Выбрать главу

– Nie możemy tego tak zostawić, pozostawienie tego miejsca pod obserwacją nie wystarczy. Moim zdaniem zaszliśmy już za daleko. Wykryliśmy tyle, że to trzeba wyjaśnić.

– Racja – przyznał Frank. – Musimy wezwać pomoc, dostać nakaz zajęcia i przeprowadzić porządną rewizję.

– Szuflada po szufladzie.

– Jak ci się zdaje, co znajdziemy?

– A kto to może wiedzieć.

– Widziałem w kuchni telefon – powiedział Frank.

Frank szedł pierwszy drogą przez hali do salonu, potem skręcił do kuchni. Zanim Tony zdążył przekroczyć w ślad za nim próg za częścią jadalną, Frank krzyknął:

– Jezus Maria! – i próbował wycofać się z kuchni.

– Co się stało?

Kiedy Tony mówił te słowa, coś głośno szczęknęło.

Frank krzyknął i runął w bok, chwytając się krawędzi blatu, aby się utrzymać na nogach.

W mieszkaniu rozległ się kolejny ostry trzask, odbił się echem od ścian i Tony uświadomił sobie, że to odgłos kul.

Przecież w kuchni nikogo nie było!

Tony sięgnął po swój rewolwer i odniósł to szczególne wrażenie, że porusza się w zwolnionym tempie, podczas gdy reszta świata pędziła obok z zawrotną prędkością.

Frank zatoczył się konwulsyjnie, kiedy drugi strzał trafił go w ramię. Runął prosto w mieszaninę wiśni w likierze, makaronu, płatków kukurydzianych i szkła.

Kiedy Frank padając odsłonił widok, Tony mógł spojrzeć przed siebie. Wypatrzył Bobby’ego Valdeza, który szamotał się we wnętrzu szafki pod zlewem, w miejscu, do którego nie zaglądali, bo wydawało się zbyt małe, aby pomieścić człowieka. Skręcony Bobby wyczołgiwał się stamtąd jak wąż wypełzający z ciasnej jamy. Jedynie jego nogi zostały jeszcze pod zlewem; leżał resztą ciała na boku i podciągał się na jednym ramieniu, w drugiej ręce trzymał pistolet kalibru 32. Był nagi. Wyglądał na chorego. Jego oczy były olbrzymie, dzikie, rozszerzone, zatopione w kręgach napuchniętego, ciemnego ciała. Miał szokująco bladą twarz o bezkrwistych wargach. Tony zarejestrował te szczegóły w ułamku sekundy, dzięki napływowi adrenaliny, który wyostrzył jego zmysły.

Frank już zwalał się na podłogę, a Tony ciągle wyjmował rewolwer, kiedy Bobby strzelił po raz trzeci. Kula uderzyła z trzaskiem o łuk wejścia. Eksplozja odłamków tynku uderzyła Tony’ego w twarz.

Rzucił się w tył na podłogę, robiąc w drodze skręt ciała, uderzył za mocno ramieniem w podłogę, jęknął z bólu i przeturlał się przez część jadalną, usuwając się z linii strzału. Wczołgał się za krzesło w salonie i wreszcie wyswobodził rewolwer z szelek.

Minęło jakieś sześć czy siedem sekund, odkąd Bobby oddał pierwszy strzał.

Ktoś powtarzał: Jezu, Jezu, Jezu – drżącym, piskliwym głosem.

Nagle Tony uświadomił sobie, że słyszy samego siebie. Przygryzł wargi i stłumił atak histerii.

Wiedział teraz, co go tak dręczyło; wiedział, co przeoczyli. Bobby Valdez sprzedawał PCP i to powinno było coś dla nich znaczyć, kiedy zobaczyli, jak wygląda mieszkanie. Powinni byli pamiętać, że handlarze są czasami na tyle głupi, że używają tego, co sprzedają. PCP, zwane także anielskim pyłem, było środkiem uspokajającym dla zwierząt, który miał dość określony wpływ na konie i byki. Ale w przypadku ludzi reakcje były najrozmaitsze: od łagodnych transów przez dziwaczne halucynacje po nieoczekiwane napady wściekłości i okrucieństwa. Tak jak mówił Eugene Tucker, PCP było trucizną; dosłownie pożerało komórki mózgowe, przetrawiało mózg. Naładowany PCP, buchający perwersyjną energią Bobby zdemolował swoją kuchnię i dokonał wszystkich innych zniszczeń w mieszkaniu. Ścigany przez żarłoczne, choć nie istniejące krokodyle, rozpaczliwie szukając schronienia przed ich kłapiącymi szczękami, wcisnął się do szafki pod zlewem i zamknął za sobą drzwi. Tony nie pomyślał, aby zajrzeć do szafki, bo nie przeczuwał, że robią obławę na pogrążonego w furii szaleńca. Przeszukali mieszkanie z zachowaniem środków ostrożności, przygotowani na posunięcia, których można się spodziewać ze strony upośledzonego umysłowo gwałciciela i sprawcy nieumyślnego zabójstwa, ale nie byli przygotowani na działania furiata owładniętego majakami. Bezmyślne zniszczenia w kuchni i sypialni, wyraźnie bezsensowne napisy na ścianach, obrzydliwy nieład w łazience – wszystko to stanowiło objawy histerii spowodowanej zażyciem PCP. Tony nigdy nie pracował w wydziale narkotyków, ale i tak czuł, że powinien był rozpoznać te ostrzeżenia. Gdyby je prawidłowo zinterpretował, najprawdopodobniej sprawdziłby miejsce pod zlewem, jak również wszystkie inne zakątki nadające się do ukrycia człowieka, nawet gdyby były bardzo niewygodne; nie było w tym nic niezwykłego, że osoba znajdująca się w nadzwyczaj silnym transie wywołanym przez PCP mogła poddać się paranoi i próbowała ukryć przed wrogim światem, szczególnie w ciasnych, ciemnych miejscach, przypominających łono matki. A on i Frank błędnie odczytali wskazówki i teraz znaleźli się w opałach.

Frank został postrzelony dwukrotnie. Był ciężko ranny. Może umierał. Może już nie żył.

Nie!

Tony próbował pozbyć się tej myśli, szukając jednocześnie sposobu przejęcia inicjatywy z rąk Bobby’ego.

W kuchni Bobby podniósł wrzask zdradzający najprawdziwsze przerażenie.

– Hay muchos cocodrilos!

Tony przetłumaczył: Tu jest mnóstwo krokodyli.

– Cocodrilos! Cocodrilos! Cocodrilos! Ach! Ach! Aaach!

Jego powtarzający się okrzyk panicznego strachu niebawem przekształcił się w bezsłowne wycie wyrażające śmiertelną udrękę.

To tak brzmi, jakby był pożerany żywcem, pomyślał Tony, czując dreszcz.

Nadal krzycząc, Bobby wypadł z kuchni. Strzelał w podłogę, najwidoczniej próbując zabić któregoś krokodyla.

Tony przyczaił się za krzesłem. Bał się, że jeśli wstanie i wyceluje, zostanie skoszony, zanim zdąży nacisnąć na spust.

Tanecznie podrygując, starając się trzymać swe nagie stopy z dala od krokodylich paszczy, Bobby strzelił dwa razy w podłogę.

Jak dotąd sześć strzałów, pomyślał Tony. Trzy w kuchni, trzy tutaj. Ile ma w magazynku? Osiem? Może dziesięć.

Bobby strzelił jeden raz, potem drugi i trzeci. Jedna z kul odbiła się od czegoś rykoszetem.

Zostało oddanych dziewięć strzałów. Jeszcze tylko jeden.

– Cocodrilos!

Dziesiąty strzał zagrzmiał ogłuszająco w zamkniętej przestrzeni i znowu kula rykoszetowała z ostrym świstem.

Tony powstał z kryjówki. Bobby był w odległości mniejszej niż dziesięć stóp. Tony trzymał oburącz służbowy rewolwer, mierząc lufą w bezwłosą, nagą pierś mężczyzny.

– W porządku, Bobby. Uspokój się. Już po wszystkim.

Bobby był zdziwiony jego widokiem. Prawdopodobnie był tak głęboko pogrążony w swoich halucynacjach wywołanych PCP, że nie pamiętał widoku Tony’ego w wejściu do kuchni nie dalej jak minutę temu.

– Krokodyle – powiedział z naciskiem Bobby, tym razem po angielsku.

– Nie ma tu krokodyli – powiedział Tony.

– Takie wielkie.

– Nie. Nie ma tu żadnych krokodyli.

Bobby zajęczał, podskoczył, okręcił się i próbował strzelić w podłogę, ale jego pistolet był już pusty.

– Bobby! – krzyknął Tony.

Skomlący Bobby odwrócił się i spojrzał na niego.

– Bobby, masz się ułożyć twarzą do podłogi.

– Dopadną mnie – powiedział Bobby. Miał wytrzeszczone oczy; ciemne tęczówki były obrzeżone szerokimi kręgami białek. Trząsł się gwałtownie. – Pożrą mnie.

– Słuchaj mnie, Bobby. Słuchaj uważnie. Nie ma tu żadnych krokodyli. Ty masz takie halucynacje. To wszystko dzieje się w twojej głowie. Słyszysz mnie?

– Wyszły z klozetu – powiedział Bobby drżącym głosem. – I z odpływu pod prysznicem. I ze zlewu. O ludzie, jakie one duże. Naprawdę duże. I chcą mi odgryźć kutasa. – Jego strach zaczął zamieniać się w gniew; blada twarz poczerwieniała, a wargi odsłoniły zęby i Bobby zawarczał jak wilk. – Nie wpuszczę ich. Nie pozwolę, żeby mi odgryzły kutasa. Pozabijam je wszystkie!