Zsunął się z siedzenia na stronę pasażerską i wysiadł drugimi drzwiami. Kiedy spojrzał na gęstą, czerwoną maź cieknącą mu miedzy palcami, wczepionymi w poważniejszą ranę, poczuł zawrót głowy i szybko oderwał od niej wzrok. Musiał zrobić tylko trzy kroki, aby dojść do telefonu, ale każdy z nich wydawał się milą.
Nie mógł sobie przypomnieć numeru swojej telefonicznej karty kredytowej, który przedtem znał jak własną datę urodzenia, więc zamówił rozmowę międzymiastową z Napa.
Telefonistka z centrali dzwoniła tam sześć razy.
– Halo?
– Mam tu zamówioną rozmowę międzymiastową. Bruno Frye do obojętnie kogo. Czy rozmowa może być na pański koszt?
– Proszę łączyć.
Kiedy się wyłączyła, nastąpiło ciche szczęknięcie.
– Jestem ciężko ranny. Chyba… umieram – powiedział Frye do człowieka w Napa.
– O Jezu, nie. Nie!
– Będę musiał… wezwać pogotowie – powiedział Frye. – I wtedy wszyscy… dowiedzą się prawdy.
Rozmawiali przez minutę, obydwaj przerażeni i skonsternowani.
Frye nagle poczuł, że coś się w nim poluźnia. Jakby pęknięcie sprężyny. I rozsadzenie torby z wodą. Wrzasnął z bólu.
Mężczyzna w Napa krzyknął ze współczuciem, jakby odczuwał ten sam ból.
– Muszę… wezwać pogotowie – powiedział Frye.
Odłożył słuchawkę.
Krew spłynęła mu ze spodni na buty i już kapała na chodnik.
Zdjął słuchawkę z zaczepu i odłożył ją na metalową półkę wiszącą obok aparatu. Wybrał dziesięciocentówkę spośród pozostałych drobnych, które położył na tej samej półce, ale jego palce nie pracowały prawidłowo; upuścił ją i w osłupieniu patrzył, jak się toczy po makadanie. Znalazł drugą dziesięciocentówkę. Trzymał ją najmocniej, jak potrafił. Dźwignął monetę, jakby to był ołowiany dysk wielkości opony samochodowej, wrzucił w końcu do odpowiedniego otworu. Próbował wykręcić zero. Nie znalazł w sobie nawet tyle siły, żeby wykonać tak drobne zadanie. Jego napakowane mięśniami ręce, szerokie ramiona, gigantyczna klatka piersiowa, potężny kark, twardy, pofałdowany brzuch i masywne uda go zawiodły.
Nie był w stanie zadzwonić, nie mógł już nawet dłużej utrzymać się na nogach. Upadł, obrócił się raz i wyciągnął się na makadamie z twarzą zwróconą w dół.
Nie był w stanie się ruszyć.
Nic nie widział. Był ślepy.
To był niezwykle ciemny mrok.
Bał się.
Zaklinał się, że powróci od umarłych tak jak Katarzyna. Wrócę i dopadnę ją, pomyślał. Wrócę. Ale zupełnie w to nie wierzył.
Kiedy tam leżał, coraz bardziej majacząc, doznał zadziwiającego przebłysku świadomości. Czy te powroty Katarzyny od umarłych to aby nie była całkowita pomyłka? Czy odbywały się one tylko w jego wyobraźni? Czy po prostu zabijał kobiety, które ją tylko przypominały? Niewinne kobiety? Czy jest szaleńcem?
Nowy wybuch bólu odrzucił wszystkie te myśli i zmusił, by przypomniał sobie o duszącej go ciemności.
Poczuł, że coś na niego wpełza.
Coś wpełzało mu na ręce i nogi.
Coś wpełzało mu na twarz.
Próbował krzyknąć. Nie mógł.
Usłyszał szepty.
Nie!
Dostał rozwolnienia.
Jak wielka, ciemna rzeka zalał go wściekły, świszczący chór spotęgowanych szeptów.
W czwartek rano Tony Clemenza i Frank Howard odszukali Jilly Jenkins, dawną przyjaciółkę Bobby’ego „Angela” Valdeza. Jilly widziała po raz ostatni gwałciciela i mordercę o dziecięcej twarzy w lipcu. W tym właśnie czasie Bobby porzucił pracę w pralni Vee Vee Gee przy Bulwarze Olimpijskim. To było wszystko, co Jilly wiedziała.
Vee Vee Gee mieściła się w dużym, jednopiętrowym budynku wybudowanym na początku lat pięćdziesiątych, kiedy to cała grupa obłąkanych architektów z Los Angeles po raz pierwszy wpadła na pomysł skrzyżowania namiastki hiszpańskich kształtów i form z budownictwem przemysłowym. Tony nigdy nie potrafił zrozumieć, jak nawet najmniej wrażliwy architekt potrafił dostrzec piękno w tak groteskowej krzyżówce. Dach z pomarańczowo – czerwonych cegieł był usiany mnóstwem kominów z ogniotrwałej cegły i skorodowanymi odpowietrznikami, przy czym z jakiejś połowy tych otworów unosiła się para. Okna obramowano ciężkimi belkami, ciemnymi i nieciosanymi, jakby to były casa jakichś wielkich i bogatych terrateniente, ale brzydkie szyby fabrycznych okien poprzetykano drutem. Tam gdzie powinny być werandy, znajdowały się doki załadunkowe. Mury były proste, rogi ostre, cała konstrukcja wyglądała niczym pudło – w odróżnieniu od zgrabnych łuków i zaokrąglonych krawędzi prawdziwych budowli hiszpańskich. Budynek przypominał starzejącą się prostytutkę, która nosi bardziej wyrafinowane stroje, niż to do niej pasuje, rozpaczliwie starając się udawać damę.
– Po co oni to robili? – spytał Tony, zamykając drzwi nieoznakowanego policyjnego sedana.
– Co robili? – spytał Frank.
– Dlaczego wybudowali tyle ohydnych rzeczy? Jaki był w tym sens?
Frank zamrugał.
– Co w tym takiego ohydnego?
– Czy to cię nie męczy?
– To pralnia. Czy pralnie nie są nam potrzebne?
– Czy masz w rodzinie architekta?
– Architekta? Nie – powiedział Frank. – A czemu pytasz?
– Tylko się zastanawiałem.
– Wiesz, czasami to, co mówisz, zupełnie nie trzyma się kupy.
– Już to słyszałem – powiedział Tony.
W biurze znajdującym się od frontu budynku, w którym poprosili o widzenie z właścicielem, Vincentem Garamalkisem, przyjęto ich co najmniej chłodno. Sekretarka była otwarcie wroga. W ciągu czterech lat pralnia Vee Vee Gee zapłaciła cztery kary za zatrudnianie cudzoziemców nie posiadających odpowiednich dokumentów. Sekretarka była przekonana, że Frank i Tony są agentami z Biura Imigracji i Naturalizacji. Złagodniała nieco, kiedy zobaczyła ich legitymacje policyjne, ale nadal odpowiadała półgębkiem, dopóki Tony nie przekonał jej, że ani trochę nie interesują ich narodowości pracowników Vee Vee Gee. W końcu niechętnie przyznała, że pan Garamalkis jest na miejscu. Już miała ich zaprowadzić do niego, kiedy zadzwonił telefon, więc pośpiesznie powiedziała im, którędy mają iść, i poprosiła, by sami znaleźli drogę.
W ogromnym, głównym pomieszczeniu pralni pachniało mydłem, bielidłem i parą. Panowały w nim gorąco, wilgoć i hałas. Przemysłowe pralki łomotały, brzęczały i kląskały. Monotonnie wirowały i terkotały ogromne suszarki. Tony’emu drętwiały zęby od klekotu i gwizdu automatycznych składarek. Większość pracowników – krzepcy mężczyźni rozładowujący wozy z pralni i obsługujący maszyny oraz kobiety pakujące bieliznę przy podwójnym rzędzie długich stołów – rozmawiała między sobą głośno i zapalczywie po hiszpańsku. Kiedy Tony i Frank przeszli z jednego końca pomieszczenia do drugiego, część hałasu ustała, ponieważ pracownicy zamilkli i przyglądali im się podejrzliwie.
Vincent Garamalkis siedział przy zniszczonym biurku na końcu wielkiej sali. Biurko stało na trzystopowej platformie, dzięki której szef mógł obserwować swoich pracowników. Widząc nadchodzących, Garamalkis wstał i podszedł do brzegu platformy. Był niskim, krępym i łysiejącym mężczyzną, o ostrych rysach i łagodnych, piwnych oczach, które nie pasowały do reszty twarzy. Stanął z rękoma wspartymi na pośladkach, jakby się buntował przeciwko obecności Tony’ego i Franka w tym miejscu.
– Policja – powiedział Frank błyskając swoją legitymacją.