„Trzeci” miał wiele kłopotu z ustaleniem liczby trapowych dla ceremoniału związanego z oficjalnym wyjściem kapitana na ląd. Początkowo chciał wystawić, jak głowie państwa, ośmiu trapowych. Potem miał ogromną ochotę wystawić dziesięciu - z gotowym tłumaczeniem, że tylu trapowych należy się kapitanowi jako „pierwszemu po Bogu”. Przeważył jednak rozsądek. Jeśli kapitan zna się na tym ceremoniale, może poczytać to za drwiny z siebie. Wobec czego postawił czterech, przysługujących kapitanowi Marynarki Wojennej. Dzięki poczuciu humoru bosmana, sterników i marynarzy cała załoga pokładowa dała się namówić do wzięcia udziału w ceremonii wyjścia kapitana na ląd.
Przepaść pomiędzy kapitanem a nawigacyjnym wypełniła się uczuciem zadowolenia i zachwytu. Kapitan zawrócił od trapu i biorąc w objęcia oficera nawigacyjnego rzucił mu w darze obietnicę:
- KochAAAny mój! Zabiorę ciebie wieczorem na ląd! Pokażę ci Nowyjork taki, jakiego jeszcze na pewno nigdy nie widziałeś. Przedstawię cię swoim najmilszym znajomym, jako NAJLEPSZEGO MEGO OFICERA! KochAAAny mój! Wszystko przewidziałeś, co mi się należy: marsz! kompanię honorowa! czterech trapowych! Nawet sternik zasalutował tak, jak należy przy gwizdaniu - lewą ręką. KochAAAny mój! Pójdziemy RAZEM wszędzie, gdzie jest najprzyjemniej i najciekawiej!
Kapitan ze łzami wzruszenia w oczach ucałował oficera nawigacyjnego. Następnie prostując siei przykładając rękę do daszka swego inkrustowanego złotem nakrycia głowy, powiedział mocnym głosem:
- KAPITAN DZIĘKUJE KOMPANII HONOROWEJ!
Znów zadźwięczała tradycyjna gwizdawka bosmańska. Olbrzymia postać kapitana schodzącego z trapu w takt marsza znikła na nabrzeżu wyspy Manhattan.
Manewry wyjściowe z Nowego Jorku dały kapitanowi Eustazemu olbrzymie POLE DO POPISU. Nawigacyjny niepokoił się nimi, mając w pamięci pierwsze wyjście z tego portu pod dowództwem kapitana Mamerta Stankiewicza. Pilotowi wyjście to nie udawało się; kilka razy statek był rzucany prądem z powrotem na wybrzeże. Zniszczone wówczas zostały lampy burtowe statku, zerwane stosunki „dyplomatyczne” pomiędzy kapitanem a pilotem. Działo się to o godzinie 24.00 i nikt nie widział, jak kapitan z pilotem - trzymając się za klapy marynarek - usiłowali przekonać się wzajemnie, w jaki sposób wymanewrować z tego LEŻA. Wreszcie pilot zrezygnował, a kapitan sam oderwał statek od nabrzeża i wyszedł na rzekę Hudson.
Wyjście tego dnia miało odbyć się w samo południe. Nawigacyjny zdążył się już przekonać w Kopenhadze, że o manewrowaniu statkiem kapitan Eustazy ma takie samo pojęcie, jak o wyznaczaniu pozycji. Co się będzie działo przy wyjściu, jeśli powtórzą się te same trudności, z tą różnicą, że odbędzie się to na oczach tysięcy widzów - Polonii amerykańskiej, żegnającej statek, i kilkuset pasażerów?
Na dany przez kapitana Eustazego rozkaz: STACJE MANEWROWE! - ku osłupieniu obecnych na mostku - zjawił się przystojny sternik Feluś Pękalski, najbardziej reprezentacyjny ze wszystkich marynarzy na „Piłsudskim”. Feluś ubrany był w nowy sweter z literami GAL na piersiach, a na rękach miał zabójcze BIAŁE RĘKAWICZKI. Te białe rękawiczki były czymś w rodzaju „pałacowej rewolucji”. Dotychczas nikt w naszej Marynarce Handlowej nie oglądał sternika w białych rękawiczkach. Piastował Feluś w tych białych rękawiczkach wspaniały olbrzymi MEGAFON z epoki największego rozkwitu żaglowców. Średniowieczny ten przyrząd wyczyszczony był do granic wytrzymałości metalu, tak że chwilami nawigacyjny oficer tracił orientację, gdzie jest słońce, a gdzie megafon.
Na mostek przybył pilot. Asystenci nawigacyjni stanęli przy telefonach: jeden na mostku, drugi na dziobie przy pierwszym oficerze, trzeci na rufie przy drugim oficerze. Przy telegrafie maszynowym stanął oficer nawigacyjny. Pilot podawał rozkazy sternikowi, oficerowi nawigacyjnemu, przekazującemu telegrafem rozkazy do maszyn, i asystentowi nawigacyjnemu, przekazującemu telefonicznie rozkazy na dziób i rufę. W pełnej orderowej gali, w najnowszym mundurze o złotych niemal rękawach i w czapie kapiącej od złota ukazał się kapitan Eustazy. Ustawił się na skrzydle mostku od nabrzeża, by mogły go oglądać stamtąd tysięczne tłumy rodaków przybyłych pożegnać nasz transatlantyk. Za kapitanem ustawił się sternik Feluś Pękalski w tych rewolucyjnych białych rękawiczkach, dzierżących „drugie słońce”: MEGAFON.
Gdy padły pierwsze rozkazy wydane przez pilota, przekazane telefonicznie przez asystenta na dziób i rufę, kapitan Eustazy ruszył jak na nartach na sam koniec skrzydła mostku, a za nim jak cień sunął sternik Feluś Pękalski. Kapitan, w momencie gdy dotarł do obranego miejsca, pochwycił w swe również biało urękawiczone dłonie złocisty megafon i przytykając go do ust wydał w kierunku dziobu dźwięki podobne do: Ę! DA! DA! DA! DA! DA!
Starszy oficer, po przekazanym mu telefonicznie przez asystenta rozkazie pilota, wydał odpowiednie rozkazy marynarzom. Dotyczyły one wybrania lin dziobowych. W tym samyni czasie usłyszał nieartykułowane dźwięki wydawane przez kapitana Eustazego ze skrzydła mostku przez megafon. Zdezorientowany, przyłożył dłoń do ucha, by uchwycić, co poleca kapitan. Okazał się jednak bezradny. Dochodziły go tylko dźwięki: E! DA! DA! DA! DA! DA! Cieśla przy windzie kotwicznej również zwinął uszy w trąbkę, usiłując odebrać rozkaz kapitana. Widząc, że kapitan odjął megafon od ust, cieśla bezradnie rozłożył ręce, sygnalizując starszemu oficerowi, że nie zrozumiał ani słowa.
Kapitan Eustazy podziękował wzniesieniem ręki z megafonem wiwatującym na jego cześć rodakom na wybrzeżu, zachwyconym możnością oglądania kapitana przy tak trudnej pracy, jak dowodzenie STACJAMI MANEWROWYMI podczas odejścia statku od nabrzeża. Następnie kapitan złożył megafon w białe rękawiczki sternika Felusia, a sam szybkim „poślizgowym” krokiem, bez odrywania pięt od pokładu, ruszył na przeciwległy koniec skrzydła mostku z drugiej burty, nie troszcząc się zupełnie o zwinięte w trąbki uszy starszego oficera i cieśli na dziobie. Za kapitanem Eustazym, jak jego cień, ruszy! sternik Feluś, trzymający w białych rękawiczkach DRUGIE SŁOŃCE.
Setki pasażerów stojących na pokładzie mogły podziwiać ZNOJNĄ I ODPOWIEDZIALNA pracę STAREGO WILKA MORSKIEGO, pod którego opieką przekroczą Atlantyk.
Na samym końcu skrzydła scena powtórzyła się. Kapitan Eustazy odebrał SŁOŃCE-MEGAFON sternikowi Felusiowi, przyłożył do ust i przesłał starszemu oficerowi na dziobie rozkaz: A-GA-GA-GA-GA-E-HE HĘ AAA!