– Doktorze, to jest niezwykła sytuacja. Właśnie dzisiaj wszedłem w posiadanie informacji, z których wynika, że w ciągu ostatnich pięciu lat Bruno Frye zamordował wiele kobiet, sporą liczbę kobiet i uszło mu to bezkarnie.
– Żartuje pan.
– Nie wiem, gdzie tu pan słyszy żart, doktorze Rudge. Bo ja sobie nie żartuję z masowych morderstw.
Rudge milczał.
Joshua powiedział:
– Co więcej, mam podstawy, by sądzić, że Frye nie działał w pojedynkę. Mógł mieć partnera przy dokonywaniu zabójstw. I ten partner może nadal gdzieś tu być, żywy i wolny.
– Niesamowite.
– Takie jest również moje zdanie.
– Czy przekazał pan swoje informacje policji?
– Nie – powiedział Joshua. – Po pierwsze, to prawdopodobnie nie wystarczy, aby zwrócić ich uwagę. To, co odkryłem, przekonuje mnie i dwoje innych ludzi, którzy są w to zamieszani. Ale policja prawdopodobnie stwierdzi, że to tylko dowody oparte na zbiegu okoliczności. A po drugie – nie jestem pewien, która formacja policyjna ma nadrzędną jurysdykcję w tym przypadku. Te morderstwa mogły być popełnione w kilku okręgach, w wielu miastach. Teraz mi się wydaje, że Frye mógł panu powiedzieć coś, co panu jako takie nie wydało się zupełnie istotne, ale co będzie pasowało do odkrytych przeze mnie faktów. Jeżeli podczas tych osiemnastu miesięcy terapii, posiadł pan odrobinę wiedzy, która pasuje do moich informacji, to może miałbym tego tyle, by zdecydować, do której policji się zwrócić – i wystarczająco wiele, aby przekonać ich o powadze sytuacji.
– No tak…
– Doktorze Rudge, jeśli pan będzie się upierał, by chronić tego szczególnego pacjenta, to mogą wydarzyć się następne morderstwa. Inne kobiety. Czy chce pan mieć ich śmierć na sumieniu?
– W porządku – powiedział Rudge. – Ale tego nie można załatwić przez telefon.
– Przyjadę do San Francisco jutro, najwcześniej jak to będzie panu odpowiadało.
– Jestem wolny rano – powiedział Rudge.
– Czy moi towarzysze i ja możemy się spotkać z panem w pańskim gabinecie o dziesiątej?
– Jak najbardziej – powiedział Rudge. – Ale ostrzegam pana, zanim omówię terapię Frye’a, będę chciał poznać szczegóły tych dowodów.
– Naturalnie.
– I jeżeli nie zostanę przekonany, że istnieje wyraźne i oczywiste niebezpieczeństwo, nie rozpieczętuję jego akt.
– Och, nie wątpię, że potrafimy pana przekonać – powiedział Joshua. – Jestem pewien, że włosy się panu zjeżą na karku. Do zobaczenia, do jutra, doktorze.
Joshua odwiesił słuchawkę. Spojrzał na Tony’ego i Hilary.
– Jutro będzie pracowity dzień. Najpierw San Francisco i doktor Rudge, potem Hollister i tajemnicza Rita Yancy.
Hilary wstała z kanapy, na której siedziała podczas rozmowy telefonicznej.
– Nie obchodzi mnie, czy będę musiała oblecieć pół świata. Przynajmniej coś zaczyna się przełamywać. Po raz pierwszy czuję, że w końcu dowiemy się, co się za tym wszystkim kryje.
– Ja mam to samo uczucie – stwierdził Tony. Uśmiechnął się do Joshui. – Wie pan… w tym sposobie, w jaki pan potraktował Rudge’a… słychać było prawdziwy talent do prowadzenia przesłuchań. Byłby z pana dobry detektyw.
– To też umieszczę na swoim nagrobku – powiedział Joshua. – „Tu leży Joshua Rhinehart, miły gbur, z którego mógł być dobry detektyw”. – Wstał. – Umieram z głodu. Mam w domu steki w zamrażarce i mnóstwo butelek wina Robert Mondavi’s Cabernet Sauvignon. Na co jeszcze czekamy?
Frye odwrócił się od widoku krwi, którą zalane było łóżko i ściana, pod którą stało.
Odłożył zakrwawiony nóż na toaletkę i wyszedł z pokoju 358.
Dom był pełen nieziemskiego spokoju.
Jego diabelska energia uległa wyczerpaniu. Miał ciężkie powieki, ociężałe ciało, był senny i nasycony.
W łazience wyregulował wodę w prysznicu, aż była tak gorąca, jak tylko mógł wytrzymać. Wszedł do kabiny i namydlił się, zmył krew z włosów, spłukał ją z twarzy i ciała. Opłukał się, potem znowu namydlił, opłukał po raz drugi.
Miał pusty umysł. Nie myślał o niczym oprócz szczegółów mycia. Widok krwi wirującej w odpływie nie kazał mu myśleć o martwej kobiecie w pokoju obok; to był tylko spływający brud.
Pragnął jedynie doprowadzić się do porządku i potem pospać kilka godzin w furgonetce. Był wykończony. Ramiona miał jakby z ołowiu, a nogi z gumy.
Wyszedł spod prysznica i wytarł się dużym ręcznikiem. Pachniał kobietą, ale to nie kojarzyło mu się z niczym przyjemnym albo nieprzyjemnym.
Spędził dłuższy czas przy umywalce, szorując dłonie szczoteczką, którą znalazł obok mydelniczki; wydłubał krew z wszystkich fałd kłykci i porządnie oczyścił swoje oblepione paznokcie.
Gdy wyszedł z łazienki, chcąc wziąć ubranie z sypialni, dostrzegł lustro naturalnej wielkości wiszące na drzwiach, którego nie zauważył, gdy szedł do prysznica. Zatrzymał się, by przyjrzeć się sobie i poszukać plam krwi, które mógł pominąć. Był tak czysty, świeży i różowy jak dokładnie wyszorowane niemowlę.
Wpatrywał się w odbicie swego sflaczałego penisa i zwisających pod nim jąder i usilnie starał się wypatrzyć piętno demona. Wiedział, że nie jest podobny do innych mężczyzn; nie miał co do tego żadnej wątpliwości. Jego matka bała się, że ktoś dowie się o nim i wtedy już cały świat będzie wiedział, że jest półdemonem, dzieckiem zwykłej kobiety i łuskowatej, szponiastej, zionącej siarką bestii. Obawa, że wszystko się wyda, została przekazana Brunowi już w jego wczesnym dzieciństwie i do teraz bał się, że zostanie zdemaskowany, a następnie spalony żywcem. Nigdy nie obnażył się przed kimś obcym. W szkole nie chodził na zajęcia sportowe i z powodu rzekomych rygorów religijnych zwolniono go w szkole średniej z konieczności brania nago pryszniców razem z innymi chłopcami. Nigdy nie rozebrał się całkowicie przed żadnym lekarzem. Jego matka była absolutnie pewna, że każdy, kto zobaczy jego narządy płciowe, od razu będzie wiedział, że jego męskość to genetyczny spadek po ojcu – demonie; i ta jej przeraźliwa, niezachwiana pewność wywarła na nim głębokie, niezatarte wrażenie.
Kiedy jednak oglądał się w lustrze, nie widział niczego w swoich narządach płciowych, co by je różniło od narządów innych mężczyzn. Krótko po śmiertelnym ataku serca swojej matki pojechał do San Francisco na film pornograficzny, pragnąc się dowiedzieć, jak wygląda penis normalnego człowieka. Był zdziwiony i zbity z tropu, kiedy odkrył, że mężczyźni na filmie są mniej więcej tacy jak on. Chodził na inne tego typu filmy, ale nie zobaczył ani jednego mężczyzny, który uderzająco różniłby się od niego. Niektórzy mieli większe penisy, a inni z kolei mniejsze; bywały też narządy grubsze i cieńsze; lekko skrzywione; obrzezane albo nieobrzezane. Ale to były tylko drobne odmiany, a nie, jak się spodziewał, jakieś okropne, szokujące i zasadnicze różnice.
Zaintrygowany, zafrasowany wrócił do St. Helena, aby na spokojnie porozmawiać z sobą o tym odkryciu. Jego pierwszą myślą było, że matka go okłamała. Ale to było prawie nie do pojęcia. Opowiadała historię jego poczęcia kilka razy na tydzień, całymi latami i za każdym razem, kiedy opisywała znienawidzonego demona i okrutny gwałt, trzęsła się, jęczała i płakała. Doświadczyła tego naprawdę – to nie była jakaś zmyślona opowiastka, którą ułożyła, aby go wprowadzić w błąd. A jednak… Siedząc tamtego popołudnia, pięć lat temu, i tłumacząc to sobie, nie potrafił wpaść na inne wyjaśnienie jak to, że jego matka kłamała; i on sam zgodził się z sobą.
Następnego dnia wrócił do San Francisco, dziko podniecony, rozgorączkowany, zdecydowany podjąć ryzyko seksu z kobietą po raz pierwszy w swym trzydziestopięcioletnim życiu. Poszedł do burdelu skrytego pod nieprzekonywającą nazwą salonu masażu, w którym wybrał sobie na swoją masażystkę szczupłą, atrakcyjną blondynkę. Kazała na siebie mówić Tammy; z wyjątkiem lekko wystających górnych zębów i nieco za długiej szyi, była piękniejsza niż wszystkie kobiety, które dotychczas widział; albo przynajmniej taka mu się wydawała, kiedy z trudem powstrzymywał się od wytrysku w spodniach. W jednej z izdebek, która pachniała sosnowym środkiem dezynfekującym i zastarzałym nasieniem, zgodził się na cenę Tammy, zapłacił jej i obserwował, jak zdejmuje sweter i luźne spodnie. Jej ciało było gładkie, lśniące i takie pociągające, że stał jak ship, niezdolny, by się ruszyć, zdjęty strachem, kiedy rozważał wszystko, co może z nią zrobić. Usiadła na skraju wąskiego łóżka, uśmiechnęła się do niego i zaproponowała, by się rozebrał. Obnażył się do samej bielizny, ale kiedy nadszedł czas, by jej pokazać sztywnego penisa, nie mógł się zdobyć na odwagę, bo widział siebie w słupie ognia, skazanego na śmierć z powodu swej diabelskiej krwi. Zastygł. Wpatrywał się w szczupłe nogi Tammy, w jej kręcone włosy łonowe i okrągłe piersi, pragnąc jej, pożądając, ale bojąc się ją wziąć. Wyczuwając jego niechęć do obnażenia się, sięgnęła ręką do jego krocza, wymacała jego penisa przez szorty. Powoli pocierała go przez cienki materiał i mówiła: