Kuklinowskiego dobrze Eustazemu „boczków przypiec”. Pan Kmicic-Eustazy kiwał głową i wskazując palcem na oszołomionego pilota, chyba tak mówił kpiąco: „Cóż, panie Kuklinowski. Kto lepszy: Kmicic czy Kuklinowski? Ty chciałeś z nim się równać, do kompanii jego należeć, w paragon z nim wchodzić?”
W oczach pilota-Kuklinowskiego „tyle było zdumienia, ile przerażenia” - choć nie wisiał na belce obnażony. A pan Andrzej Kmicic-Eustazy Borkowski chełpił się coraz bardziej. Wskazywał na pokład i przyrządy na mostku, zmuszając pilota do podziwiania tych wszystkich cudów techniki.
Ponieważ do Kopenhagi był jeszcze spory kawał drogi, nie uwiązany Kuklinowski-pilot odszedł na skrzydło mostku. Tam przycisnął się do stoiska kompasu, kryjąc się za nim. Nie chciał widzieć i słyszeć tego wszystkiego, co mu na siłę usiłował wbić do głowy pan Andrzej-Eustazy. Kapitan zamilkł dopiero wówczas, gdy pilot musiał znów podejść do sternika, by mu podawać komendy.
Po skończonych manewrach, gdy rozsierdzony Andrzej-Eustazy zniknął z pola widzenia, podszedłem do pilota, wiedziony niczym nie dającą się stłumić ciekawością, i spytałem go po angielsku:
- Przepraszam, ale chciałbym wiedzieć, co kapitan chciał od pana? O co mu szło?
Pilot odpowiedział pytaniem na pytanie:
- A jakim językiem wasz kapitan mówił? Boja ani jednego słowa nie zrozumiałem.
- Jak to może być, pilocie? - zdziwiłem się. - Nie zna pan języka duńskiego? Przecież kapitan mówił po duńsku. Nie mam co do tego wątpliwości.
- Może w waszej imaginacji - odpowiedział rozgniewany do żywego pilot. - To nie był język duński.
Miał widocznie nadzieję, że powtórzę naszą rozmowę kapitanowi, żeby kapitan Eustazy myślał, iż całe jego przemówienie trafiło w próżnię, że jeśli sądził, iż wyrównał wszystkie zadawnione z pilotem porachunki, to się mylił.
A może rzeczywiście kapitanowi Eustazemu tak głos przeszedł w dudnienie nosowe, że pilot go nie zrozumiał?
Gdy do dziennika okrętowego wpisywałem przyjęcie pilota, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Ale gdy jednemu z kolegów, który od dawna pływał z kapitanem Eustazym, opowiedziałem, co się działo na mostku, ten nie posiadał się z uciechy. Wyjaśnił, że pilot Mauritzen był w pierwszej podróży kapitana Eustazego do Stanów Zjednoczonych w 1931 roku zaokrętowany na „Kościuszce” w charakterze asystenta kapitana, z uprawnieniami znacznie większymi niż kapitan Eustazy jako kapitan. A to z tego powodu, że Duńczycy, przekazując nam swoją „Lituanię” (dawną „Caricę”), przemianowaną na „Kościuszko”, nie mieli przekonania do zdolności nawigacyjnych kapitana Eustazego, jako że wrócił na morze po długiej przerwie, będąc przez dziesięć lat taksówkarzem w Paryżu. Mauritzen, przedtem kapitan „Lituanii”, czuł prawdopodobnie żal z powodu oddania tak dobrego statku, i przez całą podróż dobrze „boczków przypiekał” bezsilnemu wobec niego Eustazemu.
Pan Ocean
Prószył drobny śnieg, gdy „Piłsudski” zbliżał się do trawersu latarni morskiej Cape Wrath (Przylądka Gniewu), po którego minięciu dla statków idących na zachód ODKRYWA się ocean. Na mostek wszedł nowy kapitan - Eustazy Borkowski.
Kapitan Eustazy, w olbrzymiej czapie z nausznikami, zwrócił się do oficera nawigacyjnego, pełniącego służbę na mostku:
- KochAAAny mój! Pójdziemy spotkać PAAAna OceAAAna! Oficer nawigacyjny nie miał pojęcia o rytuale spotykania „Pana Oceana”. Żeby zyskać na czasie, spytał: