Выбрать главу

– Do cholery z tym telefonem.

Nachylił się i pocałował ją. Otworzyła usta i przez krótką, rozkoszną chwilę poznali swoje języki. Odsunął się i spojrzał na nią, położył dłoń na jej twarzy tak, jakby dotykał jakiegoś przedmiotu z cienkiej porcelany.

– Chyba jeszcze nie wypadliśmy z tego nastroju.

– Jeśli znowu zadzwoni telefon…

– Nie zadzwoni.

Całował jej oczy, potem wargi, położył delikatnie dłoń na jej piersi. Odchyliła się do tyłu, by mógł się nad nią nachylić. Położyła dłoń na jego ramieniu i poczuła mięśnie prężące się pod koszulą.

Nadal ją całując, gładził jej delikatną szyję końcami palców, potem zaczął odpinać jej bluzkę.

Hilary położyła dłoń na jego udzie, gdzie również trafiła na twarde mięśnie. Jaki on szczupły i silny. Przesunęła dłonią w górę jego pachwiny i wyczuła jego członka: ogromnego, twardego jak stal i pałającego żarem. Przeszył ją dreszcz oczekiwania, gdy pomyślała, że za chwilę on wniknie do jej środka i będzie tam poruszał się namiętnie.

Wyczuł jej podniecenie i przerwał rozpinanie bluzki, aby lekko wodzić palcem po wzgórkach jej piersi, tam gdzie wystawały z miseczek biustonosza. Jego palce zdawały się zostawiać chłodne ślady na jej ciepłej skórze; czuła utrzymujące się ślady jego dotyku tak jak sam dotyk.

Zadzwonił telefon.

– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedział.

Starała się tak zrobić. Objęła go ramionami, ułożyła się na sofie i przyciągnęła go do siebie. Całowała go mocno, miażdżąc swoje wargi o jego usta, pieściła go i chłonęła językiem.

Telefon dzwonił bez końca.

– Cholera!

Usiedli.

Dzwonił, dzwonił i dzwonił.

Hilary wstała.

– Nie rób tego – powiedział Tony. – Mówienie do niego nie skutkuje. Pozwól, że potraktuję go inaczej i zobaczymy, co się stanie.

Wstał z sofy i podszedł do narożnego biurka. Podniósł słuchawkę, ale nic nie powiedział. Tylko słuchał.

Hilary widziała po wyrazie jego twarzy, że dzwoniący nie przemówił.

Tony postanowił go przeczekać.

Upłynęło trzydzieści sekund. Minuta. Dwie minuty.

Wojna nerwów pomiędzy obydwoma mężczyznami dziwnie przypominała dziecięcą zabawę w „pomidora”, chociaż nie było w tym nic dziecinnego. To było upiorne. Dostała gęsiej skórki na ramionach.

Dwie i pół minuty.

Cała wieczność.

Wreszcie Tony odłożył słuchawkę.

– Wyłączył się.

– Nic nie powiedział?

– Ani słowa. Ale wyłączył się pierwszy i myślę, że to ważne. Tak pomyślałem, że jak mu zaaplikuję dawkę jego własnego lekarstwa, to mu się to nie spodoba. Jemu się wydaje, że cię tak nastraszy. A ty odbieraj telefon i tylko słuchaj tak jak on. Z początku będzie myślał, że tylko udajesz taką sprytną, i będzie pewien, że cię przeczeka. Ale im dłużej będziesz milczała, tym bardziej zacznie się zastanawiać, czy nie chcesz mu wyciąć jakiegoś numeru. Że może masz założony podsłuch. Albo że robisz taki unik, aby policja mogła wyśledzić, skąd on dzwoni. Pomyśli o tym, przestraszy się i wyłączy.

– Przestraszyć go? O, to niezła myśl – powiedziała.

– Wątpię, czy mu wystarczy nerwów, żeby znowu zadzwonić. Przynajmniej nie do jutra, kiedy już zmienią ci numer.

– Ale i tak będę wariowała ze strachu, zanim to się stanie.

Tony wyciągnął ramiona i przytulił ją. Pocałowali się znowu. I jak przedtem był to gorący, cudowny i doskonały pocałunek, ale już nie dotarli na ostrą grań niepohamowanej pasji. Obydwoje z żalem wyczuli różnicę.

Usiedli znowu na sofie, ale tylko po to, by pić creme de menthe i rozmawiać. O wpół do pierwszej w nocy, kiedy musiał już wracać do domu, postanowili, że w następny weekend pohulają po muzeach. W sobotę mieli pojechać do muzeum Nortona Simona w Pasadenie, aby obejrzeć obrazy niemieckich impresjonistów i renesansowe gobeliny, a większą część niedzieli mieli spędzić w muzeum J. Paula Getty’ego, które chełpiło się najbogatszymi zbiorami sztuki na całym świecie. Naturalnie, w przerwach miedzy muzeami mieli zamiar dużo i dobrze jeść, dużo ze sobą rozmawiać i (czego żarliwie pragnęli) podjąć to, czego nie sfinalizowali na sofie.

Gdy Tony już wychodził przez frontowe drzwi, Hilary nagle poczuła, że nie zniesie czekania pięciu dni, żeby go znowu zobaczyć.

– A może w środę? – zapytała.

– Co w środę?

– Masz jakieś plany związane z kolacją?

– Och, prawdopodobnie usmażę te parę jajek, które właśnie mi się starzeją w lodówce.

– Przecież cholesterol ci szkodzi.

– Może jeszcze odetnę pleśń z chleba i zrobię kilka grzanek. I powinienem dokończyć ten sok owocowy, który kupiłem dwa tygodnie temu.

– Mój ty biedaku.

– Uroki kawalerskiego życia.

– Nie mogę pozwolić, żebyś jadł stare jajka i zapleśniałe grzanki. Zwłaszcza, gdy robię taką znakomitą sałatkę z warzyw i filety.

– Lubimy lekkie kolacje.

– Nie chcemy być ociężali i senni.

– Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba szybko ruszyć z miejsca.

Uśmiechnęła się.

– No właśnie.

– Do zobaczenia w środę.

– O siódmej?

– Punktualnie o siódmej.

Pocałowali się, on wyszedł za próg i zniknął, gdy w miejscu, gdzie wcześniej stał, zastąpił go lodowaty nocny wiatr.

Pół godziny później, w łóżku na górze, Hilary poczuła ból całego swego zawiedzionego ciała. Jej piersi były obrzmiałe i naprężone; zapragnęła poczuć na nich jego dłonie, aby jego palce lekko je pieściły i ugniatały. Gdy zamykała oczy, czuła jego usta na sztywniejących sutkach. Jej brzuch zafalował, kiedy wyobraziła sobie, że obejmują ją jego potężne ramiona, a potem ona była na nim, poruszała się wolnymi, zmysłowymi kręgami. Wewnątrz była wilgotna i ciepła, gotowa i stęskniona. Rzucała się i przewracała prawie godzinę, aż wreszcie wstała i wzięła środek nasenny.

Pogrążając się we śnie, prowadziła jeszcze senny dialog z samą sobą.

Czy jestem zakochana?

– Nie. Oczywiście, że nie.

Może. Może jestem.

– Nie. Miłość jest niebezpieczna.

Może z nim będę szczęśliwa.

– Przypomnij sobie Earla i Emmę.

Tony jest inny.

– Jesteś lubieżna. Dokładnie tak. Jesteś po prostu lubieżna.

To też.

Spała i śniła. Niektóre ze snów miały kształty złote i puszyste. Raz ona i Tony leżeli nago na łące, wysoko ponad światem; trawa tam przypominała puch, a łąka była położona na szczycie niebotycznego, skalnego filaru i wiał tam ciepły wiatr, który był czystszy od słonecznego blasku, czystszy od elektrycznego prądu błyskawicy, czystszy niż cokolwiek na świecie.

Ale śniły się jej też koszmary. W jednym z nich znajdowała się w chicagowskim mieszkaniu, w którym ściany się zamykały, a kiedy spojrzała w górę, nie było sufitu i wpatrywali się w nią stamtąd Earl i Emma, o twarzach tak wielkich jak twarz Boga, szczerzyli do niej zęby, a ściany nadal się zamykały i kiedy otworzyła drzwi, aby wybiec z mieszkania, zderzyła się z ogromnym karaluchem, monstrualnym owadem, większym od niej, który najwyraźniej miał zamiar pożreć ją żywcem.

* * *

O trzeciej nad ranem Joshua Rhinehart obudził się, mamrocząc i szamocąc się jeszcze chwilę w zmierzwionej pościeli. Wypił trochę za dużo wina do kolacji, co jak na niego było dość niezwykłe. Kac minął, ale dręczyła go wątroba; jednakże to nie tylko pretensje organizmu zakłóciły mu odpoczynek. Miał straszny sen o pracowni Tannertona. Śniło mu się, że z trumien i stołów do balsamowania, wykonanych z porcelany i nierdzewnej stali, wstają trupy, a każdy z nich jest sobowtórem Bruno Frye’a. Joshua wybiegł prosto w noc, w którą spowita była „Wieczność”, ale one szły za nim, szukały go w cieniach, wykonując przy tym gwałtowne ruchy, i wywoływały jego imię bezbarwnymi, martwymi głosami.