Na przykład w aluminiowej trumnie, jako nieboszczyk.
„Wieczność” znajdowała się w odległości stu jardów od dwupasmowej autostrady, dokładnie na południe od St. Helena. Był to wielki dom zbudowany w stylu kolonialnym z drogą wjazdową, oznakowany gustowną, ręcznie wypisaną biało – zieloną tablicą. Kiedy zapadła ciemność, automatycznie włączył się pojedynczy biały reflektor, miękko ją oświetlający, a rząd przenośnych, niewysokich latarni wytyczał kolisty podjazd krzywą linią bursztynowego światła.
Przy „Wieczności” również nie było żadnych czatujących dziennikarzy. Joshua ucieszył się, że prasa z okręgu Napa wyraźnie podzielała jego silną awersję do niepotrzebnego i szkodliwego rozgłosu.
Tannerton zajechał karawanem na tył ogromnego, białego domu. Razem z Olmsteadem przenieśli trumnę na wózek i wtoczyli ją do środka.
Joshua dołączył do nich w pracowni właściciela zakładu.
Dołożono starań, aby nadać temu pomieszczeniu lekką, radosną atmosferę. Sufit był wyłożony idealnie dopasowanymi akustycznymi płytkami. Ściany pomalowano na bladoniebieski kolor – błękit jajeczek gila względnie dziecięcego kocyka; błękit nowego życia. Tannerton dotknął przełącznika w ścianie i ze stereofonicznych głośników popłynęła rytmiczna i wesoła muzyka, nic łzawego czy przygnębiającego.
Zdaniem Joshui miejsce to jednak pachniało śmiercią, pomimo wszelkich wysiłków Avrila Tannertona, aby wyglądało pogodnie. W powietrzu unosiły się ślady gryzących oparów płynu do balsamowania i maskującego dezodorantu do wnętrz o słodkim, goździkowym zapachu, który tylko przywodził na myśl wieńce pogrzebowe. Świeżo wyszorowana podłoga z błyszczących, białych płytek ceramicznych była trochę za śliska dla każdego, kto nie nosił butów na gumowych podeszwach. Tannerton i Olmstead mieli takie, ale nie Joshua. Z początku dzięki tym płytkom miało się wrażenie otwartej przestrzeni i czystości, ale potem Joshua domyślił się, jaką ponurą funkcję spełnia ta podłoga: musiała mieć nie brudzącą się powierzchnię, aby nie korodować od rozlanej krwi, żółci i innych, jeszcze bardziej szkodliwych substancji.
Klientów Tannertona – krewnych nieboszczyków – nigdy nie przyprowadzano do tego pomieszczenia, bo w nim zbyt rzucała się w oczy bolesna prawda o śmierci. Pomieszczenia od frontu budynku, w których wystawiano zmarłych na widok publiczny, były udekorowane ciężkimi draperiami koloru winnej czerwieni, pluszowymi dywanami, boazerią z ciemnego drewna, mosiężnymi lampami oraz niskim i pomysłowo zainstalowanym oświetleniem. Tam brało się na poważnie napisy „odszedł” i „wezwany przez Boga”, bo atmosfera tych pomieszczeń zachęcała do wiary w niebo i panowanie Ducha Świętego. Ale w wyłożonej kafelkami pracowni wśród zastarzałego smrodu płynu do balsamowania i błyszczących szeregów narzędzi przedsiębiorcy pogrzebowego, ułożonych na emaliowanych tacach, śmierć wydawała się przygnębiającym zjawiskiem klinicznym i niewątpliwie nieodwracalnym.
Olmstead otworzył aluminiową trumnę.
Avril Tannerton poskładał plastykowy całun, odsłaniając ciało do bioder.
Joshua spojrzał na żółtoszare ciało i zadrżał.
– Upiorne.
– Wiem, że to dla pana czas próby – powiedział Tannerton wyćwiczonym, żałobnym tonem.
– Wcale nie – stwierdził Joshua. – Nie jestem hipokrytą i nie będę udawał smutku. Nie znałem dobrze tego człowieka i niezbyt za nim przepadałem podczas tej znajomości. Łączyły nas wyłącznie interesy.
Tannerton zamrugał.
– No tak… to może wolałby pan, byśmy zajęli się przygotowaniami pogrzebowymi przy pomocy któregoś z przyjaciół zmarłego.
– Chyba nie miał żadnych – powiedział Joshua.
Milcząc wpatrywali się chwilę w ciało.
– Upiorne – powtórzył Joshua.
– Oczywiście – zauważył Tannerton – nie wykonano żadnych prac kosmetycznych. Absolutnie żadnych. Gdybym go dostał zaraz po śmierci, wyglądałby znacznie lepiej.
– A może… pan z nim coś jeszcze zrobić?
– Ależ naturalnie. Tylko że to nie będzie łatwe. Nie żyje już od półtora dnia i chociaż był zamrożony…
– Te rany – powiedział ochryple Joshua, wpatrując się z niezdrową fascynacją w szkaradnie poraniony brzuch. – Dobry Boże, ona naprawdę go pociachała.
– Większość tego zrobił koroner – wyjaśnił Tannerton. – Ta mała szczelina to rana po nożu. I ta.
– Patolog dobrze mu zrobił usta – powiedział z uznaniem Olmstead.
– O, jak najbardziej – przyznał Tannerton dotykając zeszytych ust trupa. – To niezwykłe natrafić na koronera ze zmysłem estetycznym.
– To rzadkość – dodał Olmstead.
Joshua potrząsnął głową.
– Nadal trudno mi uwierzyć.
– Pięć lat temu – mówił Tannerton – pogrzebałem jego matkę. Wtedy go poznałem. Wydawał się… trochę dziwny. Ale pomyślałem sobie, że to przez stres i smutek. Był takim ważnym człowiekiem, wiodącą postacią w społeczeństwie.
– Był zimny – powiedział Joshua. – Był nadzwyczaj zimny i zamknięty w sobie. Bezwzględny w interesach. Wygranie bitwy z przeciwnikiem nie zawsze mu wystarczało; jeżeli to było możliwe, chętnie go niszczył. Zawsze myślałem, że jest zdolny do okrucieństwa i przemocy fizycznej. Ale usiłowanie gwałtu? Usiłowanie morderstwa?