Выбрать главу

– Żałuję, że nie mam choć trochę twojego stylu – dodał Frank. – Chociaż nie w całości, rozumiesz. Nadal uważam, że moje sposoby są na ogół lepsze. Ale co jakiś czas napotykamy kogoś, kto przede mną nie otworzyłby gęby przez milion lat, a przed tobą wylewa, co ma na żołądku, po minucie. Tak, żałuję, że choć trochę nie stać mnie na takie czułe słówka, tak jak ty to umiesz.

– Ty też to potrafisz.

– Ja? Skądże. W żadnym wypadku.

– Ale jasne, że potrafisz.

– Ty masz podejście do ludzi – powiedział Frank. – Ja nie.

– Możesz się tego nauczyć.

– Dobrze jest, jak jest. Pracujemy tym klasycznym systemem: „gliniarz – świnia i gliniarz – anioł”, chyba że przestajemy się bawić. W naszym przypadku jakoś to chyba samo wychodzi.

– Nie jesteś typem świni.

Frank nie zareagował na to. Kiedy przystanęli na czerwonym świetle, powiedział:

– Chcę jeszcze powiedzieć coś, co ci się pewnie nie spodoba.

– Sprawdź – odpowiedział Tony.

– Chodzi o tę kobietę z ostatniej nocy.

– Hilary Thomas?

– Tak. Podobała ci się, co?

– Cóż… pewnie. Wydawała się dość sympatyczna.

– Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że ci się podobała. Byłeś na nią napalony.

– O nie. Była ładna, ale ja nie…

– Nie udawaj niewiniątka. Widziałem, jak na nią patrzyłeś.

Nastąpiła zmiana świateł.

Przejechali kawałek drogi w milczeniu.

Wreszcie Tony powiedział:

– Masz rację. Normalnie nie palę się i nie wariuję za każdą dziewczyną, którą spotkam. Wiesz o tym.

– Czasami myślę, że jesteś eunuchem.

– Hilary Thomas jest inna. I to nie chodzi o jej wygląd. Jest bombowa, ale to nie wszystko. Podoba mi się sposób, w jaki się porusza, w jaki się zachowuje. Lubię słuchać, jak mówi. To nie chodzi tylko o brzmienie głosu. To coś więcej. Lubię sposób, w jaki się wyraża. Podoba mi się, jak myśli.

– Mnie się podoba jej wygląd – wyjaśnił Frank – ale sposób, w jaki myśli, zupełnie mnie nie bierze.

– Ona nie kłamała – dodał Tony.

– Słyszałeś, że szeryf…

– Wszystkie wydarzenia mogły jej się poplątać, ale nie wyssała całej tej historii z palca. Prawdopodobnie widziała kogoś, kto przypominał Frye’a i…

– I tu mam do powiedzenia coś, czego byś pewnie nie chciał usłyszeć – przerwał mu Frank.

– Słucham.

– Nieważne, jak na ciebie podziałała, nie ma jednak wytłumaczenia na to, jak zachowałeś się zeszłej nocy.

Tony spojrzał na niego zmieszany.

– O co ci chodzi?

– Powinieneś wspierać partnera w takich sytuacjach.

– Nie rozumiem.

Twarz Franka poczerwieniała. Nie patrzył na Tony’ego. Nie odrywając wzroku od ulicy, powiedział:

– Kilka razy, kiedy ją wczoraj przesłuchiwałem, brałeś jej stronę przeciwko mnie.

– Frank, ja nie miałem zamiaru…

– Wiedziałem, jak ją trzeba przesłuchiwać, a ty mnie próbowałeś przed tym powstrzymać.

– Uważałem, że jesteś dla niej za ostry.

– No to, kurczę, trzeba było ostrożniej wyrazić swoje zdanie. Oczyma. Zrobić jakiś znak, trącić mnie. Tak zawsze postępujesz. A przy niej szarżowałeś jak jakiś rycerz bez skazy.

– Miała za sobą bardzo ciężkie przejścia i…

– Gówno – powiedział Frank. – Nie miała żadnych przejść. Ona to wszystko zmyśliła.

– Nadal się z tobą nie zgadzam.

– Bo myślisz jajami, a nie głową.

– Frank, to nieprawda. I to, co mówisz, jest nieuczciwe.

– Skoro uważałeś, że jestem taki chamski, to czemu mnie nie wziąłeś na bok i nie zapytałeś, o co mi chodzi?

– Przecież pytałem, na miłość boską! – powiedział Tony, złoszcząc się wbrew samemu sobie. – Pytałem cię o to po telefonie z komendy, kiedy ona dalej rozmawiała z dziennikarzami. Chciałem wiedzieć, czego się dowiedziałeś, ale ty mi nie chciałeś powiedzieć.

– Myślałem, że nie posłuchasz. Wtedy już bujałeś głową w obłokach, jak jakiś zadurzony nastolatek.

– To bzdura i ty o tym wiesz. Jestem tak samo dobrym gliną jak ty. Nie pozwalam, żeby osobiste uczucia wpieprzały mi się do roboty. I wiesz co? Myślę, że w twoim przypadku tak właśnie jest.

– Co?

– Myślę, że czasami dopuszczasz, żeby osobiste uczucia wpieprzały ci się w robotę – stwierdził Tony.

– O czym ty do cholery mówisz?

– Masz zwyczaj ukrywania przede mną informacji, jeśli się dowiesz o czymś ważnym – powiedział Tony. – I myślę teraz, że tak robisz… że robisz to wtedy, gdy idzie o jakąś kobietę, kiedy masz jakąś informację, którą możesz wykorzystać, żeby ją zranić, żeby ją załamać i zmusić do płaczu. Ukrywasz to przede mną, a potem to wywalasz z zaskoczenia w możliwie jak najobrzydliwszy sposób.

– Zawsze mówię, o co mi chodzi.

– Ale zwykle jest jakiś łagodniejszy i prostszy sposób, w jaki to można zrobić.

– Domyślam się, że chodzi o twój sposób.

– Zaledwie dwie minuty temu przyznałeś, że moje metody są skuteczne.

Frank milczał. Patrzył groźnie na jadące przed nimi samochody.

– Wiesz, Frank, cokolwiek ci żona zrobiła przez to, że się z tobą rozwiodła, niezależnie od tego, jak cię skrzywdziła, nie ma powodu, by czuć nienawiść do wszystkich kobiet, które spotykasz.

– Tak nie jest.

– Może nieświadomie. Ale podświadomie…

– Tylko bez tych freudowskich gówien.

– No już dobrze – odpowiedział Tony. – Ale ja się zrewanżuję oskarżeniem za oskarżenie. Twierdzisz, że zachowałem się nieprofesjonalnie zeszłej nocy. A ja mówię, że to ty zachowałeś się nieprofesjonalnie. Remis.

Frank skręcił w Aleję La Brea.

Zatrzymali się na światłach.

Światła zmieniły się i posuwali się wolno przez gęstniejący ruch uliczny.

Przez parę minut żaden z nich się nie odzywał.

Potem Tony powiedział:

– Ale jakich byś nie miał słabości i wad, jesteś cholernie dobrym gliną.

Frank spojrzał na niego zaskoczony.

– Naprawdę tak uważam – ciągnął Tony. – Są między nami tarcia. Często głaszczemy się pod włos. Może nie będziemy w stanie ze sobą pracować. Może będziemy musieli zażądać nowych partnerów. Ale to są spory osobowościowe. Pomimo to, że jesteś szorstki dla ludzi trzy razy bardziej, niż musisz, swoją robotę wykonujesz świetnie.

Frank chrząknął.

– I ty… też.

– Dziękuję.

– Tylko, że czasami jesteś… cukierkowaty.

– A ty czasami potrafisz być niezłym sukinsynem.

– Czy chcesz prosić o nowego partnera?

– Jeszcze nie wiem.

– Ja też nie.

– Ale jeśli nie zacznie nam się wspólnie układać, to lepiej tego dłużej nie ciągnąć, bo to niebezpieczne. Partnerzy, którzy dopuszczają do wzajemnych napięć, mogą nie być dla siebie ochroną, gdy im grozi niebezpieczeństwo.

– Wiem – powiedział Frank – wiem to. Świat jest pełen bandytów, ćpunów i uzbrojonych fanatyków. Trzeba pracować z partnerem tak, jakby był dodatkową częścią własnego ciała, jakby był trzecią ręką. Jeśli się tak nie robi, to łatwiej cię mogą rozpieprzyć.

– No to chyba musimy poważnie pomyśleć, czy jesteśmy dla siebie odpowiedni.

– Ano tak – zgodził się Frank.

Tony zaczął patrzeć na numery domów, które właśnie mijali.

– To powinno być gdzieś tutaj.

– To pewnie ten dom – powiedział Frank wskazując ręką.

Adres podany na karcie Juana Mazquezzy z Vee Vee Gee należał do kompleksu szesnastu apartamentów z ogródkami w obrębie placu zajmowanego głównie przez zakłady usługowe: stacje benzynowe, mały motel, sklep z oponami, sklep spożywczy czynny całą noc. Z oddali apartamenty wyglądały na nowe i dość drogie, ale przyjrzawszy się im bliżej Tony dostrzegł oznaki rozpadu i zaniedbania. Zewnętrznym ścianom potrzebne były nowe tynki – były mocno obłupane i popękane. Drewniane stopnie, balustrady i drzwi również prosiły się o pomalowanie. Tabliczka na słupie przy wejściu głosiła, że są to „Apartamenty Las Palmeras”. Uderzył w nią kiedyś samochód, ale nie wymieniono jej, mimo że była mocno sfatygowana. Las Palmeras wyglądało nieźle z odległości, ponieważ było otoczone zielenią, która maskowała defekty i zmiękczała obłupane krawędzie. Ale nawet ten krajobraz, gdy mu się bliżej przyjrzeć, zdradzał podniszczony stan Las Palmeras: krzewów od dawna nie przycinano, drzewa były nierówne i wymagały pielęgnacji.