Выбрать главу

Jego obecność w równym stopniują fascynowała, co peszyła.

– Pizza dla Browna – oznajmił przez mikrofon sprzedawca. Klawiatura kasy brzęczała pośród pomruku rozmów, a w tle snuły się klasyczne melodie starego Buddy Holly’ego. Muzyka płynąca z małych ukrytych głośników podłączonych do gramofonu z trudem przebijała się przez gwar. Ale Claire nie słyszała nic prócz zwariowanego bicia odurzonego serca.

Wstał, ostatni raz pociągnął papierosa i zgasił go w popielniczce.

– Chcesz się przejechać? – spytał zza obłoku dymu i niedopowiedzeń.

– Nie, muszę już iść.

– Po co? Żeby warować jak pies przy telefonie w nadziei, że zadzwoni Taggert?

– Nie, ale…

– To tylko krótka przejażdżka, Claire.

– Wiem.

Pod gęstymi brwiami błysnęły ogniki.

– Nie sądzę…

– Jak chcesz. – Zarzucił kurtkę na ramiona i postawił kołnierz. – To jak? Dlaczego nie? Harley najprawdopodobniej jest z Kendall albo z inną dziewczyną. Już miała odpowiedzieć krótkim „nie”, ale powstrzymała się.

– No dobrze – odpowiedziała w końcu, odrzucając do tyłu włosy. W jego uśmiechu było coś groźnego. Chwycił ją za rękę.

– Chodź.

Wyszli na parking i wsiedli na srebrno-czarny motocykl. Przez cały czas Claire miała wątpliwości, czy dobrze robi. A jeśli ktoś ich zobaczy? Albo jeśli przytrafi się im wypadek? A jeśli Kane zawiezie ją gdzieś i powróci przed dziesiątą trzydzieści? Poza tym przecież nawet go nie znała. Mówiono, że jest złodziejaszkiem podejrzanym o większość przestępstw dokonywanych w okolicy. Wiedziała, że ma chorego ojca, którym musi się opiekować, i marzy o tym, żeby czym prędzej wyjechać z Chinook. I w głębi duszy przeczuwała, że jest lepszy niż plotki o nim.

Gdy motocykl gwałtownie ruszył, nie zważając na własne myśli, objęła go w pół. Prychając i warcząc, maszyna nabrała szybkości.

– Trzymaj się – krzyknął.

Wtuliwszy twarz pomiędzy jego łopatki, poczuła duszący zapach skóry i dymu papierosowego. Żwir tryskał spod tylnego koła.

W kilka sekund wyjechali z parkingu i włączyli się do ruchu. Na miejskiej ulicy było niezbyt tłoczno. Ponad dachami pustych moteli i barów świeciły neonowe napisy. Światła nadjeżdżających z przeciwka pojazdów przez chwilę ich oślepiały, odgłos silnika wibrował w jej głowie. Na początku był niski, ale stopniowo jego brzmienie się podwyższało i tak do chwili, kiedy pojazd skręcił. W mgnieniu oka znaleźli się poza miastem i mknęli po szosie. Z oczu Claire płynęły łzy, które wycierał jedynie smagający japo twarzy i targający włosy wiatr.

To obłęd! – pomyślała. Uświadomiła sobie, że z pewnością odebrało jej rozum, kiedy zgadzała się na tę szaloną przejażdżkę przy świetle księżyca. A mimo to było jej lekko na sercu. Czuła się wolna, gdy przemykali obok żelaznych bram Stone Illahee – ośrodka wypoczynkowego jej ojca. Przez jakiś czas miała wyrzuty sumienia, że zadaje się z innym chłopakiem niż Harley, ale minęły, gdy oparła się o plecy Kane’a. Ten ubogi, zawzięty i cyniczny buntownik tak bardzo różnił się od Harleya Taggerta jak żaden inny chłopak.

Pędzili przez plażę, łamiąc przepisy. Potem znów wjechali na drogę i pomknęli w górę, ku ciemnemu lasowi. Gałęzie drzew pochylały się nad nimi, osłaniając przed bladym światłem księżyca, który zbliżał się ku pełni. Jedynym oświetleniem była niegasnąca wiązka z reflektora. Motocykl podskakiwał na coraz węższej drodze. Skręcił w dół. Asfalt pod kołami zmienił się w sypki żwir.

– Dokąd jedziemy? – spytała Claire, krzycząc pod wiatr. Nagle okazało się, że to nie był dobry pomysł.

– Zobaczysz.

Slalomem ominęli rdzewiejące słupki bramy i wjechali na opustoszałą drogę. Kane skierował się ku wyższym partiom gór. Motocykl mknął po jednym z dwóch równoległych skalistych, dzikich szlaków przecinających połacie białych gnijących pniaków, które stały niczym upiorni stróże na niegdyś zalesionych grzbietach. Stary las został wycięły w pień, teraz straszyły tu ogołocone zbocza górskie. Serce Claire waliło jak młotem. Ciarki ją przeszły. Żałowała, że się zgodziła z nim pojechać i że wsiadła na motocykl.

Motor z hukiem pędził w górę, ku szczytowi, gdzie stała samotna kępa jodeł, jakimś cudem ocalała przed ostrzem piły. Kane zwolnił i zgasił silnik.

– Wiesz, gdzie jesteśmy? – spytał.

Wziął ją za rękę i poprowadził do skalistej krawędzi, skąd rozpościerał się widok na wszystkie strony. Poniżej migotały z oddali światła Chinook. Na wschodzie na plaży kilka ognisk jaśniało na tle czarnej, wzburzonej tafli oceanu.

– W lesie. W opustoszałym, wyciętym przez drwali lesie…

– Własności twego ojca.

– Och! – Dlaczego jego głos brzmiał jak dzwon po umarłym?

– Popatrz. – Jedną ręką objął ją w pasie, oparł podbródek o jej bark i wskazał palcem małą dolinkę na ogołoconym stoku. – To tam mój stary miał wypadek.

Claire żołądek podszedł do gardła. Choć noc była ciepła i gwiaździsta, przebiegł ją lodowaty dreszcz.

– Przywiozłeś mnie tutaj, żeby mi pokazać miejsce, gdzie twój ojciec się okaleczył?

Nie odpowiedział. Po prostu odstąpił o kilka kroków od niej i siadł na pniu. Poszperał w kieszeni kurtki i wyjął nową paczkę papierosów. Zamknął oczy, pochylił głowę, jakby usiłował się skupić.

– Czasem tu przychodzę, żeby trochę podumać. – Wcisnął camela do ust, potarł zapałkę o kamień. Zaskwierczał fosfor i błysnął płomyk, rzucając na sekundę złocistą łunę na jego wyraziste rysy. Głęboko zaciągnął się dymem.

– I o czym tak rozmyślasz? – spytała nieśmiało.

Zgasił zapałkę, uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów, między którymi tkwił rozżarzony papieros.

– Czasami o tobie. Oniemiała.

– O mnie?

– Od czasu do czasu – przyznał. Mimo ciemności wzrokiem odnalazł jej oczy. – A czy ty o mnie nigdy nie myślisz?

Stojąc przy motocyklu, nerwowo poruszała palcami.

– Staram się… nie myśleć o tobie.

– Ale myślisz.

– Czasami – potwierdziła. Poczuła się jak zdrajczyni.

– Zaciągnąłem się do wojska.

– Co? – Na moment serce jej zamarło. Jego słowa zabrzmiały echem pośród okalających gór. – Co zrobiłeś?

– Podpisałem. Wczoraj.

– Dlaczego?

Odniosła wrażenie, że cząstka jej duszy uschła, obumarła – cząstka, z której istnienia wcześniej nie zdawała sobie sprawy. On wyjedzie. Wmawiała sobie, że nie ma to dla niej większego znaczenia, ale wiedziała, że miasteczko opustoszeje, bez niego będzie jakby pozbawione życia.

– Przyszła pora. Przygryzła wargę.

– Kiedy… Kiedy wyjeżdżasz?

Wzruszył ramionami i głęboko zaciągnął się dymem z papierosa.

– Za kilka tygodni. – Objął ramionami kolana i popatrzył na zachód. – Usiądź – powiedział poważnie. – Nie gryzę… Przynajmniej nie na pierwszej randce.

– To nie jest… randka.

Nie odezwał się ani słowem, skupił się na papierosie, ale wiedziała, że w duchu zarzuca jej fałsz.

– Myślisz, że się ciebie boję? – spytała odważnie.

– Myślę, że powinnaś się bać.

– Dlaczego? – Niespokojna jak wystraszony źrebak i prawie gotowa do wierzgnięcia podeszła do skalistej krawędzi i usiadła przy nim.

– Podobno mam złą reputację. – Jego zamyślony wzrok skupił się na jej twarzy. Dech jej zaparło. – A ty nie, Claire. Jeszcze nie. – Przydeptał niedopałek.

– Nie sądzę, że to jednorazowe sam na sam z tobą może coś zmienić w tym względzie.

Siedząc bardzo blisko niego, usiłowała wziąć się w garść, opanować nerwy. Wmawiała sobie, że ręce jej się pocą dlatego, że noc jest gorąca i wilgotna. Nierównomierne bicie serca tłumaczyła arytmią, na którą od czasu do czasu cierpiała.