Выбрать главу

– Tak – powiedział Rudge.

– I coś jeszcze tam było oprócz niego samego.

– Tak.

Joshua przesunął dłonią po swych gęstych, siwych włosach.

– Ale na miłość boską, co to mogło być? Co było w tym pokoju?

– Nie wiem – powiedział Rudge. – Spodziewałem się tego dowiedzieć na następnej sesji. Ale wtedy go widziałem po raz ostatni.

* * *

Kiedy lecieli cessną Joshui na południe i potem zboczyli lekko na wschód w kierunku Hollister, Tony powiedział:

– Zmieniłem swój pogląd na tę sprawę.

– To znaczy? – zapytał Joshua.

– Cóż, przede wszystkim widziałem to w zwykłych, czarnych i białych barwach. Hilary to ofiara, a Frye to zły facet. Ale teraz… chyba… Frye jest też ofiarą.

– Rozumiem, co masz na myśli – powiedziała Hilary. – Kiedy słuchałam tych taśm… było mi go tak żal.

– Można go żałować – stwierdził Joshua – tak długo, dopóki się nie pamięta, że jest piekielnie niebezpieczny.

– Przecież on nie żyje.

– Na pewno?

* * *

Hilary napisała kiedyś scenariusz, w którym zawarte były dwie sceny rozgrywające się w Hollister, więc co nieco wiedziała o tym mieście.

Hollister pozornie przypominało setki innych małych miasteczek kalifornijskich. Było w nim kilka pięknych ulic i kilka brzydkich. Nowe domy i stare domy. Palmy i dęby. Krzewy oleandru. Ponieważ była to jedna z suchszych części stanu, znajdowało się tam więcej kurzu niż gdzie indziej, ale nie było to szczególnie zauważalne, dopóki wiatr nie powiał naprawdę silnie.

Element odróżniający Hollister od innych miasteczek leżał pod jego powierzchnią. Linie uskoku. Większość osiedli w Kalifornii została zbudowana na geologicznych uskokach albo w ich pobliżu, a te uskoki co jakiś czas osuwały się, powodując trzęsienia ziemi. Ale Hollister nie zostało zbudowane na tylko jednym uskoku; spoczywało na rzadko spotykanym zbiegu parunastu, a może i większej liczbie uskoków, zarówno większych, jak i mniejszych, włączywszy w to Uskok Świętego Andrzeja.

Hollister było miasteczkiem w ruchu; przynajmniej raz na rok przytrafiało mu się trzęsienie ziemi. Większość tych drgań miała naturalnie siłę środkowego albo niższego stopnia w skali Richtera. Miasteczko nigdy nie zostało zrównane z ziemią. Ale chodniki były popękane i pozapadane; wyrównywano je na przykład w poniedziałek, zapadały się we wtorek i znowu je wyrównywano w środę. W niektóre dni miastem kołysały łagodnie całe serie drgań, przerywane jedynie krótkimi odstępami, ale tutejsi mieszkańcy rzadko je sobie uświadamiali, podobnie jak ludzie z okręgu narciarskiego High Sierra, którzy nie przykładają większej wagi do burz, co pozostawiają po sobie tylko dodatkowy cal śniegu. Przez dziesiątki lat trasy niektórych ulic zmieniły się za sprawą wiecznie ruszającej się ziemi; niegdyś proste aleje były teraz łagodnie albo ostro zakrzywione. W sklepach spożywczych półki zawieszano ukośnie albo pokrywano drucianymi siatkami, aby chronić butelki i puszki przed spadaniem na podłogę za każdym razem, gdy trzęsła się ziemia. Niektórzy ludzie mieszkali w domach, które stopniowo osuwały się w głąb niestałego podłoża, ale ich pogrążanie było tak powolne, że nie powodowało paniki ani pilnej potrzeby szukania innego miejsca do życia; ich lokatorzy po prostu naprawiali pęknięcia w ścianach, wyrównywali progi i umacniali wszystko, jak najlepiej się dało. Co jakiś czas któryś z mieszkańców Hollister dobudowywał pokój do swojego domu, nie zauważając, że dobudówka znajduje się po przeciwnej stronie uskoku niż reszta domu; w wyniku tego przez parę lat nowy pokój poruszał się ze stałą, żółwią determinacją – na północ, południe, wschód lub zachód, w zależności od uskoku – natomiast reszta domu stała nieruchomo albo oddalała się o cal w innym kierunku, ulegając łagodnemu, ale wszechwładnemu procesowi, który ostatecznie odrywał dobudówkę od głównego budynku. Piwnice niektórych domów zawierały zapadliny – dziury bez dna, które rozprzestrzeniały się nieprzerwanie pod budynkami i któregoś dnia mogły je wchłonąć, ale obywatele Hollister żyli i mieszkali nad nimi. Wielu ludzi było przerażonych mieszkaniem w tym mieście, gdzie (jak ujmowali to niektórzy mieszkańcy) można „iść spać i słuchać, jak ziemia szepcze do samej siebie”. Od wielu pokoleń jednak poczciwi ludzie w Hollister dbali o swoje interesy z tak pozytywnym nastawieniem, że aż przyjemnie było popatrzeć.

To było maksimum kalifornijskiego optymizmu.

Rita Yancy mieszkała na rogu cichej uliczki w małym domku z dużym gankiem od frontu. Przy chodniku rosły przed nim jesienne, biało – żółte kwiaty.

Joshua nacisnął na dzwonek. Hilary i Tony stanęli za nim.

Drzwi otworzyła starsza kobieta z siwymi włosami upiętymi w kok. Miała pomarszczoną twarz, jej niebieskie oczy były bystre i pogodne; uśmiechała się przyjaźnie. Była ubrana w niebieską domową bluzkę, biały fartuch i wygodne buty dla starszej pani. Wycierając ręce w ścierkę zapytała:

– Tak?

– Pani Yancy? – spytał Joshua.

– To ja.

– Nazywam się Joshua Rhinehart.

Skinęła głową.

– Wiedziałam, że pan się zjawi.

– Muszę z panią porozmawiać – powiedział.

– Zdaje się, że jest pan człowiekiem, który albo nie poddaje się łatwo, albo nie poddaje wcale.

– Rozbiję obóz tu na pani ganku, dopóki nie uzyskam tego, po co przyjechałem.

Westchnęła.

– To nie będzie konieczne. Dużo się zastanawiałam nad sytuacją, kiedy pan wczoraj zadzwonił. Stwierdziłam, że nie może mi pan nic zrobić. Absolutnie nic. Mam siedemdziesiąt pięć lat i w moim wieku nie pakuje się kobiet do więzienia ot tak. No więc mogę panu powiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło, bo jeśli tego nie zrobię, to będzie mnie pan pewnie zadręczał.

Odsunęła się, otworzyła szerzej drzwi i weszli do środka.

* * *

Bruno obudził się z krzykiem w królewskim łożu na poddaszu.

W pokoju było ciemno. Baterie latarki wyczerpały się, gdy spał.

Szepty.

Otoczyły go zupełnie.

Miękkie, syczące, złe szepty.

Uderzając się po twarzy, karku, piersi i ramionach, próbując strząsnąć te obrzydlistwa, które na niego wpełzły, Bruno spadł z łóżka. Na podłodze było jeszcze więcej tych rojących się, pomykających stworzeń niż na łóżku: tysiące, i wszystkie szeptały. Skowytał i mamrotał, zatykając ręką nos i usta, aby nie dopuścić, by wślizgnęły mu się do środka.

Światło.

Drobiny światła.

Wąskie pasemka światła, świecące nitki światła, zwisające z mrocznej materii pokoju. Niewiele nitek, niewiele światła, ale trochę. To było i tak lepsze niż nic.

Podpełzł, najszybciej jak mógł, w kierunku tych bladych włókien światła, otrząsając z siebie te paskudztwa, i znalazł okno. Było zakryte okiennicami. Światło pochodziło z ich wąskich szczelin.

Bruno stanął chwiejnie, obmacując w ciemności zasuwy w oknie. Kiedy znalazł zamek, nie mógł go przekręcić; był mocno skorodowany.

Krzycząc i otrzepując się jak oszalały, zatoczył się z powrotem w stronę łóżka, odnalazł je w idealnej czerni, schwycił lampę stojącą na stoliku nocnym, przyniósł ją do okna, użył jej jako pałki i rozbił nią szybę. Odrzucił lampę na bok, wymacał zasuwę wewnątrz okiennic, położył na niej dłoń, szarpnął, otarł sobie kciuk, kiedy wybijał zasuwę z zaczepu i zapłakał z ulgą, kiedy poddasze zalała fala światła.

Szepty ustały.

* * *

Bawialnia Rity Yancy – mówiła właśnie na to bawialnia, zamiast używać bardziej współczesnych i mniej barwnych określeń – stanowiła nieomal parodię stereotypowych saloników, w których urocze, malutkie starsze panie powinny spędzać jesień swojego życia. Perkalowe zasłony. Ręcznie haftowane makatki na ścianach – większość z nich ozdobiona natchnionymi powiedzeniami w obramowaniach z drobnych kwiatków i wdzięcznych ptaszków – wisiały wszędzie niczym niezmordowany pokaz dobrej woli, poczucia humoru i złego smaku. Obicia z chwastami. Fotele z bocznymi oparciami pod głowę. Egzemplarze „Reader’s Digest” na zgrabnym stoliku. Koszyk pełen kłębków włóczki i drutów do ręcznych robótek. Kwiaciasty dywan osłonięty dopasowanymi kwiaciastymi bieżnikami. Ręcznie dziane szale udrapowane na siedzeniu i oparciu sofy. Głucho tykający zegar kominkowy.