Выбрать главу

- KochAAAny mój! - zwrócił się kapitan do nawigacyjnego - Skosztuj mego „grogu”! Musiałem naprawić to, co ten bezrozumny angielski admirał Edward Yernon napsuł. Prawda, że dzięki temu stał się sławny, ale zarazem znienawidzony przez swoich marynarzy. Dziś nikt nie pamięta jego powodzeń przed dolaniem wody do rumu, jak nikt nie pamięta jego późniejszych klęsk po tym „chrzcie” w proporcji TRZY CZĘŚCI WODY NA JEDNĄ RUMU, w 1740 roku, po zdobyciu na Hiszpanach Portobello.

Sławę zyskały nie tyle jego imię i nazwisko, ile jego INEKSPRYMABLE, przeklinane przez marynarzy, zmuszonych wieki całe pić ohydną dla nich mieszaninę wody z rumem, zamiast czystego rumu. A ten napitek uważany był przez marynarzy za jedyną pociechę w zawodzie na nich wymuszonym, bo jak pamiętasz, przez kilka wie­ków - od Edwarda III do końca wojen napoleońskich - załogi angielskich okrętów wojennych rekrutowane były siłą, zwaną PRESS-GANG. Ten GROG stał się dla marynarzy angielskich symbo­lem przymusowej nędzy ich bytowania i DNA ich żywota.

Jak każdy człowiek na stanowisku, miał admirał Yernon swych zwolenników i wrogów, a każdy z nich inaczej interpretował ochrz­czenie przez niego rumu wodą.

Zwolennicy twierdzili, że chcąc utrzymać załogę w zdrowiu, kazał w tropikalnym klimacie wszystkim marynarzom pić rum z wodą. Nazwano mieszaninę tę GROG - od jego SURDUTA z wielbłądziej sierści, zwanego GROGRAM, a skróconego do GROG.

Przeciwnicy admirała twierdzili, że nienawidził pijaków, a szcze­gólnie KOLEKCJONERÓW rumu, nie pijących swych racji w momencie ich rozdawania, lecz cierpliwie kolekcjonujących je tak długo, aż mieli pełną butelkę, by upić się do nieprzytomności. Według admirała, jedynym ratunkiem przed tymi pijakami było dolewanie wody do rumu. SKRZYWDZENI nazwali ten płyn GROGIEM nie od surduta, lecz od INEKSPRYMABLI z wielbłądziej sierś­ci, noszonych przez admirała.

Nawigacyjny ze wstydem przyznał się, że nie znał tej grogowej historii ani nigdy nie słyszał o admirale Yernon.

- KochAAAny mój, czy ja będę sławny dzięki naprawie tego, co popsuł Yernon, nie wiem. W moim „grogu” jest wiele innych spe­cjałów, ale to już moja tajemnica. KochAAAny mój, zauważ, jakie to dziwne. Człowiek stał się sławrny przez to, że zepsuł marynarzomracje rumu. Czego mógł się po tym spodziewać - jak nie samych nieszczęść. Widzisz, poruszył ZŁE SIŁY. Przekleństwa słusznie obu­ rzonych marynarzy ścigały go wszędzie. Przegrywał odtąd wszystkie bitwy na morzu i skończył smutnie na lądzie.

Spróbuj teraz MEGO grogu!

Był to płyn wspaniały. Rozgrzewał i dodawał odwagi, tak że nawi­gacyjny zaczął się czuć i myśleć, jak Mickiewiczowski Parys: PĘDŹ, LATAWCZE BIAŁONOGI..., GÓRY Z DROGI... Włosy przestały mu się jeżyć na głowie. Naraz kapitan Eustazy przybliżył swoją twarz do jego twarzy i zaczął pociągać swym potężnym nosem. Po chwili spytał:

- KochAAAny mój, co ja robię?

Nawigacyjny miał jeszcze dobrze w pamięci zadane mu przez kapitana pytanie: „Co ON robi?” Postanowił teraz mieć się na bacz­ności.

- To, co pan kapitan chce - odpowiedział niepewnym głosem.

- KochAAAny mój - patrz, co ja robię?!

Nie było nic widać, tylko słychać, jak ogromny nos kapitana wciąga mgliste powietrze. Nawigacyjny pociągnął zbawczy łyk grogu Eustazego, ale żadna nowa myśl twórcza nie weszła razem z grogiem do głowy. Poczuł się tylko jeszcze raźniej. Może kapitan wciąga opary grogu, żeby zwiększyć siłę jego działania? - przemknęło mu przez myśl, gdy zaleciał go zapach rumu i nieznanych dodatkowych spe­cjałów, którymi kapitan kazał „podczaszemu” grog udoskonalić. Bojąc się jednak ośmieszyć, wyznał szczerze:

- Nie wiem, panie kapitanie!

- KochAAAny mój! Ja wĄĄĄcham! A wiesz, co? Jeśli będzie na kursie rybak, to natychmiast wyczuję spaliny i zmienię odpowiednio kurs, by go nie zatopić...

Szklanice po rumie stały już puste. Ale jego działanie szczęśliwie nie ustawało. Statek gnał CAŁA NAPRZÓD. Potrójne OKA zamie­nione w USZY nie wykryły dotąd żadnego statku. Mgła kroplami osiadała na twarzach czuwających. Oprócz ryku gwizdka okręto­wego nawigacyjny słyszał tylko szum wciąganej przez kapitański nos mgły.

Nagle kapitan powiedział:

- KochAAAny mój, będzie rybak z lewej burty! Ale nie potrzebu­jemy zmieniać kursu, miniemy go bezpiecznie.

Nawigacyjnemu wydało się, że śni. Węch miał wyjątkowo dobry. Jeszcze w dzieciństwie, bawiąc się w Indian, doszedł do doskonałości w ćwiczeniach rozpoznawania BLADYCH TWARZY po zapachu ich kapeluszy i rękawiczek. W „puszczy” potrafił węchem wyczuć grzyby, maliny, a nawet poziomki. W tej chwili nie czuł żadnego zapachu spalin.

Naraz nisko, nieomal pod skrzydłami mostku, na którym stali, ukazała się typowa dla tych wód motorowa łódź rybacka. Prze­mknęła jak zjawa wzdłuż burty, szybciej niż myśl, ale nawet w tej chwili nie było czuć zapachu spalin.

W ciszy i mgle statek „sadził naprzód, co koń wyskoczy”.

Dziennik okrętowy

Trzeci dzień zmagaliśmy się ze sztormem na środku oceanu w drodze z Gdyni do Nowego Jorku. W południe radiotelegrafista przyniósł na mostek i położył na mapie przed kapitanem Eustazym Borkowskim telegram od idącego w pobliżu nas, ale oddalonego o kilkadziesiąt mil, statku. Telegram zawierał prośbę o podanie naszej pozycji i nadanie w określonym momencie sygnału, by mógł nas namierzyć.

- KochAAAny mój! - powiedział kapitan do oficera nawigacyjne­ go. - Podaj mu naszą dokładną pozycję.

- Jaką dokładną pozycję, panie kapitanie? - zdziwił się nawiga­cyjny. - Przecież od trzech dni mamy tylko zliczoną...

Kapitan nie dal mu dopowiedzieć, że od trzech dni nie było widać słońca, gwiazd ani księżyca; że pozycję zliczono na podstawie zmien­nych prędkości statku, stosowanych dla złagodzenia uderzeń fal z dziobu; że trudno ocenić w czasie sztormu znos statku z kursu przez wiatr i prądy.

- KochAAAny mój! - oświadczył kapitan. - Ty nic nie wiesz, ale JA wiem, gdzie jesteśmy!

W tej chwili radiotelegrafista znów pojawił się na mostku, przy­nosząc telegram z taką samą prośbą od drugiego statku, o którym również wiedzieliśmy, że idzie do Nowego Jorku i jest w pobliżu nas. Oba statki chciały widocznie z wzajemnych namiarów skompono­wać przybliżoną pozycję.