Hilary i Tony usiedli na skraju sofy, jakby się bali oprzeć i odważyć na ryzyko pogniecenia narzuty. Hilary zauważyła, że wszystkie ozdóbki i antyki były odkurzone i porządnie wypolerowane. Miała uczucie, że Rita Yancy zerwie się i pobiegnie po ściereczkę do kurzu w momencie, gdy ktoś spróbuje dotykać i podziwiać te bezcenne przedmioty.
Joshua usiadł na fotelu. Tył jego głowy i ręce spoczywały na pokrowcach.
Pani Yancy usiadła na jej wyraźnie ulubionym krześle; wydawało się, że czerpała z niego część swego charakteru, a ono z kolei czerpało od niej. Hilary pomyślała, że można wyobrazić sobie panią Yancy i krzesło, jak się zrastają w jedno organiczno – nieorganiczne stworzenie z sześcioma nogami i skórą z puszystego aksamitu.
Staruszka podniosła błękitno – zielony szal, który leżał złożony na podnóżku. Rozpostarła go i przykryła się nim.
Nastąpiła chwila zupełnego milczenia, podczas której nawet zegar kominkowy, zdawało się, przestać tykać; jakby zatrzymał się dla nich czas, jakby momentalnie zamarzli i magicznie przenieśli się, wraz z pokojem, na odległą planetę, aby tam stać się eksponatami na wystawie oddziału antropologii Ziemi, należącego do jakiegoś pozaziemskiego muzeum.
Potem Rita Yancy odezwała się i to, co powiedziała, całkowicie zniszczyło jej słodki obraz, jaki wyrobiła sobie o niej Hilary.
– No, to pewne jak cholera, że nie ma co owijać w bawełnę. Nie chcę marnować całego dnia na tę pieprzoną, durną sprawę. Bierzmy się do tego od razu. Chcecie wiedzieć, dlaczego Bruno Frye płacił mi co miesiąc pięćset dolców. To była forsa za milczenie. Płacił mi, żebym trzymała gębę na kłódkę. Jego matka też mi płaciła tyle samo co miesiąc przez prawie trzydzieści pięć lat i kiedy umarła, Bruno zaczął przysyłać czeki. Muszę przyznać, że mnie to diabelnie zdziwiło. W dzisiejszych czasach niezwykły to synek, który płaci tyle pieniędzy, aby ochronić reputację swojej mamuśki – a szczególnie po tym, jak ona kopnęła w kalendarz. Ale płacił.
– Innymi słowy szantażowała pani pana Frye’a, a przedtem jego matkę? – spytał zaskoczony Tony.
– Nazwij to pan, jak chcesz. Forsa za milczenie albo szantaż, albo jak sam pan uważasz.
– Z tego, co pani dotychczas powiedziała – zauważył Tony – wnioskuję, że prawo nazwałoby to szantażem i niczym więcej.
Rita Yancy uśmiechnęła się do niego.
– Czy pan myśli, że to słowo budzi we mnie zgrozę? Myśli pan, że się boję? Że cała w środku drżę? Synciu, pozwól sobie powiedzieć, że oskarżano mnie o gorsze rzeczy w swoim czasie. Chcesz użyć słowa szantaż? No, jeśli chodzi o mnie, to sobie go używaj. Szantaż. To właśnie to. Lepszej nazwy temu dać nie można. Ale oczywiście, jeśli jesteś tak durny, aby wlec starszą panią do sądu, to wtedy nie użyję tego słowa. Powiem, że uczyniłam wielką przysługę Katarzynie Frye dawno temu i że ona uparła się mi za to płacić comiesięczny czek. I tak nie macie dowodów, co nie? Przecież dlatego ustaliłam, że to przede wszystkim ma być raz na miesiąc. No bo szantażyści walą raz i zmiatają, a prokuratorowi łatwo wyśledzić, że się tak nachapali. Ale kto uwierzy, że jakiś szantażysta zgodziłby się na skromną, comiesięczną wpłatę na swoje konto?
– Nie mamy zamiaru oskarżać pani o popełnienie przestępstwa – zapewnił ją Joshua. – I zupełnie nas nie interesuje odzyskiwanie tych pieniędzy, które pani zapłacono. Wiemy, że byłoby to daremne.
– Dobrze – powiedziała pani Yancy. – Bo nieźle bym się z wami żarła, gdybyście tylko spróbowali.
Wygładziła swój szal.
Muszę zapamiętać wszystko, co jest z nią związane, pomyślała Hilary. Zagra kiedyś wielką, drugoplanową rolę w filmie: zołzowata babunia z charakterkiem i grzeszkami na sumieniu.
– Potrzebne nam są tylko pewne informacje – powiedział Joshua. – Zaistniały pewne problemy z majątkiem i wiąże się to z wypłatą funduszy. Muszę uzyskać odpowiedzi na pewne pytania, aby móc dokonać ostatecznego rozliczenia. Mówi pani, że nie chce marnować całego dnia na tę „cholernie durną sprawę”. Cóż, ja też nie chcę marnować całych miesięcy na zajmowaniu się majątkiem Frye’a. Moim jedynym motywem przyjazdu tutaj było zdobycie informacji, które mi są potrzebne, żeby załatwić całą tę moją cholernie durną sprawę.
Pani Yancy wpatrywała się w niego twardo, potem w Tony’ego i w Hilary. Jej wzrok był przenikliwy, taksujący. Skinęła wreszcie głową z ewidentną satysfakcją, jakby czytała w ich myślach i doceniła to, czego się w nich dopatrzyła.
– Chyba wam wierzę. W porządku. Zadawaj pan swoje pytania.
– Oczywiście – zaczął Joshua – pierwszą rzeczą, jaką chcemy wiedzieć, jest to, co pani miała przeciwko Katarzynie Frye i jej synowi, że zapłacili pani prawie ćwierć miliona dolarów w ciągu ostatnich czterdziestu lat.
– Żeby to zrozumieć – powiedziała pani Yancy – będziecie musieli posłuchać odrobinę historii. Widzicie, kiedy byłam młoda, podczas szczytu wielkiego kryzysu oglądałam się za wszelką pracą, jaką mogłam wykonywać, by związać koniec z końcem, i stwierdziłam, że żadna mi nie daje nic oprócz zwykłego przetrwania i harówki od rana do nocy. Żadna oprócz jednej. Wpadło mi do głowy, że jedyny zawód, który daje możliwość zdobycia prawdziwych pieniędzy, to ten najstarszy. Kiedy miałam osiemnaście lat, zostałam pracującą dziewczyną. W tamtych czasach, w takim mieszanym towarzystwie jak nasze, kobietę taką jak ja nazywano „damą lekkich obyczajów”. Dzisiaj już nie trzeba się tak z tym pieścić. Dzisiaj można użyć obojętnie jakiego pieprzonego słowa. – Pasmo siwych włosów wymknęło się jej z koka. Odgarnęła je z twarzy, założyła za ucho. – Bo jeśli chodzi o seks, czyli miłosne igraszki, jak to się czasami mówiło za moich czasów, to jestem zdziwiona, jak wszystko się zmieniło.
– Chce pani powiedzieć, że była pani… prostytutką? – zapytał Tony, wyrażając to samo zdziwienie, jakie odczuła Hilary.
– Byłam nadzwyczaj ładną dziewczyną – powiedziała z dumą pani Yancy. – Nigdy nie pracowałam na ulicy albo w barach, hotelach czy innych takich miejscach. Należałam do personelu jednego z najlepszych, najelegantszych domów w San Francisco. Dostarczałyśmy rozrywki wyłącznie najlepszemu towarzystwu. Tylko najlepszym mężczyznom. Nigdy nie było nas mniej niż dziesięć i nigdy więcej niż piętnaście, ale każda z nas była urodziwa i dystyngowana. Zarabiałam spore pieniądze, tak jak na to liczyłam. Ale przed ukończeniem dwudziestu czterech lat zrozumiałam, że zrobię znacznie lepsze pieniądze, jak będę kierowała własnym domem, niż pracując pod czyimś kierownictwem. Więc znalazłam dom z kupą zalet i wydałam prawie wszystkie oszczędności na jego przerobienie. Potem zgromadziłam stadko powabnych i miłych młodych dam. Przez następne trzydzieści sześć lat pracowałam jako madam i prowadziłam lokal z cholerną klasą. Przeszłam na emeryturę piętnaście lat temu, kiedy miałam sześćdziesiąt lat, bo chciałam przyjechać tu do Hollister, gdzie mieszka moja córka z mężem; chciałam być blisko wnuków, rozumiecie. Wnuczęta nagradzają podeszły wiek znacznie bardziej, niż się spodziewałam.