Выбрать главу

Tannerton spojrzał na Joshuę i powiedział:

– Panie Rhinehart, często słyszałem opinię, że pan nie przebiera w słowach. Ma pan wielce podziwianą reputację człowieka, który mówi to, co myśli, nie bacząc na skutki. Ale…

– Ale co?

– Kiedy pan mówi o zmarłym, czy nie uważa pan, że powinien…

Joshua uśmiechnął się.

– Synu, jestem starym, swarliwym draniem, niezbyt godnym podziwu. Daleko mi do tego! Dopóki moją bronią jest prawda, nie waham się ranić uczucia żyjących. Wszakże doprowadzałem do płaczu dzieci i zmuszałem do łkania uprzejme, siwowłose babcie. Nie mam wiele współczucia dla głupców i łotrów, którzy są żywi. Dlaczego więc miałbym im po śmierci okazywać więcej szacunku?

– Nie jestem po prostu przyzwyczajony do…

– Jasne, że pan nie jest przyzwyczajony. Pański zawód wymaga, żeby pan mówił dobrze o nieboszczyku, niezależnie od tego, kim był i jakie haniebne rzeczy popełnił. Nie atakuję pana za to. To pański zawód.

Tannerton nie wiedział, co powiedzieć. Zamknął wieko trumny.

– Zajmijmy się przygotowaniami – powiedział Joshua. – Chciałbym pojechać do domu i zjeść kolację, o ile będę miał jeszcze apetyt, kiedy stąd wyjdę. – Usiadł na wysokim stołku obok oszklonej szafki, zawierającej większość narzędzi potrzebnych w pogrzebowym fachu.

Tannerton chodził przed nim w kółko jak piegowaty i kudłaty kłębek energii.

– Czy panu bardzo zależy na zwyczajowym pokazie ciała?

– Na czym?

– Na pokazie w otwartej trumnie. Czy uważałby pan to za uwłaczające, gdybyśmy tego uniknęli?

– Naprawdę się nad tym nie zastanawiałem – wyznał Joshua.

– Uczciwie mówiąc, nie wiem, jak sprawić, by nieboszczyk wyglądał… atrakcyjnie – powiedział Tannerton. – Ludzie z Angels’ Hill nie oddali w pełni jego wyglądu, kiedy go balsamowali. Jego twarz wydaje się jakby skurczona i zapadnięta. Nie podoba mi się. Zupełnie mi się nie podoba. Mógłbym spróbować go trochę napompować, ale taka partanina rzadko kiedy dobrze wygląda. Jeśli chodzi o kosmetykę… cóż… znowu, zastanawiam się, czy nie upłynęło za dużo czasu. Chodzi mi o to, że wyraźnie przeleżał kilka godzin na gorącym słońcu, zanim go odnaleziono. A potem upłynęło osiemnaście godzin w chłodnym magazynie, zanim dokonano balsamowania. Na pewno mogę sprawić, żeby wyglądał o wiele lepiej niż teraz. Ale żeby wywołać żywsze kolory na tej twarzy… Rozumie pan, po tym wszystkim, co on przeszedł, te ekstremalne temperatury i ten długi czas, tkanka skóry zmieniła się zasadniczo, zupełnie nie przyjmie makijażu i pudru. Myślę, że może…

Zaczynając odczuwać mdłości, Joshua przerwał mu:

– Niech trumna będzie zamknięta.

– Bez wystawiania na pokaz?

– Bez wystawiania.

– Jest pan pewien?

– Oczywiście.

– Dobrze. Niech pomyślę… Czy chce pan, żeby go pogrzebano w jego ubraniu?

– Czy to jest konieczne, skoro trumna nie będzie otwarta?

– Byłoby dla mnie łatwiej, gdybym po prostu założył mu jedną z naszych szat pogrzebowych.

– Znakomicie.

– Biała czy taki przyjemny granat?

– A ma pan coś w ciapki?

– W ciapki?

– Albo pomarańczowo – żółte paski?

Spod surowego oblicza dyrektora domu pogrzebowego wymknął się wiecznie tam czający się szeroki uśmiech i Tannerton zmuszał się, by go z powrotem ukryć. Joshua podejrzewał, że prywatnie Avril przepada za dobrą zabawą i jest tym rodzajem chłopa, co to do rany go przyłóż, a również niezły kompan do picia; ale jest niestety przekonany, że opinia publiczna wymaga od niego, aby był bezustannie ponury i posępny. Wyraźnie się przejął, że tak się zapomniał i pozwolił sobie na ujawnienie takiego Avrila, jakim jest prywatnie, a miano go przecież oglądać wyłącznie jako człowieka publicznego. Prawdopodobnie, pomyślał Joshua, jest kandydatem do całkowitego załamania schizofrenicznego.

– Niech to będzie biała szata – powiedział Joshua.

– A jaka ma być trumna? Jaki styl byłby…

– Pozostawiam to pańskiej decyzji.

– Bardzo dobrze. Cena?

– Niech będzie najwyższa. Majątek może sobie na to pozwolić.

– Chodzą plotki, że Frye był wart dwa albo trzy miliony.

– Prawdopodobnie dwa razy tyle.

– Ale zupełnie nie żył w takim stylu.

– Ani też nie umarł – powiedział Joshua.

Tannerton myślał o tym przez chwilę, potem zapytał:

– A jakieś posługi religijne?

– Nie chodził do kościoła.

– To czy mam przejąć rolę pastora?

– Jeśli pan chce.

– Odprawimy krótkie nabożeństwo przy grobie – powiedział Tannerton. – Odczytam ustęp z Biblii albo jakiś laicki utwór wywołujący poważny nastrój.

Ustalili czas pogrzebu: niedziela o drugiej po południu. Bruno zostanie złożony obok Katarzyny, jego przybranej matki, na okręgowym cmentarzu.

Kiedy Joshua wstał, aby wyjść, Tannerton powiedział:

– Mam oczywiście nadzieję, że jak dotąd uważa pan moje usługi za cenne i zapewniam pana, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby do końca szło tak gładko.

– Cóż – oznajmił Joshua – przekonał mnie pan co do jednej rzeczy. Mam zamiar jutro sporządzić nowy testament. Kiedy przyjdzie mój czas, jestem pewien jak diabli, że chcę, aby mnie skremowano.

Tannerton skinął głową.

– Zajmiemy się tym.

– Nie poganiaj mnie, synu. Nie poganiaj.

Tannerton zaczerwienił się.

– Ależ ja nie chciałem…

– Wiem, wiem. Niech się pan uspokoi.

Tannerton chrząknął niespokojnie.

– Odprowadzę… hmm… pana do drzwi.

– Nie potrzeba. Poradzę sobie.

Na zewnątrz domu pogrzebowego zapanowała bardzo ciemna i głucha noc. Paliło się tylko jedno światło, stuwatowa żarówka nad tylnym wyjściem. Jej łuna sięgała zaledwie paru stóp w głąb aksamitnej ciemności.

Późnym popołudniem zerwała się bryza i wraz z nadejściem nocy przeszła w porywisty wiatr. Powietrze było burzliwe i chłodne; pełne świstów i zawodzenia.

Joshua podszedł do samochodu, który stał poza skąpym kręgiem mroźnego światła, i kiedy otworzył drzwiczki, odniósł wrażenie, że jest obserwowany. Obejrzał się w stronę domu, ale w oknach nie było widać niczyjej twarzy.

Coś poruszyło się w mroku. W odległości trzydziestu stóp. W pobliżu garażu mieszczącego trzy samochody. Joshua wyczuł to raczej, niż zobaczył. Wpatrywał się w to miejsce, ale nie miał już takiego wzroku jak kiedyś, nie potrafił dostrzec niczego nienaturalnego na tle ciemności.

To tylko wiatr, pomyślał. To tylko wiatr, poruszający drzewami i krzakami, popychający jakiś śmieć albo kawałek suchej gałęzi.

Ale to coś znowu się poruszyło i tym razem to zobaczył. Przycupnęło pod rzędem krzaków przed garażem. Nie wypatrzył żadnego szczegółu. To był tylko cień, jaśniejsza purpurowoczarna smuga na ile błękitno – czarnej materii nocy, tak miękki, nieforemny i nieokreślony jak pozostałe cienie – tylko że ten się poruszał.

To tylko pies, pomyślał Joshua. Bezpański pies. Albo jakieś dziecko, które chce spłatać mi figla.

– Czy jest tam kto?

Nie było odpowiedzi.

Odszedł parę kroków w kierunku swojego samochodu.

Dziwny cień przebiegł w popłochu jakieś dziesięć czy dwanaście stóp wzdłuż linii krzaków. Zatrzymał się w szczególnie głębokiej plamie mroku, nadal przyczajony i baczny.

To nie jest pies, pomyślał Joshua. Za wielki jak na psa. Jakiś dzieciak. Pewnie nic dobrego. Jakiś mały chuligan, który chce tu broić.

– Kto tam jest?

Cisza.

– Wychodź stąd zaraz.

Bez odpowiedzi. Tylko szmer wiatru.