Выбрать главу

– Aha – bąknął Garamalkis.

– Nie Biuro Imigracji – zapewnił go Tony.

– Czemu miałbym się bać biura? – spytał zaczepnie Garamalkis.

– Pańska sekretarka się bała – stwierdził Frank.

Garamalkis spojrzał na nich spode łba.

– Ja jestem czysty. Najmuję wyłącznie obywateli USA i zameldowanych cudzoziemców.

– No jasne – zauważył sarkastycznie Frank. – A niedźwiedzie już nie srają w lasach.

– Niech pan posłucha – powiedział Tony – naprawdę nas nie obchodzi, skąd są pańscy pracownicy.

– Więc czego chcecie?

– Chcielibyśmy zadać kilka pytań.

– Na jaki temat?

– Chodzi o tego człowieka – wyjaśnił Frank, podając trzy fotografie twarzy Bobby’ego Valdeza.

Garamalkis spojrzał na zdjęcia.

– A w czym rzecz?

– Czy pan go zna? – spytał Frank.

– A bo co?

– Chcemy go znaleźć.

– Po co?

– Jest zbiegiem.

– A co zrobił?

– Słuchaj pan – wybuchnął Frank, rozzłoszczony zdawkowymi odpowiedziami krępego mężczyzny. – Ode mnie zależy, czy nam pójdzie ze sobą gładko, czy też nie. Możemy to załatwić tutaj albo na komisariacie. Jeśli chcesz się pan bawić w twardziela, to możemy zaprosić do zabawy Biuro Imigracji i Naturalizacji. Zupełnie nas nie obchodzi, czy tu się najmuje jakichś Meksów, ale jeśli pan nie będzie rozmowniejszy, to dopilnujemy, żebyś pan splajtował obojętnie z jakiego powodu. Zrozumiane?

– Panie Garamalkis – powiedział Tony – mój ojciec był imigrantem z Włoch. Przyjechał do tego kraju z właściwymi dokumentami i w końcu dostał obywatelstwo. Ale swego czasu miał kłopoty z agentami ze służby imigracyjnej. To był tylko błąd w ich rejestrach, bałagan w papierach. Ale nawiedzali go ponad pięć tygodni. Dzwonili do niego do pracy i składali w naszym mieszkaniu niespodziewane wizyty o dziwacznych porach. Żądali świadectw i dokumentów, a kiedy papa dostarczył im te rzeczy, powiedzieli, że są fałszywe. Grozili. Mnóstwo razy grozili. Przedstawili mu nawet nakaz deportacji, zanim wszystko zostało wyjaśnione. Musiał wynająć prawnika, na którego nie mógł sobie pozwolić, a moja matka prawie cały czas histeryzowała, dopóki wszystko się skończyło. Jak więc pan widzi, nie kocham zbytnio tego biura. Nie pomógłbym im ani trochę, gdyby pana poszukiwali. Ani trochę, panie Garamalkis.

Krępy mężczyzna patrzył przez chwilę na Tony’ego, potem potrząsnął głową i westchnął.

– Czy oni was nie wkurzają? No bo jak rok czy dwa lata temu, kiedy ci irańscy studenci robili tu w LA grandę, przewracali samochody i próbowali podpalać domy, to czy to cholerne biuro zechciało wykopać ich z kraju? Nie, do cholery! Ich agenci byli zbyt zajęci nękaniem moich pracowników. Ci ludzie, których ja zatrudniam, nie palą domów innych ludzi. Nie przewracają samochodów i nie rzucają kamieniami w policjantów. To dobrzy, ciężko pracujący ludzie. Chcą tylko zarobić na życie. Takie życie, że nie mogą się przenieść na południe od granicy. Wiecie dlaczego ci z Imigracji spędzają cały czas na ich ściganiu? Powiem wam, bo sobie to wykombinowałem. To dlatego, że Meksykanie się nie bronią. Nie są politycznymi ani religijnymi fanatykami, jak ci Irańczycy. Nie są stuknięci ani niebezpieczni. Tym z Imigracji jest o wiele bezpieczniej i łatwiej łazić za tymi ludźmi, bo się spokojnie poddają. Ach, cały ten dziadowski system to hańba.

– Rozumiem, co pan ma na myśli – powiedział Tony. – Więc gdyby pan zechciał się przyjrzeć tym zdjęciom…

Ale Garamalkis nie był jeszcze gotów odpowiadać na ich pytania. Chciał się jeszcze pozbyć paru rzeczy, które mu leżały na sercu. Przerywając Tony’emu powiedział:

– Cztery lata temu miałem po raz pierwszy zapłacić karę. Normalka. Paru moich meksykańskich pracowników nie miało zielonych kart. Paru innych pracowało z kartami, których ważność kończyła się. Kiedy załatwiłem wszystko w sądzie, postanowiłem, że odtąd zawsze będę czysty. Umyśliłem sobie zatrudniać Meksykanów tylko z ważnymi kartami pracy. A gdybym nie mógł takich znaleźć, miałem zatrudniać tylko obywateli USA. I wiecie co? Byłem durny. Tylko dureń mógł pomyśleć, że w ten sposób utrzyma się w interesie. Bo widzicie, większości tych robotników mogę dawać tylko minimalne płace. I nawet wtedy muszę zaciskać pasa. A kłopot w tym, że Amerykanie nie chcą pracować za minimum. Jeśli się jest obywatelem tego kraju, to więcej można dostać z zasiłku, jeśli się nie pracuje, niż zarobić w takiej pracy. A zasiłek jest wolny od podatku. Więc omal nie ześwirowałem w ciągu dwóch miesięcy, jak szukałem pracowników i starałem się, żeby pralnia dotrzymywała terminów. Byłem bliski zawału. Bo widzicie, ja pracuję dla hoteli, moteli, restauracji, zakładów fryzjerskich… a w tych miejscach muszą szybko dostać z powrotem swoje rzeczy i to w umówionym terminie. Gdybym znowu nie zaczął najmować Meksykanów, straciłbym ten interes.

Frank nie chciał dłużej tego wysłuchiwać. Już miał coś ostro powiedzieć, ale Tony położył mu rękę na ramieniu i ścisnął je delikatnie, nakłaniając go do cierpliwości.

– Słuchajcie – ciągnął Garamalkis – potrafię zrozumieć, że tym nielegalnym cudzoziemcom nie daje się zasiłku, darmowej opieki lekarskiej i tego typu rzeczy. Ale nie widzę sensu w ich deportowaniu, kiedy wykonują prace, do których nikt inny się nie pali. Idiotyzm. Normalne chamstwo. – Westchnął znowu, spojrzał na fotografie Bobby’ego Valdeza, które trzymał w ręku, i dodał: – Tak, znam tego faceta.

– Słyszeliśmy, że tu kiedyś pracował.

– Zgadza się.

– Kiedy?

– Na początku lata, jak mi się zdaje. W maju i trochę w czerwcu.

– To wtedy, gdy zwiał swojemu kuratorowi – powiedział Frank do Tony’ego.

– Nic mi o tym nie wiadomo – wtrącił Garamalkis.

– Jak się przedstawiał? – spytał Tony.

– Juan.

– A nazwisko?

– Nie pamiętam. Był tu jakieś sześć tygodni. Ale mam go jeszcze w kartotece.

Garamalkis zszedł z platformy i poprowadził ich z powrotem przez wielką salę, wśród pary wodnej, zapachu detergentów i podejrzliwych spojrzeń pracowników. W biurze od frontu poprosił sekretarkę o sprawdzenie kartoteki. Wystarczyła jej jedna minuta, aby znaleźć odpowiednią kartę wypłat i wówczas okazało się, że Bobby używał nazwiska Juan Mazquezza i że podał adres przy Alei La Brea.

– Czy naprawdę tam mieszkał?

Garamalkis wzruszył ramionami.

– Nie wykonywał aż tak ważnej pracy, żeby go tak gruntownie sprawdzać.

– Czy powiedział, że się zwalnia?

– Nie.

– Czy mówił, dokąd idzie?

– Nie jestem jego matką.

– Chodzi mi o to, czy wspominał coś o innej pracy.

– Nie. Po prostu się urwał.

– Gdybyśmy nie znaleźli Mazquezzy pod tym adresem – powiedział Tony – to chcielibyśmy tu wrócić i porozmawiać z pańskimi pracownikami. Może któryś z nich znał go lepiej. Może ma tu jeszcze jakichś znajomych.

– Możecie tu wrócić, jeśli chcecie – powiedział Garamalkis. – Ale trudno wam będzie się porozumieć z moimi ludźmi.

– Dlaczego?

Uśmiechnął się szeroko:

– Wielu z nich nie mówi po angielsku.

Tony odwzajemnił uśmiech i powiedział:

– Yo leo, escribo y hablo espanol.

– No tak – powiedział Garamalkis, na którym wywarło to wrażenie.

Sekretarka zrobiła dla nich kopię karty wypłat i Tony podziękował Garamalkisowi za pomoc.

W samochodzie, po włączeniu się do ruchu ulicznego i kierując się w stronę Alei La Brea, Frank mruknął:

– Muszę ci to przyznać.

– Co takiego? – zapytał Tony.

– Ja bym go nie potrafił przerobić tak szybko.

Tony był zaskoczony tym komplementem. Po raz pierwszy od ich trzymiesięcznej wspólnej pracy Frank przyznał, że metody jego partnera są skuteczne.