Выбрать главу

– Wiesz co? – spytał Frank.

– Co?

– Powinieneś zrobić to, co on ci powiedział.

– Kto i co?

– Eugene Tucker. Powinieneś skoczyć. Skorzystać z szansy. Zrób ze swoim życiem to, czego naprawdę pragniesz.

– Nie martw się o mnie. Musisz zachować całą energię, żeby wydobrzeć.

Frank ożywił się. Potrząsnął głową.

– Nie, nie, nie. Musisz mnie wysłuchać. To jest ważne… to, co ci próbuję powiedzieć. Cholernie ważne.

– No dobrze – zgodził się pośpiesznie Tony. – Rozluźnij się. Przestań się tak napinać.

Frank zakasłał i na jego niebieskawych wargach pojawiło się kilka banieczek krwi.

Serce Tony’ego pracowało jak zacinający się kafar. Gdzie ta cholerna karetka? Co tak zatrzymuje tych nieruchawych sukinsynów?

W głosie Franka brzmiała teraz zachrypła nuta i był zmuszony wielokrotnie przestawać mówić, by zaczerpnąć oddechu.

– Jeśli chcesz być malarzem… to bądź nim. Jesteś jeszcze dosyć młody… aby skorzystać z szansy.

– Frank, proszę, na miłość boską, oszczędzaj siły!

– Wysłuchaj mnie! Nie marnuj już więcej… czasu. Życie jest tak piekielnie krótkie… nie wolno go przegrać.

– Przestań tak gadać. Mam przed sobą wiele lat i ty też.

– Upływa tak szybko… tak kurewsko szybko. Na nic nie ma czasu.

Frank stracił oddech. Jego palce zacieśniły już i tak silny uścisk na dłoni Tony’ego.

– Frank? Co się dzieje?

Frank nie odezwał się. Drżał. Potem zaczął płakać.

– Pozwól, że poszukam apteczki – powiedział Tony.

– Nie zostawiaj mnie. Boję się.

– Nie będzie mnie tylko minutę.

– Nie zostawiaj mnie. – Łzy spływały mu po policzkach.

– Dobrze. Poczekam.

– Oni będą tu za parę sekund.

– O Boże – powiedział nieszczęśliwym głosem Frank.

– Ale skoro ból się pogarsza…

– Tak bardzo… mnie nie boli.

– No to co jest? Coś ci jest.

– Wstydzę się. Nie chcę, żeby ktoś… wiedział.

– Co wiedział?

– Po prostu… nie mogłem wytrzymać. Ja… ja się… posikałem się w spodnie.

Tony nie wiedział, co ma powiedzieć.

– Nie chcę, żeby się ze mnie śmiali – powiedział Frank.

– Nikt się z ciebie nie będzie śmiał.

– Ale, o Jezu, posikałem się w majtki… jak dziecko.

– Przy całym tym bałaganie na podłodze, kto to zauważy?

Frank zaśmiał się, skrzywił się z bólu wywołanego śmiechem i ścisnął jeszcze mocniej ramię Tony’ego.

Następna syrena. W odległości paru przecznic.

– Karetka – powiedział Tony. – Będzie tu za minutę.

Głos Franka stawał się coraz cieńszy i cichszy z każdą sekundą.

– Boję się, Tony.

– Frank, proszę. Proszę, nie bój się. Jestem tutaj. Wszystko będzie dobrze.

– Chcę… żeby mnie ktoś pamiętał – powiedział Frank.

– O co ci chodzi?

– Jak umrę… chcę, żeby ktoś pamiętał, że istniałem.

– Jeszcze długo pożyjesz.

– Kto mnie będzie pamiętał?

– Ja – powiedział Tony stłumionym głosem. – Ja cię będę pamiętał.

Kolejna syrena zabrzmiała za następną przecznicą, prawie nad ich głowami.

– Wiesz co? – powiedział Frank. – Myślę… że chyba mi się uda. Ból nagle ustał.

– Naprawdę?

– To dobrze, prawda?

– Pewnie.

Syrena ustała w momencie, gdy karetka zatrzymała się z piskiem hamulców nieomal tuż pod oknami mieszkania.

Głos Franka był już tak słaby, że Tony musiał się nachylić, aby go usłyszeć.

– Tony… obejmij mnie. – Jego uścisk na dłoni Tony’ego zelżał. Zimne palce rozwarły się. – Obejmij mnie, proszę. O Jezu. Obejmij mnie, Tony. Zrobisz to?

Przez chwilę Tony martwił się, że zaszkodzi ranom partnera, ale wiedział intuicyjnie, że to już nie ma znaczenia. Usiadł na podłodze wśród śmieci i krwi. Podłożył jedno ramię pod ciało Franka i uniósł go do pozycji siedzącej. Frank zakasłał cicho, a jego lewa ręka ześlizgnęła mu się z brzucha; rana otworzyła się – zdradziecka i nieuleczalna jama, z której wypływały wnętrzności. Od chwili, w której Bobby po raz pierwszy nacisnął na spust, Frank zaczął umierać; nie było nadziei, że przeżyje.

– Obejmij mnie.

Tony wziął Franka w ramiona najdelikatniej, jak potrafił, i objął go, tak jak ojciec obejmuje przestraszone dziecko, tulił go i łagodnie kołysał, nucił cicho i uspokajająco. Nucił nawet wtedy, gdy Frank już nie żył, nucił i powoli kołysał, delikatnie i spokojnie kołysał i kołysał.

* * *

W poniedziałek o czwartej po południu zjawił się pracownik towarzystwa usług telefonicznych; Hilary wskazała mu wszystkie pięć gniazdek. Już miał zacząć pracę przy aparacie w kuchni, kiedy ten się rozdzwonił.

Bała się, że to znowu ten anonimowy rozmówca. Nie chciała podchodzić do telefonu, ale robotnik patrzył na nią wyczekująco, więc przy piątym sygnale przezwyciężyła swój strach i podniosła słuchawkę.

– Halo?

– Hilary Thomas?

– Tak.

– Mówi Michael Savatino. Z „Savatino’s Ristorante”.

– Ależ nie trzeba mi przypominać. Nie zapomnę ani pana, ani pańskiej wspaniałej restauracji. To był znakomity obiad.

– Dziękuję. Staramy się. Proszę posłuchać, panno Thomas…

– Proszę mnie nazywać Hilary.

– Dobrze, Hilary. Czy kontaktowałaś się już dzisiaj z Tonym?

Nagle wyczuła napięcie w jego głosie i natychmiast wiedziała, jakby posiadała zdolność jasnowidzenia, że Tony’emu stało się coś strasznego. Przez moment nie mogła złapać tchu i pole jej widzenia pogrążyło się w mroku.

– Hilary? Jesteś tam?

– Nie kontaktowałam się z nim od ostatniej nocy. A czemu?

– Nie chcę cię przerazić. Tony wpakował się w awanturę…

– O Boże.

– …ale nie jest ranny.

– Jesteś pewien?

– Tylko parę siniaków.

– Czy jest w szpitalu?

– Nie, skąd. Naprawdę nic mu nie jest.

Ucisk w piersiach odrobinę zelżał.

– Jaka awantura? – zapytała.

Michael opowiedział jej w paru zdaniach o strzelaninie.

To Tony mógł zginąć. Zrobiło jej się słabo.

– Tony to bardzo przeżywa – powiedział Michael. – Bardzo silnie. Kiedy zaczęli pracować razem z Frankiem, nie szło im najlepiej. Ale wszystko uległo poprawie. Przez ostatnie parę dni lepiej się poznali. Właściwie mocno zbliżyli się do siebie.

– Gdzie jest teraz Tony?

– W swoim mieszkaniu. Strzelanina miała miejsce o wpół do dwunastej rano. Jest u siebie od drugiej. Byłem z nim jeszcze parę minut temu. Chciałem z nim zostać, ale nalegał, żebym poszedł jak zwykle do restauracji. Chciałem, żeby poszedł ze mną, ale on nie chciał. On się do tego nie przyzna, ale potrzebuje kogoś właśnie teraz.

– Pojadę do niego – powiedziała.

– Miałem nadzieję, że to powiesz.

Hilary odświeżyła się i przebrała. Była gotowa do wyjścia o piętnaście minut wcześniej, niż robotnik ukończył pracę przy telefonach i był to najdłuższy kwadrans w jej życiu.

W samochodzie, w drodze do domu Tony’ego, przypomniała sobie, jak się poczuła w tej potwornej chwili, kiedy myślała, że Tony jest poważnie ranny, a może nie żyje. Mdłości omal nie zaatakowały jej żołądka; nie mogła znieść przepełniającego ją poczucia utraty.

Ostatniej nocy, kiedy leżała w łóżku i czekała na sen, spierała się z samą sobą o to, czy jest zakochana w Tonym, czy nie. Czy ona w ogóle może kogoś kochać po tych fizycznych i psychicznych torturach, które jej zadawano, gdy była dzieckiem, po tym jak poznała się na obrzydliwej dwoistości natury większości istot ludzkich? I czy mogła pokochać człowieka, którego znała zaledwie od paru dni? Spór ciągle pozostawał nie rozwiązany. Ale teraz wiedziała, że tak bardzo boi się stracić Tony’ego Clemenzę, jak jeszcze nigdy nikogo w swym życiu.