Kelnerka, która pośpiesznie podeszła do jego stolika, była niską kobietą, o obwodzie pasa nieomal równającym się jej wzrostowi i bardzo okrągłej, zadziwiająco pięknej twarzy. Przekrzykując melodyjne i płaczliwe piosenki Freddiego Fendera, które dochodziły z szafy grającej, zapytała Frye’a, czego sobie życzy, i przyjęła zamówienie: podwójne chili verde i dwie butelki zimnego dos esquis.
Nadal miał założone skórzane rękawiczki. Zdjął je i rozprostował ręce.
Z wyjątkiem blondynki w wyciętym sweterku, która była razem z wąsatym i nonszalanckim, młodym Chicano, Frye był jedynym w „Garrido’s”, który nie miał w sobie meksykańskiej krwi. Wiedział, że niektórzy mu się przypatrują, ale nie dbał o to.
Kelnerka przyniosła piwo od razu. Frye nie potrzebował szklanki. Przyłożył butelkę do ust, zamknął oczy, odchylił głowę do tyłu i pił duszkiem. Opróżnił butelkę w niecałą minutę. Drugie piwo wypił z mniejszym pośpiechem niż pierwsze, ale także zanim jeszcze zdążyła mu przynieść kolację. Zamówił jeszcze dwie butelki dos esquis.
Bruno Frye jadł łapczywie, w całkowitym skupieniu, nie chcąc albo nie mogąc odwrócić wzroku od talerza i nie zwracając uwagi na otoczenie. Pochłaniał jedzenie z pochyloną głową, jak każdy pozbawiony wdzięku żarłok. Wydawał miękkie, zwierzęce pomruki zadowolenia i jeden za drugim wsuwał do ust ogromne, ociekające kawałki nadzienia chili verde. Jego policzki wybrzuszały się, gdy intensywnie i szybko przeżuwał. Obok stał talerz z ciepłymi tortillami, których używał do wycierania smakowitego sosu. Popijał wszystko wielkimi haustami zimnego piwa.
Miał już za sobą jakieś dwie trzecie posiłku, kiedy podeszła do niego kelnerka, chcąc spytać, czy jedzenie mu smakuje, lecz szybko zorientowała się, że pytanie jest niepotrzebne. Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem. Zduszonym głosem, zdającym się dochodzić jakby z oddali, poprosił o dwa wołowe taco, kilka enchilad z serem, ryż, odsmażaną fasolę i jeszcze dwie butelki piwa. Kelnerka wytrzeszczyła oczy, ale była zbyt uprzejma, by komentować jego apetyt.
Dokończył chili verde, zanim przyniosła drugie zamówienie, ale nie wypadł z transu, dopóki talerz nie był czysty. Tak jak na pozostałych stołach stała przed nim miseczka z prażynkami przyprawianymi taco; przyciągnął swoją do siebie. Zanurzał prażynki w dodanym do nich ostrym sosie, wpychał je do ust, chrupiąc je z ogromnym zadowoleniem i robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Kiedy przyszła kelnerka z następnymi potrawami i piwem, wymamrotał podziękowanie i natychmiast zaczął zmiatać enchilady z talerza. Przysunął sobie taco i pozostałe naczynia. Pod skórą grubego karku wyraźnie odznaczało się tętno pulsu, na czole nabrzmiały mu żyły. Twarz lśniła od potu, którego paciorki zaczęły mu skapywać z włosów. Wreszcie przełknął ostatni kęs potrawy z fasoli, przepłukał gardło piwem i odsunął puste talerze. Siedział chwilę z jedną ręką wspartą na udzie, drugą oplecioną wokół butelki, błądząc wzrokiem po swym otoczeniu. Pot stopniowo wysychał na jego twarzy i powoli zaczynała do niego docierać muzyka z szafy grającej; słychać było kolejną piosenkę Freddiego Fendera.
Sącząc piwo, dopiero teraz przyglądał się pozostałym gościom. Jego uwagę przyciągnęła grupa siedząca za stołem tuż przy drzwiach. Dwie pary. Niebrzydkie dziewczyny. Ciemni, przystojni mężczyźni. Wszyscy ledwie po dwudziestce. Chłopcy zgrywali się przed kobietami, mówiąc odrobinę za głośno i śmiejąc się za dużo, zachowywali się jak koguty próbujące za wszelką cenę zrobić wrażenie na małych kurkach.
Frye postanowił się zabawić ich kosztem. Zastanowił się, przemyślał plan działania i z zadowoleniem wyszczerzył zęby na myśl o zamieszaniu, którego będzie przyczyną.
Poprosił kelnerkę o rachunek, podał jej o wiele więcej pieniędzy od figurującej na nim kwoty i powiedział:
– Reszty nie trzeba.
– Jest pan bardzo hojny – stwierdziła uśmiechając się i kiwając głową, kiedy odchodziła do kasy.
Założył swoje skórzane rękawiczki.
Szósta butelka piwa była opróżniona dopiero do połowy; zabrał ją ze sobą, opuszczając lożę. Kierując się do wyjścia, znalazł sposób, by zahaczyć nogą o krzesło, kiedy mijał po drodze dwie interesujące go pary. Potknął się nieznacznie, łatwo odzyskał równowagę i starając się wyglądać na pijanego, nachylił się ku czworgu zdziwionych ludzi przy stoliku, pozwalając, by zobaczyli butelkę piwa.
Zniżył głos, nie chcąc, by inni klienci restauracji zauważyli, że prowokuje awanturę. Wiedział, że poradzi sobie z dwoma, ale nie był przygotowany do walki z armią. Spojrzał mętnym wzrokiem na silniej zbudowanego mężczyznę, wyszczerzył zęby w uśmiechu i przemówił cicho aroganckim, warkliwym tonem, który zadawał kłam wyrazowi twarzy.
– Nie stawiaj swojego cholernego krzesła w przejściu, ty durny Meksie.
Obcy uśmiechał się do niego, spodziewając się jakichś pijackich przeprosin. Kiedy usłyszał zniewagę, przymrużył oczy, a rysy jego szerokiej, brązowej twarzy stwardniały.
Zanim ów zdążył wstać, Frye odwrócił się do drugiego mężczyzny i powiedział:
– Czemu se nie weźmiesz takiej laluni, jak tamta blondyna? Na co ci takie tłuste cipy, co tu się pakują na chama przez Rio Grande?
Potem szybko ruszył do drzwi, nie chcąc, by bójka rozpoczęła się wewnątrz restauracji. Śmiejąc się w duchu, pchnął drzwi, chwiejnym krokiem wyszedł w wieczorną mgłę i pośpieszył do parkingu na tyłach, od strony północy, aby tam na nich poczekać.
Znajdował się zaledwie parę kroków od swej furgonetki, kiedy jeden z podążających za nim mężczyzn zawołał po angielsku z hiszpańskim akcentem.
– Ej, człowieku, poczekaj no!
Frye odwrócił się, nadal udając, że jest pijany, chwiał się i zataczał, jakby mu było trudno utrzymać równowagę.
– O co chodzi? – zapytał nieskładnie.
Tamci zatrzymali się, stanęli obok siebie jak jakieś zjawy we mgle.
– Ej, człowieku, co ty u diabła sobie myślisz? – powiedział krępy mężczyzna.
– Co, Meksy, szukacie kłopotów? – spytał Frye niewyraźnie wymawiając słowa.
– Cerdo! – powiedział krępy.
– Mugriento cerdo! – dopowiedział szczuplejszy.
– O Jezu, tylko bez tego cholernego małpiego gadania. Jak macie coś do powiedzenia, mówcie po angielsku.
– Miguel nazwał cię świnią – powiedział szczupły. – A ja cię nazwałem zasraną świnią.
Frye wykrzywił się i zrobił wulgarny gest.
Krępy rzucił się do ataku. Frye czekał w bezruchu, jakby nie zauważał, że tamten się zbliża. Miguel ruszył na niego z pochyloną głową, z pięściami podniesionymi do góry i ramionami przyciśniętymi do boków. Wymierzył dwa szybkie i silne uderzenia w umięśniony tors Frye’a. Twarde jak granit dłonie ciemnego mężczyzny wydały ostry, trzaskający odgłos, kiedy ciosy trafiły w cel, ale Frye przyjął je nawet się nie zachwiawszy. Butelką piwa, którą celowo zabrał z restauracji, uderzył Miguela w skroń. Szkło rozbiło się i rozprysnęło po parkingu kaskadą niezharmonizowanych dźwięków. Spienione piwo ochlapało obydwu mężczyzn. Jakby ogłuszony pałką, z przeraźliwym jękiem Miguel padł na kolana.
– Pablo – krzyknął błagalnie do przyjaciela.
Schwyciwszy zranioną głowę mężczyzny, Frye przytrzymał ją. Kiedy walnął kolanem w podbródek, zęby Miguela nieprzyjemnie trzasnęły. Gdy go wreszcie puścił, nieprzytomny mężczyzna zwalił się na bok, rzężąc głośno przez zakrwawione nozdrza.