Po drugiej stronie drzwi panował spokój.
Śpi?
Nie, stwierdził. Za bardzo się boi, żeby spać. Prawdopodobnie siedzi na łóżku z pistoletem w ręku.
Wyobraził ją sobie, jak się chowa niczym mysz przed grasującym kotem, i poczuł się silny, potężny jak żywioł natury. Wrzała w nim śmiertelna nienawiść. Pragnął, żeby ona trzęsła się i wiła ze strachu tak jak on przed nią przez tyle lat. Owładnęła nim przemożna żądza krzyku; chciał wywrzaskiwać jej imię – Katarzyna, Katarzyna – i obrzucać ją obelgami. Opanował się z wysiłkiem, który wycisnął mu pot na czole i łzy w oczach. Wyprostował się i stał cicho w ciemnościach, zastanawiając się, jakie ma możliwości. Mógł rzucić się całym ciałem na drzwi, wyłamać je i odsunąć przeszkodę z drogi, ale to z pewnością byłoby samobójstwo. Nie przedostanie się przez te umocnienia dostatecznie szybko, żeby ją zaskoczyć. Będzie miała mnóstwo czasu, żeby wycelować broń i wpakować w niego z tuzin kul. Jedyną rzecz, jaką mógł zrobić, to czekać, aż ona wyjdzie. Jeśli zostanie na korytarzu i przez całą noc nie zrobi żadnego dźwięku, to niczym nie zakłócone godziny mogą osłabić jej czujność. Rano pomyśli sobie, że jest bezpieczna i że on już nie wróci. Wyjdzie stąd i zanim zdoła się zorientować, co się dzieje, on ją pochwyci i zapakuje z powrotem do łóżka.
Frye zrobił dwa kroki w poprzek korytarza i usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę.
Po paru chwilach zaczął słyszeć dźwięki szeleszczące w mroku, miękki odgłos tupotania.
To wyobraźnia, stwierdził w duchu. To ten znajomy lęk.
Ale potem poczuł, że coś mu pełznie po nodze, pod spodniami.
Tego tu nie ma, zapewniał sam siebie.
Coś wślizgnęło mu się pod rękaw i wpełzło na rękę, coś okropnego, choć nieokreślonego. I coś wbiegło mu po ramieniu i karku na twarz, coś małego i natrętnego. Wchodziło mu do ust. Zacisnął wargi. Wchodziło do oczu. Zacisnął powieki. Wchodziło do nosa, a on zajadle pocierał twarz, ale nie mógł tego znaleźć, nie mógł tego strząsnąć. Nie!
Zapalił latarkę. Był jedyną żywą istotą w tym korytarzu. Nic mu się nie poruszało pod spodniami, nic pod rękawami. Niczego nie miał na twarzy.
Przeszedł go dreszcz.
Zostawił zapaloną latarkę.
W czwartek o dziewiątej rano Hilary obudził telefon. W pokoju gościnnym był dodatkowy aparat. Przełącznik dzwonka został przypadkowo włączony na maksymalną głośność, prawdopodobnie przez kogoś z jej agencji wykonującej usługi porządkowe. Przenikliwy sygnał wdarł się do snu Hilary i sprawił, że zerwała się z łóżka.
Dzwonił Wally Topelis. Podczas śniadania przeczytał w porannej gazecie doniesienie o napadzie i usiłowaniu gwałtu. Był wstrząśnięty i zaniepokojony.
Zanim opowiedziała cokolwiek więcej niż napisano w gazecie, kazała sobie przeczytać artykuł. Odczuła ulgę, usłyszawszy, że to tylko małe zdjęcie i parę cali w kolumnie na szóstej stronie, oparte całkowicie na skąpych informacjach, jakie wspólnie z detektywem Clemenzą podała ostatniej nocy dziennikarzom. Nie było wzmianki ani o Frye’u, ani też o tym, że detektyw Frank Howard zarzucał jej kłamstwo. Przedstawiciele prasy przyszli i poszli z doskonałym wyczuciem czasu, tylko że przeoczyli jeden soczysty aspekt, który przybliżyłby całą sprawę przynajmniej o kilka szpalt do pierwszej strony.
Wally był oburzony, kiedy mu o wszystkim opowiedziała.
– Co za durny gliniarz! Gdyby tylko raczył się wysilić i sprawdził, jakiego pokroju jesteś osobą, wiedziałby, że nie mogłaś zmyślić takiej historii. Słuchaj, mała, ja się tym zajmę. Nie martw się. Coś zrobię w twojej sprawie.
– A co?
– Zadzwonię do paru ludzi.
– Do kogo?
– Może tak do szefa policji na sam początek?
– O pewnie.
– Ej, on jest mi coś winien – powiedział Wally. – Kto przez ostatnie pięć lat organizował coroczne pokazy na rzecz policji? Kto zmusił kilka największych gwiazd Hollywoodu, żeby w nich występowały za darmo? Kto zmuszał piosenkarzy, komików, aktorów i magików do darmowych występów dla wspomożenia funduszy policyjnych?
– Ty?
– No właśnie ja.
– Ale co on może zrobić?
– Może wszcząć ponowne śledztwo.
– Kiedy jeden z detektywów przysięga, że to było kłamstwo?
– Ten detektyw ma coś z głową.
– Mam przeczucie, że ten Frank Howard może mieć bardzo dobrą opinię – powiedziała.
– Jeśli tak jest, to sposób, w jaki oceniają swoich ludzi, to kompromitacja. Ich wymagania są albo bardzo małe, albo zupełnie popieprzone.
– Musiałbyś się nieźle nagimnastykować, żeby przekonać o tym szefa policji.
– Potrafię być bardzo przekonujący, kotku.
– Ale jeśli nawet jest ci winien przysługę, to jak może ponownie wszcząć śledztwo bez nowych dowodów? Może być szefem, ale musi również przestrzegać zasad.
– Dlaczego? Może na przykład porozmawiać z tym szeryfem z Napa.
– I szeryf Laurensky sprzeda mu tę samą historyjkę, co ostatniej nocy. Powie, że Frye był w domu i piekł ciastka albo coś w tym stylu.
– To będzie wtedy znaczyło, że ten szeryf to niekompetentny idiota, który uwierzył na słowo komuś z domowej służby Frye’a. Albo że kłamie. Albo że nawet jest w zmowie z tym Frye’em.
– Jeśli podsuniesz szefowi tę teorię – powiedziała – to uzna, że powinno się nas oboje przebadać, czy nie mamy schizofrenii paranoidalnej.
– Jeśli nie wymuszę na glinach jakiegoś działania – powiedział Wally – to wynajmę jakiś dobry prywatny zespół.
– Prywatnych detektywów?
– Znam jedną agencję. Są świetni. Znacznie lepsi od większości gliniarzy. Wezmą się za życie Frye’a od podszewki i dotrą do wszystkich jego tajemnic. Wynajdą takie dowody, że śledztwo zostanie wszczęte na nowo.
– Czy to nie kosztuje za dużo?
– Podzielę się z tobą kosztami – powiedział.
– Ależ nie.
– Ależ tak.
– Jesteś strasznie hojny, ale…
– Nie jestem wcale hojny. Jesteś, kotku, niezwykle cenną inwestycją. Posiadam pewien procent ciebie, więc cała zapłata dla prywatnych detektywów to zwykłe ubezpieczenie. Ja tylko chronię swoje interesy.
– To głupie gadanie i ty o tym wiesz – powiedziała. – Jesteś hojny, Wally. Ale na razie nikogo nie wynajmuj. Ten drugi detektyw, o którym ci opowiadałam, porucznik Clemenza, powiedział, że wpadnie późnym popołudniem, żeby sprawdzić, czy sobie czegoś nie przypomniałam. On mi chyba wierzy, ale jest w trudnej sytuacji, bo Laurensky stworzył wielką lukę w moich zeznaniach. Myślę, że Clemenza wykorzysta każdy powód, żeby ponownie wszcząć śledztwo. Poczekajmy, dopóki się z nim nie zobaczę. Jeśli wówczas sytuacja będzie niejasna, wynajmiemy twoich detektywów.
– No… dobra – zgodził się niechętnie Wally. – Ale równocześnie powiem im, żeby ci przysłali jakiegoś człowieka do ochrony.
– Wally, ja nie potrzebuję strażnika.
– Tylko tak gadaj.
– Ostatniej nocy byłam doskonale bezpieczna i…
– Słuchaj, mała, przyślę kogoś. Tak ma być. Nie będziesz mi się tu kłóciła z wujkiem Wally. Jeśli nie wpuścisz go do środka, to stanie po prostu przy twoich drzwiach jak strażnik pałacowy.