Pomyłka?
Najprawdopodobniej.
Ale dlaczego ten ktoś tego nie powiedział.
Niektórzy ludzie po prostu nie potrafią się zachować, tłumaczyła sobie. Są źle wychowani.
A jeśli to nie pomyłka. A jeśli to… coś innego.
Przestań szukać chochlików w każdym cieniu – skarciła się ze złością. Frye nie żyje. To było potworne, ale już się skończyło i kropka. Zasługujesz na odpoczynek: parę dni na uspokojenie nerwów i pozbieranie myśli. Ale potem musisz przestać oglądać się przez ramię i zająć się swoim życiem. Inaczej skończysz w domu bez klamek.
Skuliła się znowu w fotelu, ale poczuła chłód, od którego dostała gęsiej skórki na ramionach. Podeszła do szafy i wyciągnęła błękitnozielony szal zrobiony na drutach, wróciła do fotela i otuliła nogi kocem.
Wypiła łyk dry sacka.
Zaczęła ponownie czytać Clavella.
Po jakimś czasie zapomniała o telefonie.
Podpisawszy się na koniec dnia pracy, Tony wrócił do domu, umył twarz i zmienił garnitur na jeansy i koszulę w niebieską kratę. Założył cienką, brązową marynarkę i przeszedł pieszo dwie przecznice do „Bolt Hole”.
Frank już tam był, czekał w loży na tyłach sali, nadal ubrany w garnitur i krawat, popijając whisky.
„Bolt Hole” – albo w skrócie „Hole”, jak go nazywali stali bywalcy – był zwykłym, dzielnicowym barem, czyli dziwnym i wymierającym zjawiskiem. W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci amerykański przemysł knajpiany, a przynajmniej jego wycinek w miastach i na przedmieściach, reagując na stale się dokonujące rozłamy i podziały w kulturze, pogrążył się w szale specjalizacji. Jednak „Hole” z powodzeniem nie poddawał się tym tendencjom. Nie był to bar dla homoseksualistów. Nie był to bar dla samotnych albo dla aktywnych życiowo. Nie był to bar, któremu mieli patronować głównie rowerzyści, kierowcy ciężarówek, policjanci po służbie albo księgowi; tu klientelę stanowiła mieszanka reprezentatywna dla całego społeczeństwa. Nie był to bar toplessowy. Nie był to bar rock and rolla albo bar country and western. I, dzięki Bogu, nie był to bar sportowy z sześciostopowym ekranem telewizyjnym i głosem Howarda Cosella przepuszczanym przez kwadrofonię. „Hole” nie miał nic do zaoferowania z wyjątkiem przytłumionych świateł, czystości, uprzejmej obsługi, wygodnych stołków i lóż, szafy grającej, której nie nastawiano za głośno, hot dogów i hamburgerów podawanych z małej kuchni oraz dobrych drinków po umiarkowanych cenach.
Tony wślizgnął się do loży, usiadł naprzeciwko Franka.
Przy ich stoliku przystanęła Penny, kelnerka o piaskowych włosach, policzkach, które chciało się uszczypnąć, i z dołkiem w brodzie. Zmierzwiła włosy Tony’emu i zapytała:
– Czego pan sobie życzy, panie Renoir?
– Miliona gotówką, rolls – royce’a, wiecznego życia i podziwu mas – odpowiedział Tony.
– A co w końcu zamawiasz?
– Butelkę coorsa.
– To możemy dostarczyć – powiedziała.
– Dla mnie jeszcze jedną szkocką – wtrącił Frank. Kiedy poszła do baru po ich napoje, zapytał: – Dlaczego nazwała cię Renoirem?
– To słynny malarz francuski.
– I co z tego wynika?
– No bo ja też jestem malarzem. Ale ani francuskim, ani słynnym. Penny w ten sposób się ze mną drażni.
– Malujesz obrazy? – spytał Frank.
– Jasne, że nie ściany.
– To czemu nigdy o tym nie mówiłeś?
– Kilka razy wygłosiłem parę uwag na temat sztuki – powiedział Tony. – Ale ty traktowałeś ten temat z wyraźnym brakiem zainteresowania. W sumie nie mógłbyś wykazać się mniejszym entuzjazmem, jakbym chciał dyskutować o pięciu zasadach gramatyki suahilijskiej albo omawiać proces rozkładu martwych niemowląt.
– Malujesz farbami olejnymi? – spytał Frank.
– Farbami, piórkiem i tuszem. Akwarelami. Wszystkim po trochu, ale głównie farbami olejnymi.
– Od jak dawna się tym zajmujesz?
– Od dzieciństwa.
– Sprzedałeś już jakiś obraz?
– Nie maluję na sprzedaż.
– To po co to robisz?
– Dla własnej satysfakcji.
– Chciałbym zobaczyć któreś z twoich dzieł.
– Moje muzeum jest otwierane o dziwnych godzinach, ale jestem pewien, że można zamówić zwiedzanie.
– Muzeum?
– W moim mieszkaniu. Nie ma tam zbyt wielu mebli, ale obrazów jest za to po sufit.
Penny przyniosła drinki.
Milczeli przez chwilę, a potem rozmawiali przez kilka minut o Bobbym Valdezie i znowu umilkli.
W barze było około szesnastu czy osiemnastu ludzi. Paru z nich zamawiało kanapki. Powietrze było pełne aromatu skwierczącej polędwicy i siekanej cebuli, od czego ślinka napływała do ust.
– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego tu teraz jesteśmy – przemówił wreszcie Frank.
– Żeby się napić.
– Nie tylko – Frank zamieszał swego drinka pałeczką. Kostki lodu zaszczekały łagodnie. – Chcę ci powiedzieć parę rzeczy.
– Myślałem, że już wszystko powiedziałeś dziś rano w samochodzie, jak wyszliśmy z Vee Vee Gee.
– Zapomnij, co wtedy powiedziałem.
– Miałeś prawo tak mówić.
– Zachowałem się jak skurwiel – powiedział Frank.
– Nie, może miałeś rację.
– Nie, mówię ci, zachowałem się jak skurwiel.
– W porządku – powiedział Tony. – Zachowałeś się jak skurwiel.
Frank uśmiechnął się.
– Mogłeś się ze mną dłużej kłócić.
– Racja jest po stronie tych, co mają rację – powiedział Tony.
– Myliłem się co do tej Thomas.
– Już ją przeprosiłeś, Frank.
– Czuję, że powinienem ciebie przeprosić.
– To niekonieczne.
– Ale ty się tam czegoś dopatrzyłeś, wiedziałeś, że ona mówi prawdę. Ja zupełnie tego nie zaniuchałem. Szedłem za innym zapachem. Cholera, ty nawet wtryniłeś w to mój nos, a ja jeszcze nie złapałem właściwego zapachu.
– Cóż, jeśli już się upierać przy tej węchowej metaforyce, to mógłbyś powiedzieć, że nic nie wywąchałeś, bo ci się nochal skrzywił.
Frank skinął posępnie głową. Jego szeroka twarz wydawała się obwisła jak melancholijny pysk bloodhounda.
– To przez Wilmę. Mam skrzywiony nos przez Wilmę.
– Twoją byłą żonę?
– Tak. Trafiłeś w samo sedno dziś rano, kiedy powiedziałeś, że nienawidzę kobiet.
– Musiała ci napsuć dużo krwi.
– Nieważne, co mi zrobiła – powiedział Frank. – Nie ma wytłumaczenia na to, co pozwoliłem z sobą zrobić.
– Masz rację.
– No bo nie da się rady ukryć przed kobietami, Tony.
– Są wszędzie – zgodził się Tony.
– O kurczę, czy wiesz, jak dawno już nie spałem z kobietą?
– Nie.
– Dziesięć miesięcy. Odkąd mnie zostawiła, na cztery miesiące przed rozwodem.
Tony nie wiedział, co powiedzieć. Nie uważał, że jest zaprzyjaźniony z Frankiem na tyle, aby brać udział w intymnej dyskusji na temat jego życia seksualnego, ale było jasne, że ten człowiek bardzo potrzebuje kogoś, kto go uważnie wysłucha.
– Jeśli się szybko nie ocknę – powiedział Frank – to równie dobrze mógłbym olać wszystko i zostać księdzem.
Tony przytaknął.
– Dziesięć miesięcy to na pewno długo – powiedział zakłopotany.
Frank nie odpowiedział. Wpatrywał się w swoją whisky, jakby próbował zobaczyć swą przyszłość w kryształowej kuli. Najwyraźniej chciał porozmawiać o Wilmie, rozwodzie i o tym, co powinien ze sobą zrobić, ale nie chciał, by Tony poczuł, że się go zmusza do wysłuchiwania cudzych kłopotów. Był bardzo dumny. Chciał, by mu schlebiano, nakłaniano, by wymuszać na nim wyznania pytaniami i pomrukami sympatii.