I nikt nie miał ani możliwości, ani chęci zajrzenia do trumny.
Tannerton skończył czytać ze swej małej, czarnej książki. Spojrzał na Gary’ego Olmsteada i skinął głową.
Olmstead nacisnął guzik skrzynki kontrolnej. Zabrzęczał mały silni czek elektryczny o wysokiej mocy. Trumna opuszczała się wolno i posłusznie do ziejącej otworem ziemi.
Hilary nie pamiętała, kiedy tak dobrze się bawiła, jak podczas jej pierwszego całego dnia spędzonego z Tonym Clemenzą.
Na lunch pojechali do „Yamashiro Skyroom”, położonego wysoko na hollywoodzkich wzgórzach. Jedzenie w „Yamashiro” było banalne, nawet ordynarne, ale atmosfera i zadziwiający widok sprawiały, że był to lokal znakomicie nadający się do zjedzenia w nim raz na jakiś czas lekkiego lunchu czy obiadu. Restauracja – autentyczny japoński pałac – była niegdyś prywatną posiadłością otoczoną dziesięcioma akrami przepięknych, ozdobnych ogrodów. Z pobudowanego na wierzchołku góry „Yamashiro” roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na całą nieckę Los Angeles. Dzień był tak pogodny, że Hilary widziała stamtąd drogę do Long Beach i Palos Verdes.
Po lunchu pojechali do parku Griffitha, przez godzinę spacerowali po miejskim zoo i karmili niedźwiedzie, a Tony śmiesznie przedrzeźniał zwierzęta. Z zoo pojechali do obserwatorium w parku Griffitha na specjalny popołudniowy seans niezwykłych hologramów laserowych.
Później spędzili godzinę na Alei Melrose, między Doheny Drive a bulwarem La Cienega, myszkując po fascynujących sklepach z antykami, nie kupując, tylko oglądając dla samej przyjemności i gawędząc z właścicielami.
Kiedy nadeszła pora koktajlu, pojechali do Malibu na mai tais w Tonga Lei. Obserwowali zachód słońca nad oceanem i relaksowali się przy rytmicznym ryku fal rozbijających się o wybrzeże.
Chociaż Hilary była już dość długo mieszkanką Los Angeles, jej świat opierał się wyłącznie na rytmie praca – dom – ogród różany – praca – studia filmowe – praca, a równocześnie uczęszczała do paru modnych restauracji, w których zbierał się tłum ludzi filmu i telewizji robiących tam interesy. Nigdy nie była w „Yamashiro Skyroom”, w zoo, na pokazie laserowym, w sklepach z antykami przy Melrose czy w Tonga Lei. Wszystko było dla niej nowością. Czuła się jak turystka, która wytrzeszcza na wszystko oczy – czy raczej jak więzień, który właśnie skończył odsiadywać bardzo długi wyrok, spędzony głównie w pojedynczej celi.
Dzień ten jednak był wyjątkowy nie tylko dzięki miejscom, które odwiedzili. Żadne z nich nie byłoby nawet w połowie tak interesujące albo zabawne, gdyby tam pojechała z kimś innym. Tony był tak czarujący, tak błyskotliwy, wesoły i energiczny, że dzięki niemu ten jasny dzień był jeszcze jaśniejszy.
Kiedy niespiesznie wypili po dwie kolejki mai tais, poczuli, że umierają z głodu. Wrócili do Sepulveda, a stamtąd udali się na północ doliny San Fernando, aby zjeść obiad na tarasie „Mel’s”; w jeszcze jednej restauracji, której nie znała. Wnętrze „Mel’s” wyglądało bezpretensjonalnie i za umiarkowane ceny podawano tam najświeższe i najsmaczniejsze owoce morza, jakie kiedykolwiek jadła.
Podczas jedzenia duszonych mięczaków i rozmowy o tym, gdzie oboje lubią jadać, Hilary odkryła, że Tony zna dziesięć razy więcej takich miejsc niż ona. Jej wiedza nie sięgała poza tę garstkę drogich lokali, w których obsługiwano gwiazdy i rekiny przemysłu rozrywkowego. Gospody na uboczu, kawiarniane wnęki z zaskakującymi specjalnościami kuchni, małe restauracyjki typu „u mamy i taty”, w których obsługa była nieskomplikowana, ale za to doskonałe jedzenie – wszystkie one były kolejnym aspektem miasta, którego nie miała czasu poznać. Widziała teraz, że stając się tak bogatą, nawet nie przyszło jej na myśl, jak używać i w pełni cieszyć się swobodą, jaką mogły jej zapewnić pieniądze.
Zjedli w „Mel’s” za dużo mięczaków, a potem za dużo morskich ryb z malajskimi krewetkami. Wypili również za dużo białego wina.
Zważywszy na fakt, że tak dużo jedli, Hilary dziwiła się, że jeszcze starczało im czasu na rozmowy w trakcie napełniania ust. A rozmawiać nie przestawali nawet na chwilę. Ona była zazwyczaj małomówna podczas pierwszych spotkań z nowo poznanym mężczyzną, ale nie przy Tonym. Chciała wiedzieć wszystko, co on ma do powiedzenia na każdy temat, począwszy od Mark and Mindy, a skończywszy na dramacie szekspirowskim, od polityki do sztuki. Ludzie, psy, religia, architektura, sport, Bach, moda, kuchnia, wyzwolenie kobiet, karykatury w sobotnich wydaniach gazet – jakby koniecznie musiała się natychmiast dowiedzieć, co on myśli na te i milion innych tematów. Chciała mu także opowiadać, co ona myśli o wszystkich tych rzeczach, i chciała wiedzieć, co on myśli na temat tego, co ona myśli, i dość szybko zaczęła mu mówić, co ona myśli o tym, co on myśli na temat tego, co ona myśli. Usta im się nie zamykały, jakby się właśnie dowiedzieli, że Bóg ma zamiar przed wschodem słońca ogłuszyć i oślepić wszystkich ludzi na świecie. Hilary była pijana, ale nie winem, lecz płynnością i zażyłością ich rozmowy, tym silnym wywarem, do którego miała tak słabą głowę z powodu tego trybu życia, jaki wiodła przez ostatnie lata.
Zanim ją odwiózł do domu i przyjął zaproszenie na ostatniego drinka, wiedziała, że pójdą ze sobą do łóżka. Czuła pożądanie i na myśl o tym, co nastąpi, czuła ciepło i przechodził ją dreszcz. Wiedziała również, że i on jej pragnie. Widziała pożądanie w jego spojrzeniu. Musieli tylko dać chwilę swoim organizmom na przyswojenie kolacji i pomna tego, nalała dla nich obojga creme de menthe z lodem.
Siedzieli zwyczajnie obok siebie, kiedy zadzwonił telefon.
– O nie – powiedziała.
– Czy jeszcze cię denerwował zeszłej nocy?
– Nie.
– A dziś rano?
– Nie.
– Może to nie on.
Obydwoje podeszli do telefonu.
Zawahała się, potem podniosła słuchawkę.
– Halo?
Cisza.
– A idź do diabła! – krzyknęła i trzasnęła słuchawką tak mocno, że mogła ją rozbić.
– Nie pozwól, aby cię straszył.
– Nie mogę nic z tym zrobić – powiedziała.
– To po prostu jakiś nieszczęsny czubek, który nie wie, jak się zachować wobec kobiet. Stykałem się z takimi jak on. Gdyby kiedykolwiek miał okazję zrobić to z kobietą, gdyby jakaś kobieta podała mu się na srebrnej tacy, to uciekłby wrzeszcząc ze strachu.
– On mnie nadal przeraża.
– Nie ma się czego bać. Wróć tutaj. Usiądź. Spróbuj o nim zapomnieć.
Usiedli z powrotem na sofie i przez chwilę w milczeniu pili małymi rykami swoje creme de menthe.
– Do diabła z tym – odezwała się w końcu łagodnym głosem.
– Jutro po południu dostaniesz numer zastrzeżony. Potem już nie będzie mógł cię więcej dręczyć.
– Ale zepsuł cały ten wieczór. Byłam taka rozanielona.
– Ja nadal czuję się świetnie.
– To dlatego, że… wyobrażałam sobie, że to będzie coś więcej niż tylko parę drinków przy kominku.
Spojrzał na nią.
– Naprawdę?
– A ty nie?
Jego uśmiech był szczególny, ponieważ nie był tylko układem ust; brała w nim udział cała twarz i pełne wyrazu, ciemne oczy; był to najbardziej szczery i najbardziej zniewalający uśmiech, jaki kiedykolwiek zobaczyła.
– Muszę przyznać, że też miałem nadzieję spróbować czegoś więcej niż creme de menthe – powiedział.