Tony czuł się dobity swoją niemożnością porozumienia się z Bobbym, a jego frustrację pogłębiała świadomość, że Frank może się wykrwawić na śmierć, że z każdą sekundą robi się coraz słabszy, że rozpaczliwie potrzebuje natychmiastowej pomocy lekarza. Decydując się wniknąć do ponurych urojeń Bobby’ego i w ten sposób przejąć nad nimi kontrolę, Tony przemówił łagodnym i uspokajającym głosem:
– Posłuchaj mnie. Wszystkie krokodyle wlazły z powrotem do klozetu i odpływów. Nie widziałeś, jak odchodzą? Czy nie słyszałeś, jak wyślizgują się rurami z budynku? Widziały, że nadchodzimy ci z pomocą, i wiedziały, że nas jest więcej. Odeszły wszystkie co do jednego.
Bobby wpatrywał się w niego szklistym, nie za bardzo ludzkim wzrokiem.
– One wszystkie odeszły – powiedział Tony.
– Nie ma ich?
– Już ci żaden nic nie zrobi.
– Kłamiesz.
– Nie. Mówię prawdę. Wszystkie krokodyle odeszły…
Bobby rzucił w niego pustym pistoletem.
Tony uchylił się.
– Ty parszywy gliniarzu.
– Spokojnie, Bobby.
Bobby ruszył w jego stronę.
Tony cofnął się o krok przed nagim mężczyzną.
Bobby nie obszedł krzesła. Ze złością odepchnął je na bok i przewrócił, mimo że było dość ciężkie.
Tony przypomniał sobie, że człowiek w ataku furii wywołanym anielskim pyłem często wykazywał nadludzką siłę. Bywało, że czterech czy pięciu krzepkich policjantów miało trudności z opanowaniem jednego anemicznego ćpacza PCP. Istniało kilka teorii medycznych dotyczących przyczyn tego cudacznego wzrostu siły fizycznej, ale żadna z nich nie była przydatna funkcjonariuszowi prawa, stawiającemu opór rozwścieczonemu człowiekowi dysponującemu siłą pięciu czy sześciu ludzi. Tony wiedział, że prawdopodobnie nie będzie w stanie podporządkować sobie Bobby’ego Valdeza, nie używając rewolweru, nawet jeśli wyznawał filozofię niestosowania przemocy nawet w ostateczności.
– Zabiję cię – powiedział Bobby.
Miał zaciśnięte pięści. Jego twarz nabrała jaskrawoczerwonego odcienia, a w kącikach ust zebrała mu się ślina.
Tony ustawił między nimi ośmiokątną ławę.
– Stój tam, gdzie jesteś, do cholery!
Nie chciał być zmuszony do zabicia Bobby’ego Valdeza. Podczas wszystkich lat w LAPD strzelał tylko do trzech ludzi w ramach swoich obowiązków służbowych i w każdym z tych przypadków pociągnął za spust wyłącznie w obronie własnej. Żaden z tych trzech ludzi nie umarł.
Bobby zaczął okrążać ławę.
Tony cofał się przed nim w przeciwną stronę.
– Teraz ja jestem krokodylem – powiedział Bobby szczerząc zęby.
– Nie zmuszaj mnie, żebym ci coś zrobił.
Bobby zatrzymał się, schwycił ławę i podniósł ją do góry za jeden koniec, przechylił i usunął z drogi. Tony cofnął się pod ścianę, a Bobby ruszył za nim, krzycząc coś niezrozumiale; Tony pociągnął za spust i kula rozdarła lewe ramię Bobby’ego, obracając nim i zwalając na kolana, o dziwo, podniósł się natychmiast; jego lewe ramię było zupełnie zakrwawione i zwisało bezużyteczne przy boku, ale on, wrzeszcząc bardziej z gniewu niż bólu, podbiegł do kominka, schwycił małą mosiężną szufelkę i rzucił nią w Tony’ego, który zrobił unik, a wtedy Bobby nagle puścił się biegiem w jego stronę z wysoko uniesionym pogrzebaczem i trafił tym piekielnym żelastwem w jego udo. Tony syknął, kiedy ból rozszedł się błyskawicznie po biodrze i po nodze, ale cios nie był aż tak silny, aby połamać mu kości, więc nie upadł bezwładnie, tylko pochylił się, kiedy Bobby, wkładając w to tym razem więcej siły, zrobił ponowny zamach, tym razem nad jego głową. Wówczas Tony wypalił z bliskiej odległości w pierś nagiego mężczyzny i Bobby, wydał z siebie ostatni dziki okrzyk, uderzył w krzesło, potem osunął się na podłogę, tryskając krwią jak jakaś makabryczna fontanna, skręcił się, zabełkotał, wczepił się w puszysty dywan, wgryzł w swoje ranne ramię i wreszcie całkiem znieruchomiał.
Ciężko dysząc, trzęsąc się i przeklinając, Tony schował rewolwer i zataczając się ruszył do telefonu, który wypatrzył na jednym ze stolików w głębi pokoju. Wykręcił zero i powiedział telefonistce w centrali, kim jest, gdzie jest i czego potrzebuje.
– Najpierw karetka, potem policja – powiedział.
– Natychmiast, proszę pana.
Odłożył słuchawkę i pokuśtykał do kuchni.
Frank Howard nadal leżał na podłodze wśród śmieci. Udało mu się przewrócić na plecy, ale nic ponadto.
Tony uklęknął przy nim.
Frank otworzył oczy.
– Jesteś ranny? – zapytał słabym głosem.
– Nie – powiedział Tony.
– Dopadłeś go?
– Tak.
– Nie żyje?
– Tak.
– Dobrze.
Frank wyglądał strasznie. Jego twarz stała się biała jak mleko, błyszczała od potu. Białka oczu miały niezdrowy żółtawy kolor, którego wcześniej w nich nie było, a prawe oko mocno nabiegło krwią. Na wargach miał niebieskawy odcień. Prawy bark i rękaw koszuli były przesiąknięte krwią. Lewą ręką zaciskał ranę na brzuchu, ale mnóstwo krwi wyciekało spod jego zbielałych palców; koszula i górna część spodni były mokre i lepkie.
– Boli cię? – spytał Tony.
– Na początku było naprawdę źle. Nie mogłem przestać krzyczeć. Ale już jest coraz lepiej. Tylko tępe pieczenie i pulsowanie.
Tony skupił przedtem całą swoją uwagę na Bobbym Valdezie, więc nie słyszał krzyku Franka.
– Czy ucisk na ręce pomógłby ci?
– Nie. Rana jest za wysoko. To ramię. Nie ma miejsca na opaskę.
– Pomoc jest już w drodze – powiedział Tony. – Zadzwoniłem.
Na zewnątrz w oddali wyły syreny. Jeszcze za wcześnie, aby karetka albo wóz policyjny zareagowały na jego wezwanie. Ktoś musiał zadzwonić na policję, kiedy zaczęła się strzelanina.
– Będzie tu paru mundurowych – powiedział Tony. – Zejdę na dół i przyjmę ich. W suce będą na pewno mieli dobrą apteczkę.
– Nie zostawiaj mnie.
– Ale jeśli mają apteczkę…
– Potrzebuję czegoś więcej niż pierwszej pomocy. Nie zostawiaj mnie – powtórzył błagalnie Frank.
– W porządku.
– Proszę.
– W porządku, Frank.
Obydwaj dygotali.
– Nie chcę być sam – powiedział Frank.
– Zostanę tu przy tobie.
– Próbowałem usiąść – dodał Frank.
– Leż spokojnie.
– Nie mogłem usiąść.
– Nic ci nie będzie.
– Może jestem sparaliżowany.
– Twoje ciało tylko przeszło szok, to wszystko. Straciłeś trochę krwi. To naturalne, że jesteś słaby.
Syreny wdarły się w ciszę otaczającą kompleks apartamentów.
– Karetka już pewnie blisko – powiedział Tony.
Frank zamknął oczy; krzywił się i pojękiwał.
– Nic ci, bracie, nie będzie.
Frank otworzył oczy.
– Pojedź ze mną do szpitala.
– Pojadę.
– Pojedź ze mną ambulansem.
– Nie wiem, czy mnie wpuszczą.
– Zmuś ich.
– W porządku. Oczywiście.
– Nie chcę być sam.
– Spokojnie – powiedział Tony. – Zmuszę ich, żeby mnie wpuścili do tej cholernej karetki, nawet gdybym musiał to zrobić przy użyciu broni.
Frank uśmiechnął się blado, ale potem atak bólu zmiótł uśmiech z jego twarzy.
– Tony?
– Co jest Frank?
– Czy… możesz mnie potrzymać za rękę?
Tony ujął partnera za prawą dłoń. To właśnie prawe ramię zostało postrzelone i Tony myślał, że Frank nie włada już tą kończyną, ale chłodne palce zacisnęły się wokół dłoni Tony’ego z zadziwiającą siłą.