Выбрать главу

Dzwoniący wyłączył się.

Albert wpatrywał się przez chwilę w słuchawkę, po czym wzruszył ramionami i odłożył ją.

Próbował znaleźć miejsce, w którym skończył czytać powieść Kinga, ale ciągle mu się wydawało, że słyszy z tyłu za sobą jakieś człapanie na korytarzu. Obracał się kilka razy, ale nikogo (albo niczego) nie zobaczył.

ROZDZIAŁ IV

Piątek. Dziewiąta rano.

Z domu przedpogrzebowego Angels’ Hill, znajdującego się w zachodnim Los Angeles, przyjechało do miejskiej kostnicy dwóch mężczyzn, aby zabrać ciało Bruno Gunthera Frye’a. Współpracowali z domem pogrzebowym „Wieczność”, mieszczącym się w St. Helena, mieście, w którym mieszkał nieboszczyk. Jeden pracownik z Angels’ Hill podpisał stosowne pokwitowanie i razem z drugim przenieśli ciało z zimnego magazynu do karawanu marki Cadillac.

* * *

Frank Howard nie wyglądał na skacowanego. Jego cera nie miała żółtawego odcienia, będącego typowym efektem przepicia; wyglądał czerstwo i zdrowo, a jego błękitne oczy nie były mętne. Zgodnie z powszechnym przekonaniem zwierzenia istotnie przyniosły ulgę jego duszy.

Z początku w biurze, a potem w samochodzie, Tony wyczuwał zakłopotanie, jakiego się spodziewał, i robił, co mógł, żeby Frank poczuł się swobodnie. Po jakimś czasie partner chyba zrozumiał, że nic się między nimi nie zmieniło na gorsze; a ich wspólna praca udawała im się wręcz lepiej niż w ciągu ostatnich trzech miesięcy. W połowie ranka osiągnęli taki stopień wzajemnego porozumienia, że zaczęli razem funkcjonować jak jeden organizm. Jeszcze nie współdziałali w tak doskonałej zgodzie, jaką Tony poznał przy Michaelu Savatino, ale teraz wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, aby miedzy nimi wykształciły się dokładnie takie same głębokie więzi. Potrzebowali trochę czasu, żeby się nawzajem do siebie przystosować – jeszcze parę miesięcy, ale ostatecznie łączył ich związek psychiczny, dzięki któremu ich praca stała się nieporównanie lżejsza niż w przeszłości.

W piątek rano pracowali nad dochodzeniem w sprawie Bobby’ego Valdeza. Nie mieli zbyt wielu poszlak, a pierwsze dwie prowadziły donikąd.

Pierwsze rozczarowanie przyniósł raport z wydziału komunikacji. Najwyraźniej Bobby Valdez użył podrobionego świadectwa urodzenia i innego fałszywego dokumentu, aby uzyskać ważne prawo jazdy na nazwisko Juan Mazquezza, a ostatni adres podany przez wydział to był ten, pod który Bobby przeprowadził się w lipcu – Apartamenty Las Palmeras przy Alei La Brea. W aktach wydziału figurowali jeszcze dwaj inni mężczyźni o nazwisku Juan Mazquezza. Jednym był dziewiętnastoletni chłopak, który mieszkał we Fresno. Drugim Juanem natomiast sześćdziesięcioletni mieszkaniec Tustin. Obydwaj posiadali pojazdy z kalifornijskimi rejestracjami, ale żaden z nich nie posiadał jaguara. Juan Mazquezza, który mieszkał przy Alei La Brea, nigdy nie zarejestrował samochodu, co oznaczało, że Bobby kupił jaguara, posługując się fałszywym nazwiskiem. Najwyraźniej miał dostęp do źródła podrobionych dokumentów o nadzwyczaj wysokiej jakości.

Ślepy zaułek.

Tony i Frank wrócili do pralni Vee Vee Gee i przesłuchali tych, którzy pracowali z Bobbym w czasie, w którym używał nazwiska Mazquezza. Mieli nadzieję, że ktoś miał z nim kontakt od dnia, kiedy zwolnił się z pracy, i wiedziałby, gdzie on teraz mieszka. Ale wszyscy mówili, że Juan był samotnikiem, nikt też nie wiedział, gdzie się podział.

Ślepy zaułek.

Po wyjściu z Vee Vee Gee pojechali na lunch do baru, którego specjalnością były ulubione omlety Tony’ego. Oprócz głównej sali jadalnej, lokal posiadał murowany taras pod gołym niebem, na którym stało kilkanaście stolików z parasolkami w biało – niebieskie paski. Tony i Frank jedli omlety na ciepłym jesiennym wietrze.

– Czy robisz coś jutro wieczorem? – spytał Tony.

– Ja?

– Ty.

– Nie. Nic.

– To świetnie, bo coś zorganizowałem.

– Co?

– Ślepą randkę.

– Dla mnie?

– Tylko w połowie.

– Mówisz poważnie?

– Zadzwoniłem do niej rano.

– Zapomnij o tym – powiedział Frank.

– Ona jest dla ciebie wymarzona.

– Nienawidzę swatania.

– To wspaniała kobieta.

– Nie interesuje mnie.

– I miła.

– Nie jestem szczeniakiem.

– Kto powiedział, że jesteś?

– Nie musisz mnie z nikim umawiać.

– Czasami robi się coś dla przyjaciela, prawda?

– Sam się mogę umawiać.

– Tylko idiota oparłby się tej pani.

– No to jestem idiotą.

Tony westchnął.

– No to radź sobie sam.

– Słuchaj, to, co powiedziałem zeszłej nocy w „Bolt Hole”…

– Tak?

– Nie szukałem litości.

– Raz na jakiś czas każdy potrzebuje trochę litości.

– Chciałem tylko, żebyś zrozumiał, dlaczego jestem w takim podłym nastroju.

– No i zrozumiałem.

– Nie chciałem, żebyś odniósł wrażenie, że jestem ofermą, że daję się robić w konia jakimś głupim babom.

– Zupełnie nie odniosłem takiego wrażenia.

– Nigdy dotąd się tak nie rozkleiłem.

– Wierzę.

– Nigdy… nie płakałem.

– Wiem.

– Chyba byłem po prostu zmęczony.

– Jasne.

– Może to przez ten alkohol.

– Może.

– Dużo wypiłem zeszłego wieczoru.

– Całkiem sporo.

– Przez to zrobiłem się sentymentalny.

– Może.

– Ale już ze mną w porządku.

– Kto mówi, że nie.

– Mogę się sam umawiać, Tony.

– Jest, jak mówisz.

– W porządku?

– Nie ma sprawy.

Skupili się na swoich omletach.

W pobliżu stało kilka dużych biurowców i po ulicy paradowały udające się na lunch sekretarki w jaskrawych sukienkach.

Taras restauracji otaczały kwiaty, które wypełniały swym zapachem pojaśniałe od słońca powietrze.

Uliczny hałas był typowy dla LA. Nie był to bezustanny pisk hamulców albo ryk klaksonów, jaki się słyszy w Nowym Jorku, Chicago czy w większości innych miast. Tylko hipnotyczny pomruk silników. I świst powietrza przecinanego przez przejeżdżające samochody. Hałas, który usypiał. Uspokajał. Jak przypływ fal na plaży. Powodowany przez maszyny, ale w jakiś sposób naturalny i pierwotny. A także subtelny i jakby erotyczny. Nawet odgłosy ruchu ulicznego dostosowywały się do subtropikalnej podświadomości miasta.

Po paru chwilach milczenia Frank zapytał:

– Jak ma na imię?

– Kto?

– Nie bądź taki dowcipny.

– Janet Yamada.

– Japonka?

– A może być Włoszką?

– Jaka ona jest?

– Inteligentna, dowcipna, ładna.

– Czym się zajmuje?

– Pracuje w ratuszu.

– Ile ma lat?

– Trzydzieści sześć czy siedem.

– Nie jest dla mnie za młoda?

– Masz tylko czterdzieści pięć lat, na miłość boską.

– Jak ją poznałeś?

– Spotykaliśmy się jakiś czas – powiedział Tony.

– I czemu zerwaliście?

– Bez powodu. Po prostu stwierdziliśmy, że jesteśmy lepszymi przyjaciółmi niż kochankami.

– Myślisz, że mi się spodoba?

– Na pewno.

– A czy ja się jej spodobam?

– Jeśli nie będziesz dłubał w nosie albo jadł rękoma.

– Dobrze – powiedział Frank. – Umówię się z nią.

– Jeśli to ma być dla ciebie ciężkie przejście, to może powinniśmy o tym po prostu zapomnieć.

– Nie, pójdę. Nic się nie stanie.

– Nie musisz tego robić tylko po to, żeby mi zrobić przyjemność.

– Podaj mi numer jej telefonu.

– Czuję się nieswojo – powiedział Tony. – Tak, jakbym cię do czegoś zmuszał.