Выбрать главу

– Do niczego mnie nie zmuszasz.

– Chyba powinienem do niej zadzwonić i wszystko odwołać – powiedział Tony.

– Nie, słuchaj, ja…

– Nie powinienem się bawić w swata. To obrzydliwe.

– Przestań, do cholery, ja chcę się z nią umówić! – powiedział Frank.

Tony uśmiechnął się szeroko.

– Wiem.

– Czy właśnie zostałem wmanewrowany?

– Sam się wmanewrowałeś.

Frank próbował zrobić groźną minę, ale nie potrafił. Zamiast tego wyszczerzył twarz w uśmiechu.

– Chcesz iść na podwójną randkę w sobotę wieczorem?

– Nie ma mowy. Musisz sam temu stawić czoło, przyjacielu.

– A poza tym – powiedział domyślnie Frank – nie chcesz dzielić Hilary Thomas z nikim innym.

– O to chodzi.

– Czy naprawdę myślisz, że się wam obojgu uda?

– Tak stawiasz sprawę, jakbyśmy się zaraz mieli pobrać. To tylko randka.

– Ale nawet jeśli to randka, to czy nie czujesz się… głupio?

– Niby dlaczego?

– No, ona ma tyle pieniędzy.

– Chyba pierwszy raz słyszę taki przejaw męskiego szowinizmu.

– Czy nie wydaje ci się, że to wszystko skomplikuje?

– Kiedy mężczyzna ma trochę pieniędzy, to czy musi się spotykać tylko z kobietami, które mają tyle samo?

– W tym przypadku jest inaczej.

– Kiedy król zastanawia się, czy się żenić ze sprzedawczynią ze sklepu, uważamy, że słowa nie wyrażą, jakie to romantyczne. Ale kiedy królowa chce wyjść za sprzedawcę, to uważamy, że robi z siebie idiotkę. Klasyczny paradoks.

– No to… życzę szczęścia.

– Ja też go tobie życzę.

– Jesteś gotów wrócić do pracy?

– Tak – powiedział Tony. – Chodźmy poszukać Bobby’ego Valdeza.

– Łatwiej by poszło z sędzią Craterem.

– Albo Amelią Earhart.

– Albo Jimmym Hoffą.

* * *

Piątek po południu.

Pierwsza.

Ciało leżało na stole do balsamowania w domu przedpogrzebowym Angels’ Hill. Kartka przyczepiona drutem do wielkiego palca u prawej stopy identyfikowała nieboszczyka jako Bruno Gunthera Frye’a.

Laborant, zajmujący się zmarłymi, przygotowywał ciało do wysyłki do Napa. Natarł je długotrwałym środkiem dezynfekującym. Jelita i inne miękkie organy brzuszne zostały wyciągnięte ze zmarłego przez jedyny dostępny naturalny otwór w ciele i wyrzucone. Z powodu kłutych ran i sekcji, która miała miejsce poprzedniej nocy, w ciele nie pozostało już dużo nie zakrzepłej krwi czy innych płynów, ale również i te pozostałości usunął, a ich miejsce zajął płyn balsamujący.

W trakcie pracy przy zmarłym laborant pogwizdywał przebój Donny’ego i Mary Osmondów.

Dom przedpogrzebowy Angels’ Hill nie był zobowiązany do wykonania prac kosmetycznych przy zmarłym. Te miały zostać zrobione w zakładzie pogrzebowym w St. Helena. Laborant z Angels’ Hill tylko wcisnął powieki, aby były zamknięte na zawsze i zeszył wargi serią ścisłych wewnętrznych szwów, od których te szerokie usta zastygły w bladym, choć wiecznym uśmiechu. To była dobra robota: szwy będą niewidoczne dla żałobników – o ile tacy będą.

Następnie nieboszczyka opakowano w nieprzezroczysty, biały całun i ułożono w taniej aluminiowej trumnie, w której zastosowano minimum wymogów konstrukcji i szczelności, jakie określono w stanie Kalifornia w przypadku przewożenia zwłok w jakimkolwiek środku transportu publicznego. W St. Helena miało zostać przełożone do bardziej imponującej trumny, wybranej przez rodzinę albo przyjaciół drogiego zmarłego.

W piątek o czwartej po południu ciało zostało zabrane na międzynarodowe lotnisko w Los Angeles i umieszczone w ładowni turbośmigłowca Kalifornijskich Linii Lotniczych, lecącego do Monterey, Santa Rosa i Sacramento. Miało opuścić samolot na miejscu drugiego lądowania.

O 18.30 na małym lotnisku w Santa Rosa nie było nikogo z rodziny Bruno Frye’a. Nie miał krewnych. Był ostatni z linii. Jego dziadek dał światu tylko jedno dziecko, piękną córkę o imieniu Katarzyna, a ona nie miała w ogóle żadnych dzieci. Bruno był adoptowanym dzieckiem. Nigdy się nie ożenił.

Na tłuczniowej nawierzchni za małym dworcem lotniczym czekało trzech ludzi, przy czym dwóch z nich reprezentowało dom pogrzebowy „Wieczność”. Pan Avril Thomas Tannerton był właścicielem „Wieczności”, świadczącej usługi dla St. Helena i okolicznych osiedli tej części okręgu Napa. Był czterdziestotrzyletnim mężczyzną, przystojnym, odrobinę tęgim, ale nie grubym, miał gęste rudoblond włosy, mnóstwo piegów, wesołe spojrzenie i niewymuszenie ciepły uśmiech, który ledwie udawało mu się tłumić. Przyjechał do Santa Rosa ze swoim asystentem, Gary Olmsteadem, szczupłym mężczyzną, który rzadko odzywał się do kogokolwiek poza trupami, przy których pracował. Tannerton przypominał ministranta – pod maską autentycznej pobożności krył się łobuziak; natomiast Olmstead miał pociągłą, żałobną i ascetyczną twarz, doskonale dopasowaną do swojej profesji.

Trzecim mężczyzną był Joshua Rhinehart, miejscowy radca prawny Bruno Frye’a i likwidator jego majątku. Miał sześćdziesiąt jeden lat i wygląd, który z powodzeniem przysłużyłby mu się do zrobienia kariery dyplomaty albo polityka. Jego bujne włosy zaczesane do tyłu nie były białawe czy żółtawe, lecz srebrzystolśniące. Szerokie czoło. Długi, wydatny nos. Szczęka i podbródek o zdecydowanej linii. Jego oczy koloru kawowego brązu były żywe i przejrzyste.

Ciało Bruno Frye’a przeniesiono z samolotu do karawanu, a potem przewieziono do St. Helena. Joshua jechał za karawanem własnym samochodem.

Joshua pojechał z Avrilem Tannertonem do Santa Rosa nie z powodu jakichś zobowiązań zawodowych czy osobistych. Przepracował wiele lat dla winnic „Drzewo Cienia”, spółki, która w całości należała do trzech pokoleń rodziny Frye’ów, ale dawno temu przestał czerpać zyski z tego źródła, a obecnie winnice przysparzały mu więcej kłopotów, niż były warte. Nadal zajmował się sprawami rodziny Frye’ów, głównie dlatego, że nie zapomniał, jak trzydzieści pięć lat temu starał się załatwić sobie praktykę w wiejskiej części Napa i otrzymał niezmierną pomoc od Katarzyny Frye, która zdecydowała się przekazać mu wszelkie prawne interesy rodziny. Kiedy dowiedział się poprzedniego dnia, że Bruno nie żyje, zupełnie się tym nie przejął. Ani Katarzyna, ani jej adoptowany syn nigdy nie wzbudzali uczuć u innych ludzi i na pewno nie zachęcali do zawarcia szczególnie emocjonalnych więzów przyjaźni. Joshua towarzyszył Avrilowi Tannertonowi na lotnisko w Santa Rosa tylko dlatego, że chciał być na miejscu i osobiście zająć się ciałem, w razie gdyby pokazali się jacyś dziennikarze i próbowali zamienić to wydarzenie w cyrk. Chociaż Bruno był człowiekiem niespełna rozumu, bardzo chorym, może nawet pełen niezgłębionego zła, Joshua życzył sobie bezwzględnie, aby pogrzeb odprawiono z należytym szacunkiem. Uważał, że tyle jest winien zmarłemu. Poza tym, przez większą część życia Joshua prężnie wspierał i promował okręg Napa, orędując zarówno za stylem życia jego mieszkańców, jak i znakomitym winem, i nie chciał, żeby ogół całej społeczności został zniesławiony przez przestępstwa jednego człowieka.

Na szczęście na lotnisku nie było ani jednego dziennikarza.

Jechali z powrotem do St. Helena położonej na wschód od Santa Rosa wśród zakradających się cieni i gasnącego światła – najpierw przez południowy kraniec doliny Sonoma, potem przez szeroką na pięć mil dolinę Napa, by wreszcie skręcić na północ w zapadającym purpurowożółtym zmierzchu. Jadący za karawanem Joshua podziwiał krajobraz, co robił z coraz to większą przyjemnością przez ostatnie trzydzieści pięć lat. Masyw górski widoczny na widnokręgu, gęsto porośnięty sosnami, jodłami i brzozami, oświetliło na samych wierzchołkach już znikające na zachodzie słońce. Joshua pomyślał, że te szczyty to wały obronne, wysokie mury broniące otaczanego przez nie świata przed demoralizującym wpływem tamtego mniej cywilizowanego świata, który leżał poza ich obrębem. Łagodne wzgórza poniżej gór były najeżone dębami o czarnych pniach i porośnięte długą, suchą trawą, która w świetle dnia przypominała swą barwą i miękkością jedwabne kitki kolb kukurydzy, teraz jednak w zapadającym zmierzchu, który spijał z niej kolor, połyskiwała ciemnymi falami, unosiła się i opadała w rytm łagodnego wiatru. Na obrzeżach małych, osobliwych miasteczek, na niektórych wzgórzach i prawie całych przestrzeniach żyznych równin rozciągały się bezkresne winnice. W 1880 Robert Louis Stevenson tak napisał o dolinie Napa: „We wszystkich zakątkach tej krainy próbuje się po kolei wszystkich odmian winorośli. Jedna jest okropna, druga jest lepsza, trzecia najlepsza. I tak krok po kroku docierają do swych Cios Vougeot i Lafite… a to wino to poezja w butelkach”. Kiedy Stevenson spędzał swój miesiąc miodowy w dolinie i pisał Silverado Squatters, było tam mniej niż cztery tysiące akrów winorośli. Wraz z nadejściem Wielkiej Zarazy – Prohibicji – w 1920, było już dziesięć tysięcy akrów, produkujących winodajne grona. Obecnie jest tam trzydzieści tysięcy akrów wydających grona o wiele słodsze i o wiele mniej kwaskowate niż inne hodowane w reszcie świata. Jest to kraina wydająca tyle samo plonów, ile daje dolina Sonomy, dwa razy większa od Napa. Pomiędzy winnice wciśnięto wytwórnie win i domy mieszkalne, niektóre przekształcone z opactw, klasztorów i misji hiszpańskich, inne wybudowane zgodnie z prostą, współczesną linią. Dzięki Bogu, pomyślał Joshua, że tylko parę ostatnio wybudowanych wytwórni win przybrało sterylny fabryczny wygląd, który razi oko i rzuca zły urok na dolinę. Większość prac wykonywanych tu przez człowieka albo uzupełniała, albo przynajmniej nie wdzierała się w prawdziwie oszałamiające, naturalne piękno tego wyjątkowego i sielankowego miejsca. Jadąc za karawanem w kierunku „Wieczności”, Joshua widział światła zapalające się w oknach domów – miękkie żółte światła, które dawały poczucie ciepła i oswajały czającą się noc. Wino to poezja w butelce, pomyślał Joshua, a ziemia, z której ono pochodzi, to największe dzieło bożej sztuki, moja ziemia, mój dom. Jakie ja mam szczęście, że żyję właśnie tutaj, a jest przecież tyle mniej czarujących i mniej przyjemnych miejsc, w których mogłem się znaleźć.