Выбрать главу

Pod jego blokiem zaparkowała obok niebieskiego jeepa.

Mieszkał na górze jednopiętrowego budynku. Z czyjegoś balkonu zwisały szklane dzwoneczki; melancholijnie pobrzękiwały na późnopopołudniowej bryzie.

Kiedy otworzył drzwi, nie zdziwił się jej widokiem.

– Domyślam się, że Michael dzwonił do ciebie.

– Tak. Czemu ty tego nie zrobiłeś?

– Prawdopodobnie ci powiedział, że jestem doszczętnie załamany. Jak widzisz, przesadził.

– Martwi się o ciebie.

– Poradzę sobie – powiedział, zmuszając się do uśmiechu. – Wszystko w porządku.

Pomimo że usiłował zamaskować swoją reakcję na śmierć Franka Howarda, widziała przygnębienie, malujące się na jego twarzy i ponury wyraz oczu.

Pragnęła go objąć i pocieszyć, ale nie potrafiła robić takich rzeczy w zwykłych okolicznościach, a co dopiero w takiej sytuacji. A poza tym wyczuwała, że on musi być gotowy do tego, żeby go pocieszać, zanim ona się odważy to zrobić.

– Trzymam się – twierdził uparcie.

– Ale czy mogę mimo wszystko wejść do środka?

– Jasne. No przecież.

Mieszkał w kawalerskim mieszkaniu z jedna sypialnią, ale przynajmniej salon był duży i przestronny; miał wysoki sufit i rząd dużych okien na północnej ścianie.

– Dobre północne światło dla malarza – powiedziała Hilary.

– Dlatego to wynająłem.

Pokój przypominał bardziej studio niż salon. Na ścianach wisiało parę rzucających się w oczy obrazów. Inne płótna stały na podłodze wsparte o ściany, leżały też na stosach; łącznie było ich około sześćdziesiąt albo siedemdziesiąt. Na sztalugach były zamocowane dwa zaczęte dzieła. Stały tam również duży stół kreślarski, stołek i szafka z przyborami malarskimi. Wysokie regały były zapchane do pełna opasłymi książkami o sztuce. Jedynymi ustępstwami na rzecz zwykłego salonu były dwie krótkie kanapy, dwa boczne stoliki, dwie lampy i ława – wszystko poustawiane tak, aby stworzyć przytulne miejsce do rozmów. Chociaż był to szczególny układ, w pokoju było wiele ciepła i życia.

– Postanowiłem się upić – powiedział Tony zamykając drzwi. – Mocno upić. Totalnie zbetonić. Właśnie nalewałem sobie pierwszego drinka, kiedy zadzwoniłaś. Chcesz coś?

– A co pijesz? – zapytała.

– Burbona z lodem.

– Zrób to samo dla mnie.

Kiedy przebywał w kuchni i przygotowywał drinki, przyjrzała się bliżej jego obrazom. Niektóre z nich były skrajnie realistyczne; ich szczegóły tak czyste, tak znakomicie zaobserwowane, oddane tak wiernie, że w kategoriach realizmu obrazy te właściwie stanowiły zwykłe fotografie. Było też parę płócien surrealistycznych, ale prezentowały nowy, imponujący styl, zupełnie nie będący naśladownictwem Dalego, Ernsta, Miro czy Tanguy. Najbliższe były dziełom Rene Magritte’a; szczególnie jego Domenie Arnheim i Gotowemu bukietowi. Ale Magritte nigdy nie stosował takich drobiazgowych detali w swoich obrazach i to właśnie dzięki tym prawdziwszym od samej realności wizjom, elementy surrealistyczne dzieł Tony’ego były szczególnie frapujące i wyjątkowe.

Wrócił z kuchni z dwiema szklankami burbona i kiedy brała od niego swojego drinka, powiedziała:

– Twoje malarstwo jest takie nowe, ekscytujące.

– Naprawdę?

– Michael ma rację. Twoje obrazy będą się sprzedawać równie szybko, jak je będziesz malował.

– Miło tak myśleć i marzyć.

– Gdybyś tylko dał im szansę…

– Jak już powiedziałem, jesteś bardzo uprzejma, ale nie jesteś ekspertem.

Zupełnie nie był sobą. Miał matowy, drewniany głos. Był posępny, przybity, skonany.

W nadziei, że przywróci go tym do życia, zaatakowała go delikatnie.

– Uważasz się za takiego mądrego – powiedziała. – A ty jesteś głupi. Kiedy chodzi o twoje prace, jesteś głupi. Nie dostrzegasz możliwości.

– Jestem tylko amatorem.

– Mowa trawa.

– Dość dobrym amatorem.

– Czasami potrafisz nieźle wkurzać.

– Nie chcę rozmawiać o sztuce – powiedział.

Włączył stereo: Beethovena w interpretacji Ormandy’ego. Potem podszedł do jednej z kanap stojącej w odległym kącie pokoju.

Poszła za nim, usiadła obok niego.

– A o czym chcesz rozmawiać?

– O filmach – powiedział.

– Naprawdę chcesz?

– Może o książkach.

– Naprawdę?

– Albo o teatrze.

– Tak naprawdę, to chcesz porozmawiać o tym, co ci się dzisiaj przydarzyło.

– Nie. To jest ostatnia rzecz.

– Musisz o tym porozmawiać, nawet jeśli nie chcesz.

– Przede wszystkim chcę o tym zapomnieć, wymazać to z pamięci.

– Więc bawisz się w żółwia – powiedziała. – Uważasz, że możesz się schować do skorupy i szczelnie zamknąć.

– Właśnie tak – odpowiedział.

– W zeszłym tygodniu, kiedy ja chciałam się ukryć przed całym światem, ty chciałeś, żebym zamiast tego umówiła się z tobą, i mówiłeś, że to niezdrowo wycofywać się w głąb siebie, kiedy się ma za sobą przykre przejścia. Mówiłeś, że najlepiej podzielić się swymi odczuciami z innymi ludźmi.

– Myliłem się – powiedział.

– Miałeś rację.

Zamknął oczy, nie odzywał się.

– Czy chcesz, żebym wyszła? – zapytała.

– Nie.

– Wyjdę, jeśli tego chcesz. Bez urazy.

– Zostań, proszę – powiedział.

– W porządku. O czym porozmawiamy?

– O Beethovenie i burbonie.

– Rozumiem aluzję – powiedziała.

Milcząc siedzieli obok siebie na kanapie; z przymkniętymi oczyma i głowami odchylonymi do tyłu słuchali muzyki, pili burbona, podczas gdy słoneczne światło za dużymi oknami stawało się bursztynowe, by potem nabrać przygaszonego pomarańczowego odcienia. Pokój powoli zapełniał się cieniami.

* * *

Wczesnym rankiem w poniedziałek Avril Tannerton odkrył, że ktoś się włamał do „Wieczności”. Dokonał tego odkrycia, kiedy zszedł do piwnicy, gdzie mieścił się jego bogato wyposażony warsztat stolarski; zobaczył, że jedna z szyb w dolnych oknach została starannie pokryta taśmą maskującą, a potem wybita, dając włamywaczowi dostęp do zasuwy. To okno było znacznie mniejsze od przeciętnych, miało zawiasy u góry; ale mógł się przez nie wślizgnąć nawet człowiek dość pokaźnych rozmiarów, jeśli był bardzo zdeterminowany.

Avril był pewien, że w danym momencie w domu nie ma nikogo obcego. Co więcej, wiedział, że okno nie zostało rozbite w piątek w nocy, ponieważ zauważyłby to, gdy spędził godzinę w swoim warsztacie, precyzyjnie szlifując swój ostatni wyrób – szafkę na trzy strzelby myśliwskie i dwa karabiny. Nie sądził, że ktoś miałby tyle nerwów, aby rozbijać okna w świetle dziennym albo kiedy on, Tannerton, był w domu poprzedniej nocy, w niedzielę; dlatego też wywnioskował, że włamanie musiało nastąpić w sobotnią noc, kiedy był u Helen Virtillion w Santa Rosa. Nie licząc ciała Bruno Frye’a, w sobotę w „Wieczności” nie było nikogo. Najwyraźniej włamywacz wiedział, że dom jest nie strzeżony i skorzystał z okazji.

Włamywacz.

Gdzie tu sens?

Włamanie?

Nie sądził, że cokolwiek zostało skradzione z pomieszczeń biurowych na parterze ani z jego prywatnego mieszkania na piętrze. Był przekonany, że zauważyłby dowody kradzieży prawie natychmiast po swoim powrocie w niedzielny poranek. Poza tym strzelby nadal znajdowały się w jego pokoju, jak również jego bogata kolekcja monet; a przecież te rzeczy byłyby głównym celem każdego aktu kradzieży.