Szarpnął się do tyłu, podniósł jedno ramię, by się osłonić, zwinął się z bólu, gdy wyryła wyżłobienie w grzbiecie jego dłoni. Potem opadł na nią, miażdżąc swym wielkim, silnym ciałem. Owinął jej gardło ręką, przycisnął i zaczął dusić.
Joshua Rhinehart umył trzy szklanki po whisky w zlewie barku alkoholowego.
– Wy dwoje macie więcej do stracenia w tej sprawie niż ja, więc może byście jutro polecieli ze mną do Hollister na spotkanie z Ritą Yancy? – zapytał.
– Miałam nadzieję, że pan nas zaprosi – odparła Hilary.
– Na razie nie mamy tu nic do roboty – powiedział Tony.
Joshua wytarł ręce w ściereczkę do naczyń.
– Dobrze. To już ustalone. No a czy macie już pokój w hotelu na dzisiejszą noc?
– Jeszcze nie – odparł Tony.
– W takim razie będzie mi przyjemnie, jeśli się zatrzymacie u mnie – powiedział Joshua.
Hilary uśmiechnęła się miło.
– To bardzo uprzejmie z pana strony, ale nie chcemy się panu narzucać.
– Nie będziecie się narzucali.
– Nie oczekiwał pan nas, a my…
– Młoda damo – powiedział niecierpliwie Joshua – czy wiecie, od jak dawna nie miałem żadnych gości w swoim domu? Od co najmniej trzech lat. A wiecie, dlaczego nie miałem żadnych gości od trzech lat? Bo nikogo do siebie nie zapraszałem, ot co. Nie jestem szczególnie towarzyski. Nie rozdaję zaproszeń na lewo i prawo. Gdybym uważał, że pani i Tony będziecie dla mnie ciężarem – albo jeszcze gorzej, że mnie zanudzicie – to bym was nie zapraszał. No więc nie marnujmy czasu na przesadne uprzejmości. Potrzebny jest wam pokój. A ja mam pokój. Zatrzymacie się u mnie czy nie?
Oboje się roześmiali.
– Dziękujemy za zaproszenie. Czujemy się zaszczyceni – powiedziała Hilary.
– Znakomicie – skwitował Joshua.
– Podoba mi się pański styl – powiedziała mu.
– Większość ludzi uważa, że jestem gburem.
– Ale miłym gburem.
Joshua zdobył się na uśmiech.
– Dziękuję. Myślę, że każę to wyryć na moim nagrobku. „Tu leży Joshua Rhinehart, miły gbur”.
Kiedy wychodzili z gabinetu, zadzwonił telefon i Joshua wrócił do biurka. Dzwonił doktor Nicholas Rudge z San Francisco.
Bruno Frye nadal leżał na kobiecie, przyciskał ją do materaca, muskularnym ramieniem owijając jej gardło.
Dławiła się i walczyła o oddech. Jej twarz poczerwieniała, pociemniała, krzywiła się w śmiertelnym bólu.
Podniecała go.
– Nie walcz ze mną, matko. Nie walcz ze mną w ten sposób. Wiesz, że to daremne. Wiesz, że w końcu zwyciężę.
Wiła się pod jego obezwładniającym ciężarem i siłą. Próbowała wygiąć plecy w łuk i obrócić się na bok i kiedy nie udało się jej go zrzucić z siebie, wstrząsnęły nią gwałtowne, mimowolne skurcze mięśni, bo jej ciało reagowało już na przedłużającą się przerwę w dopływie tlenu i krwi do mózgu. W końcu jakby uświadomiła sobie, że nigdy się od niego nie uwolni, że absolutnie nie ma nadziei na ucieczkę, bo przestała stawiać opór.
Przekonany, że kobieta poddała mu się zarówno duchowo, jak i fizycznie, Frye zdjął dłoń z jej zasinionego gardła. Dźwignął się na kolana, zdejmując z niej swój ciężar.
Przyłożyła dłonie do szyi. Otworzyła usta i zakasłała odruchowo.
Opanowany szałem, z bijącym sercem i rykiem krwi w uszach, obolały z żądzy Frye podniósł się, stanął obok łóżka, zdjął ubranie, rzucił je w stronę toaletki, nie trafiając w cel.
Spojrzał na swój członek. Jego widok przeszył go dreszczem: wielki, stalowy, o wściekłej barwie.
Wszedł znowu na łóżko.
Teraz była posłuszna. Jej oczy miały bezmyślny wyraz.
Zdarł z niej przezroczyste, żółte majtki i umiejscowił się między jej szczupłymi nogami. Z ust spłynęła mu ślina. Skąpała na jej piersi.
Wbił się w nią. Wbił w nią głęboko swą diabelską pałkę. Zawarczał jak zwierzę. Przebijał ją swym demonicznym penisem. Przebijał bez końca, aż w jej wnętrzu zakwitło jego nasienie.
Patrzył na mleczny płyn. Patrzył, jak wylewa się z niego głęboko do jej wnętrza.
Pomyślał o krwi tryskającej z rany. Czerwone płatki spływające z głębokiej rany zadanej nożem.
Obydwie myśli podniecały go do szaleństwa: nasienie i krew.
Był brutalny.
Pocąc się, pomrukując, śliniąc, robił pchnięcie za pchnięciem. W nią. Do jej wnętrza. Do środka. W głąb.
Potem użyje noża.
Joshua Rhinehart nacisnął przycisk telefonu stojącego na biurku, podłączając go w ten sposób do konferencyjnego głośnika, aby Tony i Hilary również mogli słyszeć jego rozmowę z doktorem Nicholasem Rudge.
– Najpierw zadzwoniłem do pana do domu – powiedział Rudge. – Nie spodziewałem się, że będzie pan w biurze o tej godzinie.
– Jestem pracoholikiem, doktorze.
– Powinien pan spróbować coś z tym zrobić – powiedział Rudge tonem, w którym zabrzmiała prawdziwa troska. – Tak nie można żyć. Leczyłem co najmniej paru nadmiernie ambitnych ludzi, dla których praca stała się jedynym celem w życiu. Obsesja na punkcie pracy może pana zniszczyć.
– Doktorze Rudge, jaka jest pańska medyczna specjalizacja?
– Psychiatria.
– Tak podejrzewałem.
– Pan jest prawnym likwidatorem majątku?
– Zgadza się. Przypuszczam, że słyszał pan wszystko o jego śmierci.
– Tyle, co miały do powiedzenia gazety.
– Kiedy zajmowałem się sprawami majątku, odkryłem, że pan Frye spotykał się z panem regularnie przez te półtora roku, które poprzedzało jego śmierć.
– Przyjeżdżał raz w miesiącu – powiedział Rudge.
– Leczył go pan cały ten czas i nie wiedział, że jest zdolny do przemocy?
– Wiedziałem, że cierpi na głębokie zaburzenia – powiedział Rudge. – Ale nie sądziłem, że jest dla kogokolwiek niebezpieczny. Musi pan jednak zrozumieć, że on nie dał mi naprawdę możliwości dostrzeżenia jego skłonności do agresji, bo jak już mówiłem, przyjeżdżał do mnie raz na miesiąc. Chciałem go widywać co najmniej raz na tydzień, a jeszcze lepiej dwa razy, ale odmówił. Z jednej strony chciał, abym mu pomógł. Ale jednocześnie bał się tego, czego mógłby się o sobie dowiedzieć. Po jakimś czasie postanowiłem nie wywierać na niego zbytniego nacisku w sprawie cotygodniowych wizyt, ponieważ obawiałem się, że mógłby się zupełnie wycofać i odwołać nawet swoje comiesięczne wizyty. Uważałem, że ograniczona terapia jest lepsza niż żadna, rozumie pan.
– Co go do pana sprowadziło?
– Pyta pan, na co był chory, na co się uskarżał?
– No właśnie o to pytam.
– Jako prawnik, panie Rhinehart, powinien pan wiedzieć, że takich informacji nie mogę w żadnym wypadku udzielać. Muszę chronić tajemnicy lekarskiej.
– Ten pacjent nie żyje, doktorze Rudge.
– To niczego nie zmienia.
– Tego pacjenta na pewno to za diabła nic nie obchodzi.
– Pokładał we mnie swoje zaufanie.
– Po śmierci pacjenta pojęcie tajemnicy lekarskiej ma niewiele albo nie ma wcale mocy prawnej.
– Może nie ma mocy prawnej – powiedział Rudge – ale pozostaje moc moralna. Nadal mam pewne obowiązki. Nie zrobiłbym niczego, co by zniszczyło reputację pacjenta, niezależnie od tego, czy jest żywy czy umarły.
– To chwalebne – stwierdził Joshua. – Ale w tym przypadku, nic, co by mi pan powiedział, nie może już zaszkodzić jego reputacji ani krztynę więcej, niż jej sam zaszkodził.
– To również niczego nie zmienia.