– Tak mogło się zdarzyć – powiedziała Hilary.
Joshua potrząsnął głową.
– Może i mogło, ale w tym przypadku tak nie było. Bruno był jedynakiem.
– Jest pan absolutnie pewny?
– Nie mam żadnych wątpliwości – stwierdził Joshua. – Okoliczności jego narodzin nie są żadną tajemnicą.
– Ale bliźnięta… Taka piękna teoria – powiedziała Hilary.
Joshua skinął głową.
– Wiem. To łatwa odpowiedź i chciałbym znaleźć taką łatwą odpowiedź, żebyśmy mogli się z tym wreszcie uwinąć. Wierzcie mi, nie cierpię znajdowania luk w waszej teorii.
– Może pan nie ma do tego podstaw – upierała się Hilary.
– Mam.
– Niech pan spróbuje – powiedział Tony. – Proszę nam powiedzieć, skąd pochodzi Bruno i kim była jego prawdziwa matka. Może my znajdziemy luki w pańskiej teorii. Może nie jest ona tak doskonała, jak pan myśli.
Bruno opamiętał się, gdy już połamał, rozdarł i zgniótł prawie wszystko, co było w bungalowie; jego płonąca, bestialska wściekłość ochłodziła się do mniej niszczycielskiego, bardziej ludzkiego gniewu. Przez chwilę, gdy jego temperatura opadła już poniżej punktu wrzenia, stał pośrodku zrobionego przez siebie rumowiska; pot spływał mu ze skroni i błyszczał na jego nagim ciele. Potem wszedł do łazienki i nałożył ubranie.
Kiedy już był ubrany, stanął u stóp zakrwawionego łóżka i popatrzył na brutalnie porżnięte ciało kobiety, którą znał jedynie jako Sally. Teraz, zbyt późno, pojął, że ona nie była Katarzyną. Nie była kolejnym wcieleniem jego matki. Ta stara suka nie przeszła z ciała Hilary Thomas do Sally; nie umiała tego zrobić, dopóki Hilary nie umrze. Bruno nie potrafił sobie uzmysłowić, dlaczego w ogóle pomyślał inaczej; był zaskoczony, że tak się dał otumanić.
Niemniej jednak nie czuł żadnego żalu za to, co zrobił Sally. Nawet jeśli nie była Katarzyną, to była jedną ze służek Katarzyny; kobietą wysłaną przez Piekło, aby służyła Katarzynie. Sally zaliczała się do wrogów, była uczestniczką spisku, którego celem było jego zabicie. Tego był pewien. Może nawet zaliczała się do żywych trupów. Tak. Oczywiście. O tym też był przekonany. Tak. Sally była dokładnie taka, jak Katarzyna, martwą kobietą w nowym ciele, jednym z tych potworów, które nie chciały pozostać we własnych grobach. Była jedną z nich. Przeszedł go dreszcz. Był pewien, że dokładnie wiedziała, gdzie ukrywa się Hilary – Katarzyna. Ale nie zdradziła tego sekretu i zasługiwała na śmierć za wytrwałe posłuszeństwo wobec jego matki.
A poza tym, właściwie jej nie zabił, bo ona powróci do życia w nowym wcieleniu, wypychając jakąś osobę z należącego do niej ciała.
Musi teraz zapomnieć o Sally i znaleźć Hilary – Katarzynę. Ona nadal gdzieś tam jest, czeka na niego.
Musi ją odnaleźć i zabić, zanim ona pierwsza znajdzie sposób, aby zabić jego.
Sally podała mu przynajmniej jeden mały trop. Jakieś nazwisko. Tego Topelisa. Agenta Hilary Thomas. Topelis będzie prawdopodobnie wiedział, gdzie ona się ukryła.
Sprzątnęli naczynia po obiedzie i Joshua dolał jeszcze każdemu wina, zanim opowiedział historię przeistoczenia się Bruna z sieroty w jedynego spadkobiercę majątku Frye’ów. Poznawał te fakty przez całe lata, po trochu, od Katarzyny i od ludzi, którzy mieszkali w St. Helena dużo wcześniej, zanim on sprowadził się do doliny, aby tu otworzyć praktykę prawniczą.
W 1940, w roku urodzenia Bruna, Katarzyna miała dwadzieścia sześć lat i nadal mieszkała ze swoim ojcem, Leo, w odosobnionym domu na szczycie urwiska, górującym za wytwórnią win, w którym rezydowali razem od 1918 roku, czyli od śmierci matki Katarzyny. Katarzyna opuściła dom jedynie na parę miesięcy, które spędziła w college’u w San Francisco; porzuciła tę szkołę, ponieważ nie chciała przebywać z dala od St. Helena tylko po to, by nabyć mnóstwo zbytecznej wiedzy, której nigdy by nie wykorzystała. Kochała dolinę i wielki wiktoriański dom na urwisku. Katarzyna była przystojną, zgrabną kobietą, która mogła mieć tylu konkurentów, ilu tylko zechciała, ale wydawała się zupełnie nie interesować romansami. Chociaż była wciąż młoda, jej introwertyczna osobowość i chłodne traktowanie mężczyzn przekonało większość tych ludzi, którzy ją znali, że będzie starą panną i, co więcej, że będzie w tej roli doskonale szczęśliwa.
Wtedy, w styczniu 1940, Katarzyna odebrała telefon od przyjaciółki, Mary Gunther, którą poznała w college’u kilka lat wcześniej. Mary potrzebowała pomocy; znalazła się w opałach przez jakiegoś mężczyznę. Obiecał, że się z nią ożeni, zwodził ją coraz to nowymi wymówkami, a potem się ulotnił, kiedy była w szóstym miesiącu ciąży. Mary nieomal się załamała, a nie miała żadnej rodziny, aby się do niej zwrócić o pomoc, ani też żadnej przyjaciółki choćby w połowie tak bliskiej jak Katarzyna. Poprosiła, by Katarzyna przyjechała do San Francisco za parę miesięcy, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat; Mary nie chciała być sama w tak trudnym czasie. Poprosiła też Katarzynę o opiekę nad dzieckiem, dopóki ona, Mary, nie znajdzie pracy i nie założy gniazda rodzinnego, aby zapewnić odpowiedni dom dla dziecka. Katarzyna zgodziła się pomóc i zaczęła opowiadać ludziom w St. Helena, że będzie tymczasową zastępczą matką. Wydawała się taka szczęśliwa, tak podniecona tą perspektywą, że sąsiedzi mówili, że byłaby wspaniałą matką dla własnych dzieci, gdyby tylko mogła znaleźć mężczyznę, który by ją poślubił i był dla nich ojcem.
Sześć tygodni po telefonie Mary Gunther i sześć tygodni, zanim Katarzyna miała pojechać do San Francisco, aby być ze swą przyjaciółką, Leo doznał ciężkiego wylewu krwi do mózgu i padł martwy między wysokimi stertami dębowych beczek w jednej z ogromnych, starych piwnic wytwórni. Chociaż Katarzyna przeszła szok i była pełna żalu i chociaż musiała zacząć się uczyć prowadzenia interesu rodzinnego, nie cofnęła swej obietnicy danej Mary Gunther. W kwietniu, kiedy Mary przysłała wiadomość, że dziecko już się urodziło, Katarzyna pojechała do San Francisco. Nie było jej ponad dwa tygodnie i wróciła razem z malusieńkim niemowlęciem, Bruno Guntherem, zatrważająco małym i słabym synkiem Mary.
Katarzyna spodziewała się, że Bruno będzie u niej rok, w którym to czasie Mary stanie mocno na nogi i będzie gotowa przejąć pełną odpowiedzialność za tego nieznośnego bachora. Ale po sześciu miesiącach przyszła wiadomość, że Mary ma kolejne kłopoty, tym razem znacznie gorsze – złośliwą odmianę raka. Mary była umierająca. Zostało jej zaledwie parę tygodni życia, co najwyżej miesiąc. Katarzyna zabrała dziecko do San Francisco, aby matka mogła spędzić tę odrobinę czasu, jaki jej został, w towarzystwie swego dziecka. Podczas ostatnich dni Mary porobiła wszystkie niezbędne przygotowania prawne, aby Katarzynie przyznano stałą opiekę nad dzieckiem. Rodzice Mary nie żyli; nie miała żadnych bliskich krewnych, z którymi Bruno mógłby zamieszkać. Gdyby Katarzyna nie zabrała go do siebie, skończyłby w sierocińcu albo pod opieką przybranych rodziców, którzy mogli być dla niego dobrzy albo i nie. Mary umarła, a Katarzyna zapłaciła za pogrzeb i potem wróciła do St. Helena z Brunem.
Wychowała chłopca jak własnego syna, zachowując się nie jak zwykły opiekun, lecz jako przejęta i kochająca matka. Mogła sobie pozwolić na niańki i inną pomoc domową, ale nie wynajęła ich; odmawiała dopuszczania kogokolwiek do chłopca. Leo nie zatrudniał służby domowej i Katarzyna miała po ojcu poczucie niezależności. Dawała sobie dobrze radę sama i kiedy Bruno miał cztery lata, pojechała do sędziego z San Francisco, który przyznał jej opiekę na żądanie Mary, i formalnie zaadoptowała Bruna, dając mu rodowe nazwisko Frye.