– Czy Wilma znalazła sobie nowego faceta? – spytał Tony i natychmiast wiedział, że o wiele za szybko dotarł do sedna sprawy.
Frank nie był gotów do mówienia o tej części sprawy i udał, że nie usłyszał pytania.
– Denerwuje mnie to, że tak właśnie rozpieprzam sobie pracę. Zawsze byłem diablo dobry w tym, co robię. Prawie doskonały. Aż do rozwodu. Wtedy zrobiłem się cięty na kobiety i dość szybko zrobiłem się też cięty na nie podczas pracy. – Pociągnął duży łyk szkockiej. – I co się tam do cholery dzieje z tym szeryfem z Napa? Dlaczego kłamał, żeby osłonić Bruno Frye’a?
– Dowiemy się prędzej czy później – powiedział Tony.
– Pociągniesz sobie jeszcze?
– Dobrze.
Tony zorientował się, że będą siedzieć w „Bolt Hole” dłuższy czas. Frank chciał porozmawiać o Wilmie, chciał się pozbyć całej trucizny, jaka się w nim nagromadziła i prawie od roku przeżerała mu serce, ale jednorazowo był w stanie upuszczać zaledwie kroplę.
Śmierć miała pracowity dzień w Los Angeles. Oczywiście wielu ludzi umarło z przyczyn naturalnych i dlatego prawo nie wymagało, by znaleźli się pod sondującym skalpelem koronera. Ale w biurze inspektora medycznego znajdowało się dziewięciu takich, którymi trzeba się było zająć. Były wśród nich dwie ofiary wypadków drogowych, z powodu których na pewno zostaną wysunięte oskarżenia o nieprzestrzeganie przepisów; dwóch mężczyzn zmarłych od ran postrzałowych; dziecko pobite na śmierć przez swojego pijanego ojca o porywczym usposobieniu; jedna kobieta, która się utopiła we własnym basenie, i dwóch młodych ludzi, którzy najprawdopodobniej przedawkowali narkotyki. I jeszcze Bruno Frye.
W czwartek o 19.10, z nadzieją, że odrobi zaległości w pracy, patolog w miejskiej kostnicy dokończył częściową sekcję zwłok Bruno Gunthera Frye’a: mężczyzny typu kaukaskiego, w wieku około czterdziestu lat. Lekarz nie widział konieczności rozcinania całego ciała poza ogólnym obszarem dwóch urazów brzusznych, ponieważ mógł od razu definitywnie stwierdzić, że nieboszczyk zmarł właśnie od tych, a nie innych ran. Górna rana nie była śmiertelna; nóż przeciął tkankę mięśniową i zawadził o płuco. Ale niższa rana była paskudna: ostrze rozpruło na wylot żołądek, przebiło żyłę odźwiernikową i uszkodziło między innymi trzustkę. Ofiara zmarła z powodu rozległego wylewu wewnętrznego.
Patolog zszył te nacięcia, które sam zrobił, jak również dwie zaskorupiałe rany. Wytarł krew, żółć i plamki tkanki z połatanego brzucha i ogromnej klatki piersiowej.
Martwy mężczyzna został przeniesiony ze stołu sekcyjnego (otoczonego stalowymi rynnami na krew, w których właśnie zakrzepła czerwono – brązowa posoka) na wózek. Obsługujący wepchnął wózek do chłodzonego pomieszczenia, w którym czekały cierpliwie na swoje pogrzeby i groby inne ciała, już rozcięte, zbadane i pozszywane.
Obsługujący wyszedł, a Bruno Frye leżał cicho i nieruchomo, zadowolony z towarzystwa umarłych, jakby nigdy nie zaznał towarzystwa żywych.
Frank Howard był już trochę pijany. Zdjął marynarkę i krawat, odpiął dwa górne guziki koszuli. Włosy miał potargane, ponieważ stale po nich przesuwał palcami. Oczy nabiegły mu krwią, a jego szeroka twarz nabrała ziemistej barwy. Połykał niektóre słowa i co jakiś czas powtarzał się, aby coś podkreślić; wówczas Tony musiał go łagodnie trącać łokciem, co przypominało wybijanie igły gramofonu z uszkodzonego rowka. Pochłaniał dwie szklanki szkockiej w stosunku do jednego piwa Tony’ego.
Im bardziej pił, tym więcej mówił o kobietach w swoim życiu. Im bardziej go ścinało z nóg, tym bliżej był największej tragedii swego życia: utraty dwóch żon.
Frank Howard pracował już drugi rok jako umundurowany policjant w LAPD (Los Angeles Police Department), gdy poznał swą pierwszą żonę, Barbarę Ann. Była sprzedawczynią w stoisku jubilerskim domu towarowego w centrum miasta i pomogła mu wybrać prezent dla matki. Była tak czarująca, tak drobna, tak ładna i ciemnooka, że nie mógł się oprzeć i poprosił ją o spotkanie, mimo tego, że spodziewał się odmowy. Pobrali się siedem miesięcy później. Barbara Ann lubiła planować: na długo przed ślubem opracowała szczegółowy program pierwszych czterech lat ich wspólnego życia. Ona miała nadal pracować w sklepie, ale nie mieli wydawać ani centa z jej zarobków. Wszystkie jej pieniądze zamierzała wpłacać na konto oszczędnościowe, które miało być później wykorzystane na spłacenie domu. Mieli zaoszczędzać jak najwięcej z jego pensji, mieszkając w wygodnej, czystej i taniej kawalerce. Mieli sprzedać jego pontiaca, ponieważ pożerał paliwo i ponieważ mieli mieszkać na tyle blisko sklepu Barbary Ann, by mogła do niego chodzić pieszo; jej volkswagen miał wystarczyć na dojazdy Franka do komisariatu, a suma ze sprzedaży tamtego samochodu miała być początkiem kapitału na dom. Zaplanowała nawet codzienne jadłospisy na pierwsze sześć miesięcy – pożywne posiłki oparte na ciasnym budżecie. Frank uwielbiał w niej tę żyłkę bezlitosnej księgowej, częściowo dlatego, że tak nie pasowała do reszty jej charakteru.
Była wesołą, pogodną kobietą, skorą do śmiechu, czasami nawet trzpiotowatą, impulsywną w sprawach nie związanych z pieniędzmi i wspaniałą partnerką w łóżku, zawsze chętną do uprawiania miłości i diabelnie w tym dobrą. W łóżku nie była księgową, nigdy nie planowała, że będą się kochać; to zazwyczaj było nagłe, zaskakujące i namiętne. Ale zaplanowała, że kupią dom dopiero wtedy, gdy zgromadzą przynajmniej czterdzieści procent jego ceny nabywczej. I wiedziała dokładnie, ile powinno w nim być pokoi i jakich powinny być rozmiarów; narysowała plan takiego idealnego domu i trzymała go w szufladzie bieliźniarki, wyciągając co jakiś czas, żeby na niego popatrzeć i pomarzyć. Bardzo chciała mieć dzieci, ale zaplanowała, że będzie je miała dopiero wtedy, gdy będzie bezpieczna we własnym domu. Barbara Ann miała plan na prawie każdą ewentualność – z wyjątkiem raka. Dwa lata i dwa dni po jej ślubie z Frankiem orzeczono u niej złośliwego raka limfy, umarła trzy miesiące później.
Tony siedział w loży „Bolt Hole” przed piwem, które robiło się coraz cieplejsze i słuchał Franka z rosnącą świadomością, że ten człowiek po raz pierwszy dzielił się z kimś swym smutkiem. Barbara Ann umarła w 1958 roku, dwadzieścia dwa lata temu i przez ten cały czas Frank nie podzielił się z nikim swym bólem, który odczuwał patrząc, jak ona niknie w oczach i umiera. To był ból, który nigdy nie ustał, palił się w nim równie gorąco, jak wtedy. Wypił jeszcze więcej szkockiej i szukał słów, aby opisać swoją udrękę, a Tony dziwił się, widząc tę wrażliwość i głębię uczucia, zazwyczaj tak dobrze ukryte za twardą niemiecką twarzą i tymi niebieskimi oczyma na ogół bez wyrazu.
Po utracie Barbary Ann Frank zmizerniał, stał się roztargniony i przygnębiony, ale kategorycznie tłumił w sobie łzy i cierpienie, ponieważ bał się, że poddając się im, nigdy już nie odzyska panowania nad sobą. Wyczuwał w sobie pociąg do samozniszczenia: straszne łaknienie alkoholu, którego nigdy nie doświadczał przed śmiercią żony, pragnienie zbyt szybkiej i brawurowej jazdy, chociaż przedtem był ostrożnym kierowcą. Aby polepszyć sobie stan umysłu, zatopił swoje strapienie w obowiązkach zawodowych, ofiarował swoje życie LAPD, próbując zapomnieć Barbarę Ann w czasie długich godzin pracy w policji i nauki. Jej utrata pozostawiła w nim bolesną wyrwę, która miała nigdy nie być zapełniona, ale po jakimś czasie udało mu się ją opancerzyć obsesyjnym zaangażowaniem w swoją pracę i zupełnym poświęceniem siebie na rzecz policji.
Przeżył tak dziewiętnaście lat zaaferowany monotonnym rozkładem codziennych zajęć pracoholika. Jako umundurowany policjant nie mógł przedłużać godzin pracy, więc chodził do szkoły przez pięć dni w tygodniu i w soboty, dopóki nie zdobył bakalaureatu w dziedzinie kryminologii. Wykorzystał swój stopień i nadzwyczajny rejestr osiągnięć zawodowych, aby dojść do rangi detektywa w cywilu i wówczas pracować po godzinach, nie wkurzając dyżurnego od rozkazów dziennych. Podczas swoich dziesięcio -, dwunasto – i czternastogodzinnych dni pracy nie myślał o niczym, tylko o sprawach, które mu przydzielono. Nawet kiedy nie był w pracy, myślał o bieżących dochodzeniach, nieomal wyłączając wszystko inne; medytował nad nimi pod prysznicem i przed zaśnięciem, roztrząsał nowe poszlaki w trakcie wczesnych śniadań i późnych, samotnych kolacji. Nie czytał prawie nic oprócz podręczników kryminologii i monografii typów przestępczych. Przez dziewiętnaście lat był gliną nad glinami, detektywem jakich mało.