– Tony… ja się boję.
Tony spojrzał na niego.
Frank siedział skulony. Zrobił się mały i słaby; jego ubranie wydawało się na niego za duże. Na twarzy błyszczały mu łzy.
– Czego się boisz? – spytał Tony.
– Nie chcę być sam – powiedział Frank, cicho łkając, trzęsąc się nie tylko od nadmiaru wypitego alkoholu, ale również od czegoś innego, jakby się bał jakiejś niewiadomej.
– Nie jesteś sam – powiedział Tony.
– Boję się umierać… w samotności.
– Nie jesteś sam i nie umierasz, Frank.
– Wszyscy się starzejemy… tak szybko. A potem… chcę, żeby ktoś był.
– Znajdziesz sobie kogoś.
– Chcę, żeby ktoś o mnie pamiętał i dbał.
– Nie martw się – powiedział mało przekonywająco Tony.
– To mnie przeraża.
– Znajdziesz kogoś.
– Nigdy.
– Właśnie, że znajdziesz.
– Nigdy, nigdy – powiedział Frank, przymykając oczy i opierając głowę o boczną szybę.
Frank spał jak niemowlę, zanim dojechali do jego mieszkania. Tony próbował go obudzić. Frank jednak nie mógł w pełni odzyskać świadomości. Potykając się, mamrocząc, ciężko oddychając pozwolił się zarówno prowadzić, a także i nieść do drzwi swojego mieszkania. Tony oparł go o ścianę przy wejściu, przytrzymał jedną ręką, obmacał mu kieszenie, znalazł klucz: kiedy wreszcie dotarli do sypialni, Frank zwalił się na materac jak bezwładny worek i zaczął chrapać.
Tony rozebrał go do bielizny. Ściągnął narzutę, przeturlał go na prześcieradło i okrył kołdrą. Frank tylko sapał i pochrapywał.
W kuchni, w szufladzie przy zlewie, Tony znalazł ołówek, notes i rolkę taśmy klejącej. Napisał list do Franka i przykleił go do drzwi lodówki.
Drogi Franku,
Kiedy się rano obudzisz, przypomnisz sobie pewnie wszystko, co mi powiedziałeś, i będzie ci pewnie trochę głupio. Nie przejmuj się. To, co mi powiedziałeś, pozostanie wyłącznie między nami. A jutro ja ci wyznam niektóre moje potwornie wstydliwe tajemnice i będziemy kwita. W końcu przyjaciele są po to, żeby móc przed nimi otworzyć duszę.
Tony
Wychodząc, zamknął za sobą drzwi na klucz.
Po drodze do domu myślał o nieszczęśliwym, zupełnie samotnym Franku, a potem uświadomił sobie, że jego własna sytuacja nie jest wcale lepsza. Jego ojciec, Carlo, jeszcze żył, ale wiele chorował ostatnimi czasy i prawdopodobnie nie dane mu było żyć dłużej niż pięć lat, a co najwyżej dziesięć. Bracia i siostry Tony’ego rozjechali się po całym kraju i duchowo nie byli sobie zbyt bliscy. Miał wielu przyjaciół, ale to nie przyjaciele są potrzebni, kiedy jest się starym i umierającym. Wiedział, o co chodzi Frankowi. Kiedy się leży na łożu śmierci, to na pewno dobrze jest mieć przy sobie czyjeś dłonie, które można ująć i z których można czerpać odwagę: dłonie współmałżonka, dzieci, rodziców. Uświadomił sobie, że konstruuje życie, które u swego kresu może stać się świątynią pustki i samotności. Miał trzydzieści pięć lat, był jeszcze młody, ale nigdy się nie zastanawiał poważnie nad małżeństwem. Poczuł nagle, że czas przepływa mu miedzy palcami. Lata biegły tak szybko. Wydawało się, że dopiero co w zeszłym roku miał dwadzieścia pięć lat, a to już minęło dziesięciolecie.
Może Hilary Thomas jest tą jedną jedyną, pomyślał, kiedy wjeżdżał na parking przed swoim domem. Jest niezwykła, widzę to. Wyjątkowo niezwykła. Może ja dla niej też będę kimś niezwykłym. Może nam by się udało. Czemu nie?
Przez chwilę siedział w jeepie i wpatrywał się w nocne niebo, rozmyślając o Hilary Thomas, starzeniu się i umieraniu w samotności.
O 22.30, kiedy mocno się już wciągnęła w powieść Jamesa Clavella i właśnie kończyła lekki posiłek składający się z jabłek i sera, zadzwonił telefon.
– Halo?
Na drugim końcu linii panowało tylko milczenie.
– Kto mówi?
Nic.
Hilary trzasnęła słuchawką. Tak należy robić, kiedy się odbiera telefon z pogróżkami albo wyzwiskami. Trzeba po prostu odłożyć słuchawkę i nie ośmielać dzwoniącego. Po prostu szybko i stanowczo odłożyć słuchawkę. Sprawiła temu komuś zawód, ale nie poczuła się lepiej.
Była pewna, że to nie pomyłka. Nie dwa razy jednego wieczoru, bez żadnych przeprosin. Poza tym, to milczenie miało w sobie coś strasznego, jakąś niewysłowioną groźbę.
Nawet gdy dostała nominację do nagrody Akademii, nie przyszło jej na myśl, że jej numer powinien być zastrzeżony. Pisarze nie są aż tak sławni, jak aktorzy czy nawet reżyserzy. Publiczność zazwyczaj nie pamięta, a nawet nie zwraca uwagi na to, komu należą się honory za napisanie scenariusza do kasowego filmu. Większości pisarzy, którzy mieli zastrzeżony numer, wydawało się, że on zaświadcza o ich prestiżu; zastrzeżony numer miał niby oznaczać zapracowanego po łokcie twórcę, który jest tak zajęty dziełami najwyższej wagi, że nie ma czasu na przypadkowe, nie chciane telefony. Hilary jednak nie miała takich problemów ze swoim ego i uważała, że jej nazwisko jest anonimowe niezależnie od tego, czy jest zamieszczone w książce telefonicznej, czy też z niej wyłączone.
Naturalnie to mogło już nie być prawdą. Być może doniesienia środków masowego przekazu o jej dwóch starciach z Bruno Frye’em uczyniły z niej przedmiot ogólnego zainteresowania, podczas gdy nie uczyniły tego jej dwa scenariusze. Opowieść o kobiecie walczącej z niedoszłym gwałcicielem i zabijającej go za drugim razem – z powodzeniem mogła zafascynować czyjś chory umysł. Pod jej wpływem mogła najść jakiegoś bydlaka ochota na udowadnianie, że uda mu się to, co nie udało się Brunowi Frye’owi.
Postanowiła, że z samego rana zadzwoni do biura towarzystwa usług telefonicznych i poprosi o nowy zastrzeżony numer.
O północy w miejskiej kostnicy jest – jak to kiedyś określił sam inspektor medyczny – cicho jak w grobie. Na korytarzu oświetlonym mętnym światłem panował spokój. W laboratorium było ciemno. W pomieszczeniu pełnym trupów, zimno, ciemno i głucho; jedynie dmuchawy, pompujące mroźne powietrze przez kanały w ścianach, emitowały owadzie brzęczenie.
Kiedy z czwartkowej nocy zrobił się piątkowy poranek, na dyżurze w kostnicy był tylko jeden człowiek. Przebywał w małym pokoju przylegającym do prywatnego biura inspektora. Siedział na obracanym krześle przy brzydkim biurku z metalu i orzechowej okleiny. Nazywał się Alfred Wolwicz. Miał dwadzieścia dziewięć lat, był rozwiedziony i miał córkę imieniem Rebecca. Jego żona wygrała prawo do opieki nad Becky. Obydwie mieszkały teraz w San Diego. Albert nie miał nic przeciwko pracy (należy wybaczyć to określenie) na cmentarnej szychcie. Zrobił parę wpisów do akt, potem tylko siedział i słuchał jakiś czas radia, znowu trochę wpisał do akt, przeczytał kilka rozdziałów naprawdę świetnej książki Stephena Kinga o wampirach żyjących sobie bez przeszkód w Nowej Anglii; i gdyby w mieście było cicho przez całą noc, gdyby zuchy w mundurach i chłopcy od karetek pogotowia nie zaczęli ganiać z noszami po walkach gangów albo wypadkach drogowych, byłaby to od początku do końca zupełnie boska robota.
Dziesięć minut po północy zadzwonił telefon.
Albert podniósł słuchawkę.
– Kostnica.
Cisza.
– Słucham – powiedział Albert.
Człowiek po drugiej stronie linii jęknął rozdzierająco i zaczął płakać.
– Kto mówi?
Rozmówca nie odpowiadał – płakał i jęczał jak torturowany.
Jego przesadne i histeryczne łkanie stawało się wręcz parodią smutku; Albert nigdy nie słyszał czegoś równie dziwacznego.
– Jeśli mi pan powie, co się panu stało, to może będę mógł pomóc.