Выбрать главу

Kiedy Miguel padł na wilgotny od mgły chodnik, Pablo podbiegł do Frye’a. Miał nóż – długi i cienki, najprawdopodobniej sprężynowy, wyostrzony na obu krawędziach, z pewnością równie niebezpieczny jak brzytwa. Szczupły mężczyzna był ostrożniejszy od Miguela. Poruszał się szybko, ale z wdziękiem, trochę tak jak tancerz. Zachodząc Frye’a od prawej strony, szukał takiej możliwości wykonania pierwszego ruchu, aby móc posłużyć się swą szybkością i zwinnością i zaatakować błyskawicznie jak wąż. Ostrze błysnęło z lewa na prawo i gdyby Frye nie odskoczył, rozcięłoby mu brzuch, wypruwając wnętrzności. Dziwacznie nucąc, Pablo nacierał wytrwale; nóż nieprzerwanie ciął powietrze przed Frye’em, od lewej do prawej, od prawej do lewej. Cofając się, Frye przypatrywał się sposobowi, w jaki Pablo używa noża i nim drogę zagrodził mu tył jego dodge’a, wiedział już, jak sobie poradzić z napastnikiem. Pablo wykonywał długie, zamaszyste cięcia, zamiast krótkich, hakowatych pchnięć stosowanych przez doświadczonych nożowników. Dlatego w punktach maksymalnego wychylenia każdego zamachu, kiedy ostrze mijało Frye’a, ale jeszcze nie zaczynało wracać, następowała jakaś sekunda albo dwie, kiedy broń oddalała się od niego, nie stanowiąc żadnego zagrożenia, moment, w którym Pablo się odsłaniał. Kiedy szczupły mężczyzna sposobił się do śmiertelnego ciosu, pewien, że jego ofiara nie ma dokąd uciec, Frye przeczekał jeden z zamachów i skoczył do przodu. W chwili gdy ostrze zaczynało się od niego oddalać, Frye pochwycił nadgarstek Pabla, ścisnął go i wykręcił, wyłamując ze stawu. Szczupły mężczyzna krzyknął z bólu. Nóż wypadł z jego słabych palców. Frye zaszedł go od tyłu, założył mu dźwignię i pchnął go twarzą na tył furgonetki. Wykręcił ramię Pabla jeszcze silniej, przyciągając jego dłoń do łopatek, aż wydawało się, że powinna pęknąć kość. Wolną ręką Frye schwycił mężczyznę za siedzenie spodni, podniósł go z ziemi i całą jego masą stu czterdziestu funtów uderzył o ciężarówkę po raz kolejny, potem znowu i jeszcze raz, i jeszcze raz, dopóki krzyk nie ustał. Kiedy puścił Pabla, ten upadł bezwładnie jak szmaciana lalka.

Miguel podniósł się na czworakach. Pluł krwią i błyszczącymi, białymi okruchami zębów na czarny makadam.

Frye podszedł do niego.

– Próbujemy się podnieść, kolego?

Śmiejąc się cicho, Frye nastąpił mu na palce. Wbił obcas w dłoń mężczyzny, potem cofnął się.

Miguel zaskowyczał i osunął się na bok.

Frye kopnął go w udo.

Miguel nie stracił przytomności, ale zamknął oczy mając nadzieję, że Frye po prostu odejdzie.

Frye czuł się, jakby przepływał przez niego prąd elektryczny, miliardy woltów, wybuchające od synapsy do synapsy, gorących, trzaskających i roziskrzonych. Nie było to uczucie bolesne, ale dzikie i podniecające doświadczenie, jakby właśnie dotknął go wszechmogący Bóg i napełnił najpiękniejszym, najjaśniejszym i najświętszym światłem.

Miguel otworzył swoje napuchnięte ciemne oczy.

– Już ci przeszła ochota do walki? – spytał Frye.

– Proszę… – powiedział Miguel przez powybijane zęby i rozbite wargi.

Rozbawiony Frye postawił stopę na gardle Miguela, zmuszając go do obrócenia się na plecy.

– Proszę…

Uwznioślony poczuciem własnej mocy, dryfujący, latający, szybujący Frye kopnął Miguela w żebra.

Miguel dławił się własnym krzykiem.

Śmiejąc się serdecznie, Frye kopał go, dopóki kilka żeber nie pękło z trzaskiem.

Miguel zrobił to, przed czym w ciągu ostatnich paru minut starał się powstrzymać. Zaczął płakać.

Frye powrócił do furgonetki.

Na ziemi za jej tylnymi kołami leżał nieprzytomny Pablo.

Powtarzając bezustannie „tak, tak, tak, tak, tak”, Frye okrążał Pabla, kopiąc go w kostki, kolana, uda, biodra i żebra.

Jakiś samochód zaczął zjeżdżać z ulicy na parking, ale kierowca zauważył, co się dzieje, i nie chciał w niczym brać udziału. Włączył wsteczny bieg, wycofał się i pomknął przed siebie z piskiem opon.

Frye przyciągnął Pabla do Miguela i ułożył ich obok siebie, usuwając z trasy ciężarówki. Nie chciał przejechać ani też zabić któregoś z nich, ponieważ zbyt wielu ludzi w barze miało okazję dobrze mu się przyjrzeć. Policjanci nie będą mieli większej ochoty na ściganie zwycięzcy zwykłej bójki ulicznej, zwłaszcza jeśli pokonani przez niego zaatakowali wspólnie jednego człowieka; będą natomiast szukali mordercy i dlatego też Frye upewnił się, czy Miguel i Pablo żyją.

Pogwizdując beztrosko, odjechał z powrotem w kierunku Marina Del Rey i zatrzymał się po prawej stronie ulicy, przy pierwszej czynnej stacji benzynowej. W czasie gdy obsługujący napełniał mu bak, sprawdzał poziom oleju i czyścił przednią szybę, Frye poszedł do toalety. Zabrał ze sobą przybory do golenia i mył się przez dziesięć minut.

Podczas podróży sypiał w furgonetce, jednak nie było w niej takich udogodnień, jak w wozie campingowym; brakowało bieżącej wody. Z kolei taki pojazd był bardziej zwrotny, mniej rzucał się w oczy i był daleko bardziej anonimowy od wozu campingowego. Aby korzystać z licznych udogodnień w pełni wyposażonego domu na kółkach, musiałby się co noc zatrzymywać na polach campingowych, podłączać wóz do kanałów ściekowych, wody i elektryczności, wszędzie przy tym zostawiając swoje nazwisko i adres. To było zbyt ryzykowne. Podróżując takim pojazdem, zostawiałby ślad, który podjąłby nawet bloodhound o słabym węchu, i tak samo byłoby, gdyby się zatrzymywał w motelach, w których recepcjoniści wypytywani później przez policję, z pewnością pamiętaliby wysokiego i nadzwyczaj umięśnionego mężczyznę o przenikliwych niebieskich oczach.

W toalecie na stacji zdjął rękawiczki i żółty sweter, umył tors i pachy mokrymi papierowymi ręcznikami i mydłem w płynie, spryskał się dezodorantem i ponownie ubrał. Zawsze dbał o czystość; lubił być czysty i zadbany niezależnie od okoliczności.

Kiedy uważał, że jest brudny, miał nie tylko złe samopoczucie, ale był również przygnębiony i w pewien sposób przestraszony, jakby brud wywoływał jakieś odległe wspomnienie nieprzyjemnego doświadczenia, dawno zapomnianego, jakby przywracał odrażające reminiscencje na skraj świadomości, gdzie mógł je czuć, ale ich nie widział, postrzegał, ale nie rozumiał. W te rzadkie noce, kiedy padał na łóżko nie umyty, jego powtarzający się koszmar senny był o wiele gorszy niż zazwyczaj, wybijał go ze snu uderzającym krzykiem przerażenia. I chociaż w takich razach zazwyczaj budził się, nie pamiętając zupełnie, co mu się śniło, miał uczucie, że właśnie wyrwał się z jakiegoś przyprawiającego o mdłości, plugawego miejsca, z jakiejś ciemnej, dusznej i cuchnącej jamy.

Nie chcąc się narażać na spotęgowanie koszmaru, który z pewnością miał mu się przyśnić, umył się, ogolił szybko maszynką elektryczną, spryskał twarz płynem po goleniu, umył zęby i użył toalety. Rankiem pojedzie na inną stację i powtórzy te rutynowe czynności i zmieni wtedy również ubranie.

Zapłacił obsługującemu za benzynę i pojechał do Marina Del Rey przez coraz bardziej gęstniejącą mgłę. Zaparkował furgonetkę na tym samym parkingu przyległym do basenu portowego, skąd dzwonił do swojego domu w Napa. Wysiadł z dodge’a, podszedł do budki telefonicznej i wykręcił znowu ten sam numer.

– Słucham?

– To ja – powiedział Frye.

– Alarm odwołany.

– Dzwonili z policji?

– Tak.

Rozmawiali przez jakąś minutę lub dwie, po czym Frye powrócił do furgonetki.

Rozłożył materac w tylnej części wozu i zapalił latarkę, którą tam trzymał. Nie znosił całkowicie zaciemnionych miejsc. Nie potrafił zasnąć, jeżeli pod drzwiami nie było chociaż smugi światła albo w jakimś kącie nie paliła się chociaż słaba lampka nocna. W całkowitej ciemności zaczynał sobie wyobrażać, że wpełzają na niego te tajemnicze stworzenia, że muskają jego twarz i roją się pod ubraniem. Gdy był pozbawiony światła, atakowały go groźne, choć nieartykułowane szepty, które czasami słyszał przez parę minut po przebudzeniu się z koszmaru, szepty mrożące krew w żyłach, przez które miał rozwolnienie i kołatało mu serce.