– Nie zmieniała pani zamków?
– To mi się wydawało niepotrzebnym wydatkiem – powiedziała. – Te klucze, które zgubiłam, nie miały żadnych znaków identyfikacyjnych. Ten, kto mógł je znaleźć, nie wiedziałby, gdzie ich użyć.
– I nie przyszło pani do głowy, że mogły zostać ukradzione? – spytał porucznik Howard.
– Nie.
– Ale teraz uważa pani, że to Bruno Frye zabrał te klucze z zamiarem przyjechania tu, aby panią zgwałcić i zabić.
– Tak.
– Co on ma przeciwko pani?
– Nie wiem.
– Czy jest jakiś powód, dla którego miałby być na panią cięty?
– Nie.
– Jakiś powód, dla którego miałby panią nienawidzić?
– Ledwie go znam.
– Musiał pokonać cholerny kawał drogi.
– Wiem.
– Setki mil.
– Niech pan posłucha, to szaleniec. A szaleńcy robią szalone rzeczy.
Porucznik Howard przestał chodzić, stanął przed nią, rzucił piorunujące spojrzenie jak twarz ze słupa totemicznego uosabiającego złych bogów.
– Czy nie wydaje się pani dziwne, że szaleniec byłby w stanie tak dobrze maskować swoje szaleństwo, że dysponowałby tak żelaznym opanowaniem, aby je taić, dopóki się nie znajdzie w obcym mieście?
– Jasne, że wydaje mi się to dziwne – powiedziała. – Niesamowite. Ale to prawda.
– Czy Bruno Frye miał okazję ukraść te klucze?
– Tak. Jeden z brygadzistów z wytwórni zabrał mnie na specjalną wycieczkę. Musieliśmy się gramolić po rusztowaniach, między zbiornikami fermentacyjnymi, beczkami, przez mnóstwo ciasnych miejsc. Nie mogłam swobodnie nosić przy sobie torebki, bo by mi zawadzała. Więc zostawiłam ją w głównym budynku.
– W domu Frye’a.
– Tak.
Howard kipiał z nadmiaru energii. Zaczął znowu chodzić, od sofy do okien, od okien do półek z książkami, potem znowu do sofy, wyprostowawszy swoje szerokie ramiona i wysuwając głowę do przodu.
Porucznik Clemenza uśmiechnął się do niej, ale to jej nie uspokoiło.
– Czy ktokolwiek z wytwórni może pamiętać, że pani zgubiła tam klucze?
– Myślę, że tak. Na pewno. Szukałam ich przez pół godziny. Wszystkich pytałam, mając nadzieję, że ktoś je widział.
– Ale nikt ich nie widział.
– Zgadza się.
– Gdzie pani uważała, że je zostawiła?
– Myślałam, że są w torebce.
– Pani pamięta, że to jest ostatnie miejsce, do którego je pani włożyła?
– Przyjechałam do wytwórni wynajętym samochodem i byłam pewna, że włożyłam klucze do torebki, kiedy zaparkowałam.
– Ale kiedy nie mogła ich pani znaleźć, ani razu pani nie pomyślała, że mogły zostać ukradzione?
– Nie. Dlaczego ktoś miałby kraść klucze, a nie pieniądze? Miałam w portfelu kilkaset dolarów.
– Niepokoi mnie kolejna rzecz. Kiedy pani wyrzuciła Frye’a z domu pod groźbą użycia broni, to dlaczego tak pani zwlekała z zadzwonieniem do nas?
– Nie zwlekałam.
– Dwadzieścia minut.
– Najwyżej.
– Kiedy dopiero co się było napadniętym i omal nie zabitym przez maniaka z nożem, to czekanie dwadzieścia minut to cholernie długo. Większość ludzi chce się od razu oddać pod opiekę policji. Chcą, żebyśmy przyjechali na miejsce w dziesięć sekund i wściekają się, jeżeli przyjazd zabiera nam kilka minut.
Spojrzała na Clemenzę, potem na Howarda, potem na swoje ciasno zaplecione palce ze zbielałymi kłykciami. Usiadła sztywno, wyprostowała ramiona.
– Ja chyba… chyba… się załamałam. – To było dla niej trudne i wstydliwe wyznanie. Zawsze chlubiła się swoją odpornością. – Podeszłam do tego biurka, usiadłam, zaczęłam wykręcać numer policji i… wtedy… po prostu popłakałam się. Zaczęłam płakać… i przez chwilę nie mogłam się uspokoić.
– Płakała pani przez dwadzieścia minut?
– Nie. Jasne, że nie. Nie jestem płaczliwym typem. To znaczy, nie załamuję się łatwo.
– Ile czasu zabrało pani opanowanie się?
– Nie jestem tego dokładnie pewna.
– Piętnaście minut?
– Nie tak długo.
– Dziesięć minut?
– Może pięć.
– Kiedy odzyskała pani panowanie nad sobą, dlaczego pani wtedy do nas nie zadzwoniła? Siedziała pani tuż obok telefonu.
– Poszłam na górę, żeby umyć twarz i przebrać się – powiedziała. – Już wam o tym mówiłam.
– Wiem – powiedział. – Stroiła się pani dla prasy.
– Nie – zaprzeczyła, odczuwając już do niego złość – Nie „stroiłam się”. Po prostu uważałam, że powinnam…
– To czwarta rzecz, która sprawia, że się nad tym wszystkim zastanawiam – powiedział Howard przerywając jej. – To mnie całkowicie zdumiewa. Chodzi mi o to, że po tym jak pani omal nie zostaje zgwałcona i zamordowana, po tym jak pani się załamuje i płacze, bojąc się jednocześnie, że Frye mógłby tu wrócić i spróbować dokończyć swego dzieła, jeszcze pani znajduje czas, żeby poprawić swój wygląd. Zdumiewające.
– Przepraszam – wtrącił porucznik Clemenza, pochylając się w brązowym fotelu ku przodowi. – Frank, wiem, że coś masz, i wiem, że do tego zmierzasz. Nie chcę ci pomieszać szyków czy czegoś tam. Ale nie myślę, żebyśmy mogli przesądzać o uczciwości i prawdomówności panny Thomas, biorąc pod uwagę to, ile jej czasu zabrało wniesienie skargi przez telefon. Obydwaj wiemy, że ludzie często ulegają szokowi po takim doświadczeniu. Nie zawsze działają racjonalnie. Zachowanie panny Thomas nie jest wcale szczególne.
Już miała podziękować porucznikowi Clemenzie za to, co powiedział, ale wyczuła przykry antagonizm pomiędzy obydwoma detektywami i nie chciała dolewać oliwy do ognia.
– Mówisz mi, że mam się z tym wszystkim zgodzić? – spytał Howard Clemenzę.
– Mówię tylko, że robi się późno i wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni – odparł Clemenza.
– Ale zgadzasz się, że jej historia jest dziurawa jak sito?
– Nie wiem, czy tak bym to ujął – powiedział Clemenza.
– A jak byś to ujął? – spytał Howard.
– Powiedzmy, że niektóre jej elementy na razie nie brzmią zbyt sensownie.
Howard przez chwilę wpatrywał się w niego gniewnym spojrzeniem, a potem skinął głową.
– W porządku. Niech ci będzie. Próbowałem tylko dowieść, że z jej zeznaniem wiążą się przynajmniej cztery większe problemy. Jeśli się z tym zgodzisz, ja sobie poradzę z całą resztą. – Zwrócił się w stronę Hilary. – Panno Thomas, chciałbym raz jeszcze usłyszeć pani opis napastnika.
– Dlaczego? Znacie już jego nazwisko.
– Proszę zaspokoić moją zachciankę.
Nie potrafiła pojąć, dokąd on zmierza tym wypytywaniem. Wiedziała, że stara się zastawić na nią pułapkę, ale nie miała zielonego pojęcia, co to za pułapka i jak zareaguje, gdy już w nią wpadnie.
– W porządku. Jeszcze raz. Bruno Frye jest wysoki, ma około sześciu stóp…
– Bez nazwisk, proszę.
– Słucham?
– Proszę opisać napastnika bez używania jakiegokolwiek nazwiska.
– Ale ja znam jego nazwisko – powiedziała wolno i cierpliwie.
– Proszę mnie nie rozbawiać – rzucił ponuro.
Westchnęła i usiadła znowu na sofie, udając znudzenie. Nie chciała, żeby wiedział, że się go boi. O co mu u diabła chodzi?
– Człowiek, który mnie zaatakował – zaczęła – miał około sześciu stóp i czterech cali wzrostu i ważył jakieś dwieście czterdzieści funtów. Był silnie umięśniony.