Выбрать главу

– Ale naprawdę…

– Prędzej czy później – tłumaczył łagodnie Wally – będziesz zmuszona pojąć, że sama nie przejdziesz przez życie, zdana całkowicie na siebie. Nikt tak nie robi. Nikt, mała. Co jakiś czas trzeba przyjmować czyjąś pomoc. Powinnaś była zadzwonić do mnie zeszłej nocy.

– Nie chciałam ci przeszkadzać.

– Na miłość boską, nie przeszkodziłabyś mi! Jestem twoim przyjacielem. W sumie przeszkodziłaś mi znacznie bardziej tym, że mi nie przeszkodziłaś tej nocy. Mała, to świetnie być tak silnym, niezależnym i samowystarczalnym. Ale jeśli takie izolowanie siebie trwa zbyt długo, to jest to policzek wymierzony każdemu, kto się o ciebie troszczy. No, wpuścisz strażnika, kiedy się pojawi?

– No dobrze – westchnęła.

– Świetnie. Będzie tu za godzinę. I zadzwonisz do mnie, gdy tylko porozmawiasz z Clemenza?

– Zadzwonię.

– Obiecujesz?

– Obiecuje.

– Spałaś w nocy?

– O dziwo tak.

– Jeśli się nie wyspałaś – powiedział – to zdrzemnij się po południu.

Hilary roześmiała się.

– Byłbyś cudowną żydowską matką.

– Może ci przyniosę wieczorem duży garnek rosołu. Do widzenia, kochanie.

– Do widzenia, Wally. Dziękuję za telefon.

Kiedy odłożyła słuchawkę, spojrzała na szyfonierkę stojącą pod drzwiami. Po tej spokojnej nocy cała barykada wyglądała idiotycznie. Wally miał rację: najlepiej można było sobie z tym poradzić, wynajmując strażników na całą dobę i potem zlecić najlepszemu zespołowi prywatnych detektywów śledzenie Frye’a. Jej pierwotny plan samodzielnego uporania się z tą sprawą był niedorzeczny. Nie mogła zabić okien deskami i zabawiać się z Frye’em w bitwę pod Alamo.

Wstała z łóżka, nałożyła jedwabny szlafrok i podeszła do szyfonierki. Wyjęła szuflady i odłożyła je na bok. Kiedy wysoka szafa była wystarczająco lekka, by móc ją przesunąć, odciągnęła ją z powrotem od drzwi do wgłębienia w dywanie, które pozostało po niej w miejscu, w którym stała do ostatniej nocy. Włożyła szuflady na miejsce.

Podeszła do nocnej szafki, podniosła nóż i uśmiechnęła się ponuro, kiedy uświadomiła sobie własną naiwność. Walka wręcz z Bruno Frye’em? Pojedynek na noże z maniakiem? Jak mogła myśleć, że ma jakieś szansę w tak nierównej walce? Frye był wiele razy od niej silniejszy. Miała szczęście ostatniej nocy, że dzięki pistoletowi udało się jej zdobyć nad nim przewagę. Ale gdyby próbowała uprawiać z nim szermierkę, pociąłby ją na kawałki.

Chcąc odnieść nóż do kuchni i ubrać się, zanim przyjdzie strażnik, podeszła do drzwi sypialni, przekręciła zamek, otworzyła drzwi, wyszła na korytarz i krzyknęła przeraźliwie, gdy Bruno Frye pochwycił ją i cisnął na ścianę. Z ostrym trzaskiem uderzyła w tynk tyłem głowy i z trudem zapanowała nad falą ciemności, która napłynęła jej do oczu. Frye unieruchomił ją, ścisnąwszy prawą dłonią za gardło, a lewą ręką rozdarł przód jej szlafroka i ściskał jej obnażone piersi, przy czym wpatrywał się w nią pożądliwie, nazywał suką i dziwką.

Musiał słyszeć, jak rozmawiała z Wallym, musiał słyszeć, że policjanci odebrali jej pistolet, ponieważ zupełnie się jej nie bał. Nie wspomniała Wally’emu o nożu i Frye nie spodziewał się go. Wtłoczyła czterocalowe ostrze w jego twardy umięśniony brzuch. Przez kilka sekund zdawał się tego nie zauważać, przesuwał dłonią po jej piersiach, próbował wepchnąć palce do jej pochwy. Przeszył go ból, gdy wyszarpnęła z niego nóż. Oczy mu się rozszerzyły i wydobył z siebie przenikliwy skowyt. Hilary ponownie wbiła w niego ostrze, tym razem przeszywając wysoko jego bok, tuż pod żebrami. Jego twarz stała się nagle tak biała i tłusta jak słonina. Zawył i puścił ją, zatoczył się do tyłu, wpadł na drugą ścianę i zrzucił wiszący na niej obraz na podłogę.

Hilary schwycił raptowny, spazmatyczny dreszcz, kiedy uświadomiła sobie, czego dokonała. Ale nie wypuściła noża i była w pełni gotowa posłużyć się nim znowu, gdyby Frye ją zaatakował.

Mężczyzna spojrzał na siebie ze zdziwieniem. Ostrze zostało zatopione głęboko. Z tego miejsca tryskał wąski strumień krwi, błyskawicznie plamiąc jego sweter i spodnie.

Hilary nie czekała na metamorfozę zdumienia, które malowało się na twarzy Frye’a, w paroksyzm wściekłości. Odwróciła się i wpadła do pokoju gościnnego, zatrzasnęła drzwi i przekręciła zamek. Przez pół minuty nasłuchiwała cichych jęków, przekleństw i niezgrabnych ruchów Frye’a, zastanawiając się, czy zostało mu tyle siły, aby wyłamać drzwi. Wydawało się jej, że słyszy, jak schodzi, zataczając się po schodach, ale nie była pewna. Podbiegła do telefonu. Bezkrwistymi i sparaliżowanymi dłońmi podniosła słuchawkę i wykręciła numer centrali. Poprosiła o połączenie z policją.

* * *

Suka! Ta paskudna suka!

Frye wsunął rękę pod żółty sweter i schwycił się za niżej położoną ranę – nakłucie w brzuchu – bo stamtąd wypływało więcej krwi. Ścisnął brzegi rany najsilniej, jak mógł, próbując zatrzymać uchodzące z niego życie. Poczuł ciepłą krew, która przeciekała przez szwy w rękawiczkach na jego palce.

Nie czuł wielkiego bólu. Tępy płomień w żołądku. Elektryczne mrowienie w lewym boku. Łagodne, miarowe skurcze zsynchronizowane z rytmem serca. Taki był ten ból.

Wiedział jednak, że jest poważnie ranny i że za sekundę będzie gorzej. Był dziecinnie słaby. Jego wielka siła wyciekła z niego nagle i całkowicie.

Trzymając się jedną ręką za brzuch, a drugą ściskając poręcz, zszedł na parter po schodach równie zdradzieckich jak schody w karnawałowym lunaparku, które wydawały się przewracać, wybrzuszać i toczyć. Zanim dotarł na dół, cały był oblany potem.

Gdy wyszedł z domu, zakłuło go w oczy słońce. Jaśniejsze niż kiedykolwiek, monstrualne słońce, które wypełniało niebo i paliło go bezlitośnie. Wydawało mu się, że swym światłem przewierca jego oczy i tworzy małe kółka na powierzchni mózgu.

Zgięty wpół z powodu ran, rzucał przekleństwa i wlókł się chodnikiem w kierunku szarej jak dym furgonetki. Wgramolił się na siedzenie kierowcy, zatrzasnął drzwi, które zdawały się ważyć dziesięć tysięcy funtów.

Pojechał, prowadząc auto jedną ręką, do bulwaru Wilshire, skręcił w prawo, wjechał na Sepulveda, odbił w lewo, szukając po drodze budki telefonicznej, najlepiej gdzieś na uboczu. Odczuwał wszystkie wyboje na drodze jak ciosy w splot słoneczny. Chwilami jadące obok niego samochody zdawały się naprężać, zginać i pęcznieć, jakby były skonstruowane z jakiegoś magicznego, elastycznego materiału i musiał się skoncentrować, żeby je z powrotem wtłoczyć do bardziej znajomych kształtów.

Nadal wyciekała z niego krew, chociaż mocno przyciskał ranę. W żołądku płonął coraz większy ogień. Rytmiczne skurcze zmieniły się w ostre kłucie. Ale ten śmiertelny ból, którego się spodziewał, jeszcze nie nadszedł.

Na Sepulveda pokonał bezkresny dystans, dopóki wreszcie nie znalazł odpowiadającego mu aparatu. Telefon znajdował się w tylnym rogu parkingu supermarketu, w odległości osiemdziesięciu do stu jardów od sklepu.

Zaparkował furgonetkę pod kątem, zasłaniając telefon przed ludźmi w sklepie i motocyklistami jadącymi po Sepulveda. Nie była to budka, tylko jeden z tych aparatów z plastykową osłoną, rzekomo zapewniających doskonałą dźwiękoszczelność, lecz zupełnie nie zdających egzaminu w przypadku hałaśliwego otoczenia, ale ten przynajmniej wydawał się być czynny i dość odosobniony. Za nim wznosił się wysoki mur z cementowych bloków, oddzielający teren supermarketu od obrzeży obszaru zabudowanego domami. Po prawej stronie kilka krzaków i dwie małe palmy osłaniały telefon przed uliczką odchodzącą w bok od Sepulveda. Raczej nikt nie mógł się przyjrzeć Frye’owi na tyle wyraźnie, by stwierdzić, że jest ranny. Nie chciał, by ktokolwiek tu węszył.