Выбрать главу

Wygląd Las Palmeras dawało się opisać dwoma słowami: okres przejściowy. Taką ocenę wspierały nieliczne pojazdy stojące na tamtejszym parkingu. Były wśród nich dwa nowe samochody średnio drogie, o które chyba pieczołowicie dbano, ponieważ błyszczały od świeżego wosku. Niewątpliwie należały do młodych, zaradnych ludzi i były oznakami ich osiągnięć. Na przebitej oponie spoczywał stary, pokiereszowany i zardzewiały ford, nie używany i nie dający się zapewne uruchomić. Obok forda stał ośmioletni mercedes, umyty i nawoskowany, ale nieco podniszczony: tylny zderzak miał zardzewiałe wgłębienie. W lepszych czasach jego posiadacza stać było na kupno wozu za dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, a teraz wyraźnie nie mógł sobie poradzić z dwustudolarowym rachunkiem za naprawę wozu. Las Palmeras było miejscem dla ludzi znajdujących się w okresie przejściowym. Dla niektórych był to przystanek w trakcie wspinaczki do świetlanej i kuszącej kariery. Dla innych był to przypadkowy punkt na klifie, ostatni godny szacunku zaczep przed smutnym i nieuchronnym upadkiem w całkowitą ruinę.

Kiedy Frank zaparkował przy apartamencie zarządcy, Tony uświadomił sobie, że Las Palmeras jest metaforą LA. Miasto Aniołów było krainą chyba największych możliwości, jakie kiedykolwiek poznał świat. Przepływały tędy niewiarygodne ilości pieniędzy i istniały tu tysiące sposobów na zdobycie pokaźnego konta. LA fabrykowało wystarczająco wiele opowieści o sukcesie, aby codziennie zapełniać nimi gazety. Ale prawdziwie zadziwiający dostatek wytwarzał również rozmaite narzędzia samozniszczenia i sprawiał, że były one ogólnie dostępne. Można tu było znaleźć i kupić jaki się tylko chciało narkotyk o wiele łatwiej i szybciej niż w Bostonie, Nowym Jorku, Chicago czy Detroit. Trawa, haszysz, heroina, kokaina, środki pobudzające i depresjogenne, LSD, PCP… To miasto było supermarketem dla narkomanów. Również i seks był tańszy. W LA szybciej niż w reszcie kraju uległy rozpadowi wiktoriańskie zasady i wrażliwość, częściowo dzięki temu, że tu znajdowało się centrum muzyki rockowej, a seks był integralną częścią tego świata. Ale były też inne, nadzwyczaj ważne czynniki, które wpływały na specyficzny charakter kalifornijskiego libido. Miał z tym coś wspólnego klimat; ciepłe, suche dni, subtropikalne słońce i przemienne wiatry – pustynne i morskie – o silnym oddziaływaniu erotycznym. Na większości mieszkańców wycisnął swoje piętno latynoski temperament meksykańskich imigrantów. Ale być może właśnie w Kalifornii człowiek czuł, że znalazł się na skraju zachodniego świata, na obrzeżu czegoś nieznanego, tuż nad otchłanią tajemnicy. Rzadko bywała to świadomość przebywania na granicy kulturowej, ale podświadomość zawsze pławiła się w tej wiedzy, w tym radosnym i czasem przerażającym uczuciu. Wszystkie te elementy łączyły się jakoś ze sobą, aby przełamywać kompleksy i wywoływać wrzenie w gonadach. To było pozbawione poczucia winy, jak najbardziej zdrowe pojmowanie seksu. Ale szczególna atmosfera LA, gdzie bez najmniejszej trudności potrafiono folgować nawet najdziwaczniejszym upodobaniom zmysłowym, sprawiała, że niektórzy mężczyźni (i kobiety) uzależniali się od seksu jak od heroiny. Tony widywał takie przypadki. Bywali tacy ludzie, pewne typy osobowościowe, którzy decydowali się wszystko odrzucić – pieniądze, szacunek do samego siebie, reputację – na rzecz bezustannego udziału w zmysłowych uściskach i krótkich, wilgotnych uniesieniach erotycznych. A w razie, gdy nie udało się znaleźć własnego poniżenia i ruiny w seksie i narkotykach, LA serwowało także szwedzki półmisek pełen obłąkańczych systemów religijnych i ukierunkowanych na przemoc radykalnych ruchów politycznych. No i naturalnie pozostawało jeszcze Las Vegas, oddalone zaledwie o jedną godzinę lotu tanimi, regularnie kursującymi samolotami, darmowymi, jeśli się miało kwalifikacje na dobrze prosperującego handlarza narkotyków. Wszystkie te narzędzia samozniszczenia były możliwe dzięki faktycznie niezgłębionemu dostatkowi. Za sprawą swego bogactwa i radosnego świętowania wolności LA oferowało zarówno złote jabłko, jak i zatrutą gruszkę: pozytywne i negatywne stany przejściowe. Niektórzy ludzie zatrzymywali się po drodze na szczyt w takich miejscach jak apartamenty Las Palmeras, chwytali jabłko, przenosili się do Bel Air, Beverly Hills, Malibu albo Westwood i odtąd żyli tam szczęśliwie. Inni kosztowali skażonego owocu i po drodze w dół robili sobie przystanek w Las Palmeras, nie zawsze pewni, jak albo dlaczego tam się zaplątali.

W rzeczy samej kobieta, która zarządzała, kompleksem apartamentów, chyba niezbyt zdawała sobie sprawę, jak wzory stanu przejściowego wpłynęły na jej obecną sytuację. Nazywała się Lana Haverby. Była czterdziestoletnią, mocno opaloną blondynką, ubraną w szorty i bluzkę bez pleców. Miała dobre mniemanie o swej seksualnej atrakcyjności. Chodziła, siadała i stawała, jakby pozując do zdjęcia. Nogi miała niezłe, ale reszcie było daleko do doskonałości. Była grubsza w pasie, niż zdawała się o tym wiedzieć, a skąpy kostium niezbyt pasował do jej tłustych bioder i pośladków. Miała piersi tak wielkie, że były bardziej dziwaczne niż atrakcyjne. Opięta bluzka ukazywała kanion przedziału między nimi i podkreślała wielkie, obrzmiałe sutki, samym piersiom nie nadawała jednak należnego kształtu, ani ich nie podnosiła, a to im było rozpaczliwie potrzebne. Kiedy nie zmieniała albo nie poprawiała swojej pozycji, kiedy nie próbowała ocenić, jaki jej ciało ma wpływ na Franka i Tony’ego, widać w niej było zagubienie i roztargnienie. Jej wzrok nie zawsze był skupiony. Lubiła wypowiadać zdania, którym brakowało zakończenia. Kilkakrotnie rozejrzała się ze zdziwieniem po swym małym, ciemnym salonie i zniszczonych meblach, jakby nie miała zielonego pojęcia, jakim cudem trafiła do tego miejsca albo od jak dawna tu jest. Przekrzywiała głowę, niby nasłuchując jakichś szeptów, znajdujących się tuż poza jej zasięgiem, które próbowały jej wszystko wyjaśnić.

Usiedli. Lana Haverby na krześle, oni na sofie. Spojrzała na zdjęcia Bobby’ego Valdeza.

– Tak – stwierdziła. – To był kochany chłopak.

– Czy on tu mieszka? – spytał Frank.

– Mieszkał… tak. Chyba… pod dziewiątką. Ale już go nie ma.

– Wyprowadził się?

– Tak.

– Kiedy to było?

– Jakoś tak tego lata. To chyba był…

– Co był? – spytał Tony.

– Pierwszy sierpnia – powiedziała.

Ponownie skrzyżowała nagie nogi, wygięła ramiona nieco mocniej, aby dźwignąć piersi jak najwyżej.

– Jak długo tu mieszkał? – spytał Frank.

– Zdaje mi się, że trzy miesiące – odpowiedziała.

– Mieszkał sam?

– To znaczy, czy była z nim jakaś babka?

– Dziewczyna, facet, ktokolwiek – powiedział Frank.

– Tylko on – odpowiedziała Lana. – On, wiecie, był kochany.

– Czy zostawił swój następny adres?

– Nie. A szkoda.

– Dlaczego? Czy zalegał z komornym?