Wygramoliła się z wanny, wyjęła korek i wytarła się wielkim, puszystym ręcznikiem. Podniosła nóż i wyszła z łazienki, zostawiając zapalone światło i półotwarte drzwi. Pogasiła światła w pokoju. Poruszając się ociężale w miękkiej poświacie i aksamitnych cieniach, położyła nóż na szafce nocnej i wślizgnęła się nago do łóżka.
Poczuła rozluźnienie, jakby gorąco rozkręciło jej stawy.
Poza tym lekko się upiła.
Leżała z twarzą skierowaną ku drzwiom. Barykada była uspokajająca. Wyglądała na bardzo solidną. Nie do pokonania. Bruno Frye się przez nią nie przedostanie, powiedziała sobie. Nawet gdyby użył do tego szarżującego barana. Mała armia miałaby trudności z przedostaniem się przez te drzwi. Nie poradziłby im nawet czołg. A wielki, stary dinozaur? – zastanawiała się sennie. Jeden z tych wielkich tyrannosaurusów rexów z tych śmiesznych filmów o potworach. Godzilla. Czy Godzilla walnąłby w te drzwi…?
O drugiej w nocy Hilary zasnęła.
W czwartek, o 2.25 w nocy, Bruno Frye przejechał wolno obok domu Hilary Thomas. Mgła napływała już do Westwood, ale nie była tak mętna, jak w pobliżu oceanu. Widział budynek wystarczająco dobrze, by stwierdzić, że w żadnym z okien od frontu nie paliło się światło.
Przejechał dwie przecznice, zakręcił i przejechał znowu pod tamtym domem, tym razem jeszcze wolniej, uważnie przyglądając się samochodom zaparkowanym przy ulicy. Nie sądził, że jest strzeżona przez policję, ale nie chciał ryzykować. Samochody były puste; dom nie był pod nadzorem.
Ustawił dodge’a dwie przecznice dalej, między dwoma volvo, i ruszył w stronę budynku przez kałuże mglistego mroku, przez blade kręgi niewyraźnego światła dobiegającego z okrytych mgłą latarni. Kiedy szedł przez trawnik, jego buty wydawały świszczący odgłos w wilgotnej od rosy trawie, dźwięk, który mu uświadamiał, jak mimo wszystko nieziemsko spokojna jest ta noc.
Z boku domu przykucnął przy krzaczastym oleandrze i obejrzał się za siebie. Nie włączył się żaden alarm. Nikt za nim nie szedł.
Poszedł dalej na tył domu i wspiął się po zamkniętej na zamek furtce. Na tylnym dziedzińcu spojrzał na ścianę domu i zobaczył mały kwadrat światła na piętrze. Po jego rozmiarach sądził, że jest to okno łazienki, w większych taflach szkła po jego prawej stronie widać było niewyraźne ślady światła na krawędziach zasłon.
Ona jest na górze.
Był tego pewien.
Czuł ją. Czuł jej zapach.
Ta suka.
Czeka, by ją wziąć i wykorzystać.
Czeka, by ją zabić.
Czeka, żeby mnie zabić?
Zadrżał. Pragnął jej, budziła w nim bolesne pożądanie, ale bał się też jej.
Dotychczas zawsze umierała z łatwością i zawsze powracała z umarłych do nowego ciała, przebierając się za nową kobietę, ale zwykle umierała bez większego sprzeciwu. Dzisiejszej nocy jednak Katarzyna zachowała się jak prawdziwa tygrysica, szokująco silna, sprytna i nieustraszona. Nie podobał mu się tak odmienny rozwój wydarzeń.
Jednak niezależnie od wszystkiego musi ją ścigać. Jeśli nie będzie jej tropił od jednego wcielenia do następnego, jeśli nie będzie jej stale zabijał, dopóki ona wreszcie nie umrze, nigdy nie zazna spokoju.
Nawet nie próbował otworzyć drzwi do kuchni kluczami, które ukradł jej wtedy w wytwórni. Prawdopodobnie ma już nowe zamki. A nawet, jeśli się nie zabezpieczyła w ten sposób, to i tak nie będzie mógł wejść przez te drzwi. We wtorkową noc, kiedy po raz pierwszy próbował wkraść się do tego domu, ona była w środku i wówczas odkrył, że jeden z zamków nie daje się otworzyć kluczem, jeśli został zamknięty od wewnątrz. Górny zamek dawał się otworzyć bez trudności, ale dolny ustępował tylko wtedy, gdy został zamknięty kluczem od zewnątrz. Nie dostał się wówczas do środka, musiał przyjść następnego wieczoru, w środę, osiem godzin temu, kiedy ona wyszła na kolację i można było użyć obydwu kluczy. Ale w tej chwili ona tam była i chociaż mogła nie mieć wymienionych zamków, musiała zatrzasnąć te specjalne wewnętrzne zasuwy, skutecznie blokujące przed nim wejście, niezależnie od tego, ile miał przy sobie kluczy.
Poszedł za róg domu, od strony wielkiego okna z kamiennymi słupkami, które wychodziło na ogród różany. Było podzielone na szereg szybek wielkości sześciu kwadratowych cali, obramowanych cienkimi listewkami z ciemnego, lakierowanego drewna. Za nim znajdował się gabinet pełen książek. Wyjął z kieszeni latarkę o kształcie pióra wiecznego, zapalił ją i skierował wąski strumień światła w stronę okna. Mrużąc oczy przeszukiwał parapet i mniej widoczną, biegnącą przez środek poprzeczkę, dopóki nie znalazł klamki, potem zgasił latarkę. Miał rolkę taśmy maskującej, z której zaczął oddzierać paski i pokrywać nimi małą szybkę znajdującą się najbliżej zamka okna. Kiedy sześciocalowy kawałek został już zaklejony całkowicie, rozbił go jednym silnym ciosem swej ubranej w rękawiczkę pięści. Szkło rozbiło się nieomal bezdźwięcznie i nie rozsypało po podłodze, lecz przywarło do taśmy. Sięgnął do środka i nacisnął klamkę, podniósł okno, podciągnął się przez parapet. Omal nie narobił potwornego hałasu, potykając się o mały stolik, który stanął mu na drodze.
Stojąc na środku gabinetu, Frye przez chwilę czekał z bijącym sercem na jakieś poruszenie wewnątrz domu, jakiś sygnał, że go usłyszała.
Nic prócz ciszy.
Ona potrafiła wydostać się ze świata zmarłych i wrócić do życia z nową tożsamością, ale to był najwyraźniej szczyt jej nadprzyrodzonej siły. Przecież nie widziała i nie wiedziała wszystkiego. Jeszcze się nie zorientowała, że on jest w jej domu.
Uśmiechnął się złośliwie.
Wyjął nóż z pochwy przypasanej do paska, ujął go w prawą dłoń.
Trzymając latarkę w lewej dłoni, bezszelestnie grasował po wszystkich pokojach na parterze. Wszystkie były ciche i opustoszałe.
Wchodząc po schodach na drugie piętro, trzymał się blisko ściany, na wypadek gdyby zatrzeszczał któryś ze stopni. Dotarł na górę, nie robiąc przy tym najlżejszego hałasu.
Przeszukał sypialnie, ale nie napotkał w nich nic interesującego, dopóki nie dotarł do ostatniego pokoju po lewej stronie. Zgasił latarkę, bo wydało mu się, że widzi światło przesączające się pod drzwiami. W głębokiej ciemności korytarza próg ostatniego pokoju wyznaczała jedynie mglista srebrna linia, ale odznaczała się wyraźniej niż przy pozostałych drzwiach. Podszedł i ostrożnie nacisnął klamkę. Zamknięte.
Znalazł ją.
Katarzyna.
Która udaje, że jest kimś, kto nazywa się Hilary Thomas.
Suka. Paskudna suka.
Katarzyna, Katarzyna, Katarzyna…
Kiedy jej imię rozległo się echem w jego myślach, zacisnął dłoń na nożu i wykonał kilka krótkich pchnięć w ciemności, udając, że ją zarzyna.
Wyciągnąwszy się płasko na podłodze, Frye zajrzał pod drzwiami przez szczelinę o szerokości cala. Po drugiej stronie stał jakiś duży mebel, być może serwantka. Sypialnię oświetlało niewyraźne, odległe światło, dobiegające z niewidocznego źródła po prawej stronie, a jego część przedostawała się zza krawędzi serwantki pod drzwiami.
Rozkoszował się tą odrobiną, którą zobaczył, i przepełnił go strumień optymizmu. Ta nienawistna suka zabarykadowała się w tym pokoju, co oznaczało, że się go bała. Ona się go bała. Pomimo że wiedziała, jak powracać z grobu, bała się umrzeć. A może wiedziała, albo czuła, że po tym wszystkim nie będzie już mogła wrócić miedzy żywych. Miał zamiar być piekielnie dokładny, kiedy będzie usuwał jej ciało, daleko dokładniejszy niż wtedy, gdy usuwał tamte kobiety, których ciała zamieszkiwała. Wytnie jej serce. Przebije je drewnianym kołkiem. Odetnie jej głowę. Napcha jej usta czosnkiem. Miał również zamiar zabrać ze sobą głowę i serce, kiedy będzie wychodził z tego domu. Pogrzebie te dwa przerażające trofea w oddzielnych, tajemnych grobach w poświęconej ziemi dwóch różnych cmentarzy i z dala od miejsca, w którym może być pochowane samo ciało. Najwyraźniej wiedziała, że tym razem planował nadzwyczajne środki ostrożności, bo opierała mu się z pasją i stanowczością, jakich dotychczas nigdy nie wykazywała.