Выбрать главу

– I tu rzeczywiście pozwoliłeś sobie na pierwsze głupstwo – powiedział Tony. – Resztę mogę zrozumieć, ale to…

– Jakoś mi się wtedy wydawało, że jak się wszyscy dowiedzą, że Wilma mnie przerobiła na szaro, to pomyślą, że wszystko, co mówiłem o Barbarze Ann, to też była nieprawda. Bałem się, że ludzie wymyślą sobie, że Barbara Ann też mnie przerobiła tak jak Wilma, a dla mnie było ważne, ważniejsze niż cokolwiek na świecie, żeby pamięć o Barbarze Ann pozostała czysta. Wiem, że to teraz wydaje się trochę bzdurne, ale tak na to wtedy patrzyłem.

Tony nie wiedział, co powiedzieć.

– Więc rozwód odbył się tak gładko jak po maśle – ciągnął Frank. – Nie było długich dyskusji o szczegółach ugody. W sumie już nigdy nie zobaczyłem Wilmy, tylko te parę minut w sądzie, i nie rozmawiałem z nią od tego ranka, którego odeszła.

– Gdzie ona teraz jest? Masz jakieś pojęcie?

Frank dokończył swoją szkocką. Kiedy się odezwał, jego głos był zmieniony – cichy, prawie szepczący, nie dlatego, że chciał utrzymać resztę opowieści w tajemnicy przed innymi gośćmi w „Hole”, tylko jakby nie miał już siły na mówienie normalnym głosem.

– Po rozwodzie zainteresowałem się nią. Wziąłem małą pożyczkę pod zastaw tego rachunku oszczędnościowego, który mi zostawiła, i wynająłem prywatnego detektywa, żeby ją odszukał i zobaczył, co robi. Wykrył mnóstwo rzeczy. Bardzo interesujących rzeczy. Wyszła za mąż zaledwie dziewięć dni po orzeczeniu naszego rozwodu. Za jakiegoś faceta nazwiskiem Jack Pozley z okręgu Orange, który ma salon gier elektronicznych w centrum handlowym Costa Mesa. Jest wart jakieś siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt tysięcy dolców. Wygląda na to, że Wilma poważnie myślała o wyjściu za niego już wtedy, gdy odziedziczyłem całe te pieniądze po moim tacie. No więc co zrobiła: wyszła za mnie, wydoiła mnie do sucha i potem odeszła do tego Jacka Pozleya z moimi pieniędzmi. Użyli części mojego kapitału na otworzenie dwóch następnych salonów gier i wygląda na to, że im się naprawdę powodzi.

– O Jezu – powiedział Tony.

Rano nie wiedział prawie nic o Franku Howardzie, a teraz wiedział prawie wszystko. Więcej niż rzeczywiście chciał wiedzieć. Tony miał dar słuchania i to było zarówno jego przekleństwo, jak i błogosławieństwo. Jego poprzedni partner, Michael Savatino, często mu powtarzał, że jest znakomitym detektywem, ponieważ ludzie go lubią, ufają mu i chętnie mówią nieomal o wszystkim. A zdaniem Michaela chcieli z nim rozmawiać, bo potrafił słuchać. A dobry słuchacz, twierdził Michael, to rzadkie i wspaniałe zjawisko w świecie, którym rządzi egoizm, w którym wspiera się i kocha tylko samego siebie. Tony chętnie i uważnie słuchał ludzi wszelkiego pokroju, ponieważ jako malarz zafascynowany ukrytymi wzorami, szukał ogólnego wzoru ludzkiej egzystencji i jej znaczenia. Nawet teraz, wysłuchując Franka, rozmyślał nad dawno temu wyczytanym cytatem z Emersona: „Sfinks musi rozwiązać własną zagadkę. Jeśli całość historii należy do jednego człowieka, to wszystko należy wyjaśniać na podstawie indywidualnego doświadczenia”. Wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci byli fascynującymi zagadkami, wielkimi tajemnicami i Tony rzadko się nudził ich opowieściami.

Nadal mówiąc tak cicho, że Tony musiał się nachylać, aby go usłyszeć, Frank kontynuował:

– Pozley wiedział, co postanowiła Wilma w mojej sprawie. Wygląda na to, że prawdopodobnie widywali się przez parę dni w tygodniu, kiedy ja byłem w pracy. Jednocześnie udając idealną żonę, okradała mnie w biały dzień i pieprzyła się z tym Pozleyem. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej byłem wkurzony, aż wreszcie postanowiłem powiedzieć mojemu adwokatowi to, co trzeba było powiedzieć od razu.

– Ale już było za późno?

– Tak jakby na to wyszło. No, mogłem wszcząć przeciwko niej jakąś sprawę sądową. Ale fakt, że nie oskarżyłem jej wcześniej o kradzież, podczas rozwodu, mógł mnie dość mocno obciążyć. Wydałbym pewnie większość tych pieniędzy, które mi zostały, na adwokatów i prawdopodobnie i tak przegrałbym sprawę. Więc postanowiłem to zostawić. Umyśliłem sobie, że pogrążę się w pracy, tak jak po śmierci Barbary Ann, ale było ze mną gorzej, niż myślałem. Nie potrafiłem już dobrze wykonywać swojego zawodu. Każda kobieta, z którą się zetknąłem… nie wiem. Chyba po prostu… widziałem w każdej kobiecie Wilmę. Jeśli tylko mogłem, byłem normalnie złośliwy dla kobiet, które musiałem przesłuchiwać, a krótko potem stałem się za ostry dla każdego świadka, zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn. Zacząłem tracić perspektywę, nie zauważałem wskazówek, które zauważyłoby dziecko… cholernie się kłóciłem z partnerem i tak jest do dziś. – Głos mu przycichł raptownie i nie starał się już mówić wyraźnie; jego słowa coraz bardziej zlewały się z sobą. – Kiedy umarła Barbara Ann, miałem przynajmniej pracę. Miałem chociaż to. A Wilma wszystko mi zabrała. Zabrała mi pieniądze, szacunek do samego siebie i zabrała mi nawet ambicje. Chyba już mnie nic więcej nie obchodzi. – Wyślizgnął się z loży i stojąc, zakołysał się jak wańka – wstańka. – Przepraszam. Muszę iść siusiu.

Przeszedł chwiejnie przez cały bar do toalety, z przesadą wymijając z daleka wszystkich ludzi napotkanych po drodze.

Tony westchnął i zamknął oczy. Był zmęczony, zarówno duchowo, jak i fizycznie.

Penny zatrzymała się przy ich stoliku i powiedziała:

– Oddałbyś mu przysługę, gdybyś go zaraz odwiózł do domu. Rano będzie się pewnie czuł jak ledwie żywy kozioł.

– Jak się czuje ledwie żywy kozioł?

– Dużo gorzej niż zdrowy, a znacznie gorzej niż martwy – powiedziała.

Tony zapłacił rachunek i czekał na swojego partnera. Po pięciu minutach wziął płaszcz i krawat Franka i poszedł go poszukać.

Toaleta męska była niewielka: jedna kabina, jeden pisuar i jedna umywalka. Czuć w niej było intensywną sosnową woń środka dezynfekującego i ledwie uchwytny zapach moczu.

Frank stał przy ścianie pokrytej graffiti, plecami zwrócony ku drzwiom, kiedy wszedł Tony. Łomotał otwartymi dłońmi w ścianę ponad swoją głową, obydwoma jednocześnie, wydając kląskający odgłos, który rozlegał się w tym wąskim pomieszczeniu z wysokim sufitem. BAM – BAM – BAM – BAM – BAM! W barze nie było słychać hałasu z powodu monotonnego gwaru rozmów i muzyki, ale tutaj hałas raził słuch Tony’ego.

– Frank?

BAM – BAM – BAM – BAM – BAM – BAM – BAM – BAM!

Tony podszedł do niego, położył mu rękę na ramieniu, odciągnął go delikatnie od ściany i odwrócił ku sobie.

Frank płakał. Oczy nabiegły mu krwią i zapełniły się łzami, które zaczynały już mu ściekać po twarzy. Jego usta były spuchnięte i obwisłe; drżały z rozpaczy. Płakał jednak bezgłośnie, nie szlochał i nie zawodził – głos uwiązł mu głęboko w gardle.

– Już dobrze – powiedział Tony. – Wszystko będzie w porządku. Nie potrzebujesz Wilmy. Lepiej ci pójdzie bez niej. Masz przyjaciół. Pomożemy ci przez to przejść, Frank, jeśli nam tylko pozwolisz. Ja ci pomogę. Zależy mi na tym. Naprawdę mi zależy, Frank.

Frank zamknął oczy. Wykrzywił usta i szlochał, nadal niesamowicie bezgłośnie i wydawał jakiś dźwięk tylko wtedy, gdy zachłystywał się oddechem. Wyciągnął rękę szukając oparcia i Tony objął go ramieniem.

– Chcę do domu – wymamrotał Frank. – Do domu, do domu.

– W porządku. Zawiozę cię do domu. Tylko się mnie przytrzymaj.

Obejmując się nawzajem ramionami jak starzy kumple z wojska, wyszli z „Bolt Hole”. Przeszli dwie przecznice w kierunku bloku, w którym mieszkał Tony, i wsiedli do jego jeepa.

Byli w połowie drogi do mieszkania Franka, kiedy ten wziął głęboki oddech i powiedział: