- Czy asystent pokładowy również ma wziąć w tym udział?
- KochAAAny mój! Asystent nie jest godzien. Tylko ty pójdziesz spotykać ze mną PAAAna OceAAAna!
W tej samej chwili zjawił się na mostku steward kapitana - Bolesław - z tacą, na której stała butelka najlepszego koniaku i trzy kielichy. Oficer otworzył drzwi prowadzące na skrzydło mostku, przez które ruszyła procesja. Prowadził ją kapitan, posuwając się do przodu swoim chodem wilków morskich - bez odrywania pięt od pokładu. Za dwumetrową postacią kapitana szedł oficer wachtowy. Procesję zamykał steward Bolesław, zręcznie utrzymujący tacę z butelką koniaku i trzema kielichami w idealnie przez niego wyczuwanej płaszczyźnie sztucznego horyzontu. Pochód zatrzymał się na końcu skrzydła. Kapitan odwrócił się od swej świty i wznosząc obie ręce nad tacą, uroczystym głosem wydał stewardowi polecenie:
- NalEEEwaj!
Biegły w tej sztuce Bolesław otworzył jedną ręką butelkę koniaku i za chwilę trzy kielichy zostały napełnione. Kapitan ujął kielich w rękę, drugą zdjął swą olbrzymią futrzaną czapę i kłaniając się do pasa, zamiótł nią pokład:
- Dzień dOOObry, Panie OceAAAn! Dzień dOOObry!!! Dzień dOOObry, Panie OceAAAn! Dzień dOOObry!!! Dzień dOOObry, Panie OceAAAn! Dzień dOOObry!!!
Po trzykrotnym zamieceniu pokładu futrem swego nakrycia głowy kapitan wylał całą zawartość kielicha na pierwszą dużą falę oceaniczną, która uniosła do góry statek dotychczas osłaniany przed nią czarnym, skalistym wybrzeżem Szkocji. Trzymając wciąż czapę w ręku, kapitan Eustazy ustawił pusty kielich na tacy, wziął do rąk pełny i podał go oficerowi nawigacyjnemu ze słowami:
- Teraz, mój kochAAAny, wypijmy rAAAzem zdrOOOwie PAAAna OceAAAna! Trzymaj.
Gdy drugi kielich znalazł się już w dłoni oficera, kapitan wziął do ręki trzeci i wznosząc go wysoko nad swą obnażoną głową, powiedział:
- PijEEEmy zdrOOOwie PAAAna OceAAAna! Na zdrOOOwie, PAAAnie OceAAAn! Na zdrOOOwie!
Oficer, naśladujący już teraz każdy ruch kapitana, również podniósł swój kielich, jak mógł najwyżej, nad szybko odkrytą swą głową i przemówił jak umiał najuroczyściej:
- NA ZDROWIE, PANIE OCEAN! NA ZDROWIE!
Stając się żywym cieniem kapitana, oficer powtórzył za nim ten okrzyk trzy razy. Był przy tym zaniepokojony, czy należy wypić koniak do dna, czy może jeszcze parę kropel uronić do oceanu, ale z odrzuconej jak można było najdalej w tył głowy kapitana wywnioskował, że będzie to toast „do dna”. Tak też i było.
Kielichy wróciły na tacę.
- TAAAk, mój kochAAAny, należy witać PAAAna OceAAAna! - pouczał kapitan nawigatora-nowicjusza.
Następnego dnia oficer nawigacyjny razem z asystentem w napięciu nerwowym przygotowywali pierwszą pozycję z obserwacji astronomicznych dla nowego kapitana, na godzinę dwunastą w południe. Zgrani i wy trenowani, każdy z nich obliczał ją oddzielnie. Trzeci raz już obliczyli po trzy brane wysokości słońca. Wyniki zgadzały się im co do jednej dziesiętnej minuty. Szerokość geograficzna obliczona z kulminacji słońca była już tylko dowodem bezbłędności poprzednich obliczeń. Obaj nie posiadali się z radości, ponieważ dzień ten należał do tych, w których wszystkie wyliczenia udawały się bez wyszukiwania jakiegoś nieznanego błędu. Do fatalnych natomiast zaliczały się dni określane: „gdy obserwacje nie wychodzą”. Najczęściej było to spowodowane dodawaniem, przy którym na przykład dwa plus trzy równało się siedem, i tym podobnie. W tym dniu jednak nic takiego się nie wydarzyło. Otrzymana pozycja zgadzała się idealnie.
Gdy już wyznaczyli pozycję, w nawigacyjnej nad mapą zawisł kapitan. Oficer służbiście zameldował mu, że pozycja statku na godzinę dwunastą była następująca: szerokość - pięćdziesiąt osiem stopni, pięćdziesiąt trzy minuty Nord; długość - dwadzieścia jeden stopni, trzydzieści minut West. Na tę wiadomość kapitan podniósł rękę ruchem dobitnego zaprzeczenia i powiedział:
- KochAAAny mój! Ty nic nie wiesz! Tylko JA wiem, gdzie jesteśmy!
I po chwili palec kapitana wyczarował na mapie pozycję na godzinę dwunastą w południe w odległości dwunastu mil w kierunku West-Nord-West od pozycji wyznaczonej przez obu oficerów. Oficer nawigacyjny oniemiał. Za chwilę oniemiał również asystent, z którym obliczał wspólnie pozycję. Oniemieli także zmieniający ich na służbie dwaj inni oficerowie.
Tajemnicę swej nawigacji kapitan zabrał ze sobą na lunch.
W kilka diii później „Piłsudski” spotkał na swej drodze sztormową pogodę. Przez pokład dziobowy stale szły czarne, spienione fale.
Koło południa zjawił się kapitan w towarzystwie starszego oficera Jana Gottszalka. Z krótkiej wymiany zdań między nimi wynikało, że kapitan nie jest pewien, czy wszystko na dziobie odpowiednio zabezpieczono przed falami. Starszy oficer stwierdzał, że wszystko zostało przez niego osobiście sprawdzone i nie ma potrzeby dla ponownego sprawdzania narażać ludzi na niebezpieczeństwo zmycia za burtę, jako że statek tak zbudowali, iż bierze na siebie każdą większą falę i pod tym względem jest najbardziej niebezpiecznym statkiem, jaki w życiu widział.
- KochAAAny mój! Nie koch AA Asz statku - oświadczył kapitan - i dlatego nie chcEEEsz wszystkiEEEgo jeszcze raz sprawdzić.
Starszy oficer zmienił barwę skóry na twarzy i szyi. Stał się czerwony jak gotowany rak. Wybiegł z mostku do swej kabiny i za chwilę w płaszczu i zydwestce można go było oglądać na najniższym pokładzie, zawieszonego na ogrodzeniu nad pokładem dziobowym. Wyciągał swą purpurową jeszcze szyję, by zbadać szczegóły zamocowania i zabezpieczenia kotwic. Patrzącemu z góry wydawało się, że starszy oficer rozpacza nad tym, iż natura nie obdarzyła go szyją żyrafy, i to tak długą, żeby stojąc o jeden pokład wyżej mógł twarz przyłożyć do hamulców windy kotwicznej.
Te nieudolne manewry głowy starszego oficera zwiększyły tylko miłość kapitana do statku:
- Nie kochAAAcie stAAAtku! Nie dbAAAcie o niego! Trzeba wszystko sAAAmemu sprAAAwdzać!
- Panie kapitanie! - nawigacyjny stanął w obronie oficerów. - Wszystko tak tutaj robimy, żeby nie trzeba było potem sprawdzać i niepotrzebnie narażać ludzi. Ratowanie człowieka za burtą narazi łoby jeszcze więcej osób. Przecież wiadomo, że wszystko było sprawdzone trzy razy: przez bosmana, czwartego oficera i przez starsze go